• Facebook
  • Google+
  • Instagram

Może się przedstawię:

Jestem Natalia. Alias 'Pani Kotełkova'


Trochę o mnie:

Polonistka - z charakteru, zboczeń, prawdopodobnie też z krwi i kości.

Bibliofilka. Kolekcjonerka książek, przede wszystkim encyklopedii i mitologii świata.

Marzycielka, bezustannie z głową w chmurach.

Gaduła, co tylko gada i gada. I gada, i jeszcze raz gada. Lubi gadać.

Trochę blogerka. Niby pisarka (aspiracje mam, oj mam). Kobieta robiąca coś „ponad”.

Trochę więcej o mnie.

Pani Kotelkova

Trochę o Wypstrykando:

Blog osobisty feministki, która nie ma co zrobić ze swoim życiem i wylewa swoje żale w internecie. Niekochana, porzucona, zraniona, szuka zemsty na całej samczej rasie za fakt, że urodziła się kobietą.

Niby prawda, ale z wszystkich znanych mi prawd, to gówno prawda.

Piszę, bo lubię. Bloguję, bo lubię. O życiu, o ludziach, o polityc... Nie, o polityce nie. Gówniany temat.

AKTUALNOŚCI

Czyli to, co ostatnio udało mi się wyklepać


środa, 5 października 2016

#186 Dlaczego nie piszę o polityce? Bo mama mi nie pozwala...


Gdybym miała prowadzić bloga o polityce, z pewnością miałabym dużo większe statystyki pod każdym względem. Każda afera sprowadzałaby nowe twarze z wypiekami na policzkach, podekscytowane najnowszymi wydarzeniami; każda kontrowersyjna sprawa wywoływałaby kolejną falę pochwał „w końcu ktoś gada z sensem” jak i fejtu „lewacka kurwa”. Mówiłam już, że uwielbiam to określenie? Lewacka kurwa. Nie byle jaka, a lewacka! Oczywiście, mogłabym prowadzić stronę polityczną, bo każdego dnia czytam wiadomości, śledzę aktualne wydarzenia, a i polityka sprzed dekady nie wydaje mi się zamierzchłymi dziejami (w przeciwieństwie do wielu ludzi mojego pokolenia). 
Zatem, Drogi Czytelniku, mógłbyś się zapytać: dlaczego o niej nie piszesz? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: 

mama mi nie pozwala. 


Oczywiście, nie mam czterech lat, a dwadzieścia cztery, i mama nie może mi tego zabronić. Ale nim do tego przejdę, chciałabym podywagować jeszcze chwilę o korzyściach pisania o polityce, bo takie - poza statystykami - z pewnością chyba istnieją. Jakby tak się rozejrzeć po całej blogosferze, ciężko byłoby znaleźć rzetelnie prowadzoną stronę o polityce. Taką, gdzie dany temat byłby rozpisany od początku, do końca, a nie po łebkach, z „aktualnych mediów”. Co prawda, znam kilka stron politycznych, ale ich tematyka rymuje się również z satyrycznych. Aczkolwiek, czyta się je przyjemnie. 
Z polityką jest tak, że do swojej racji nigdy nikogo nie przekonam; nawet kiedy nie przekonuję, a raptem przedstawiam swoje argumenty, ktoś przekonuje mnie do swojej racji... a raczej nawraca, słowem i agresją. Trochę jak z wyprawami krzyżowymi, o których ostatnio jest głośno w memicznej stronie internetu. Bo racja jest tylko jedna, i po tylko jednej stronie, a wszystkie inne się mylą. 

- Istotnie, nigdy, w żadnej kwestii nie ma jednomyślności, a przecież prawda jest tylko jedna. To paradoks, nieprawdaż? Nie zastanawiałeś się nigdy, dlaczego tak jest?
- To proste... - Andremil zamyślił się na chwilę - Zwykle jest tak, że każdy ma trochę racji. Tym samym każdy posiada jakąś część prawdy.
- Właśnie! - wykrzyknął Sokrekot - Ale nikt nie może ogarnąć rozumem całości. Tych, którzy są w stanie połączyć zaledwie kilka okruchów, zwykliśmy nazywać geniuszami. Pełnia prawdy zawsze wymyka się naszemu umysłowi.
 Konrad T. Lewandowski, Most nad Otchłanią

Pisanie o polityce, niestety, wymaga zmysłu filozofa; zmysłu, o którym mówią bohaterowie jednej z moich ulubionych powieści.  I nie ma co ukrywać, spora część naszej populacji nie uwzględnia tego, że druga strona może mieć część racji. Skąd ten wniosek? Każdego dnia czytam wystarczająco internetowych kłótni, w których celem nie jest osiągnięcie większej prawdy, ale nawrzucanie przeciwnikowi tak, by w końcu przyznał: „masz rację”. W stylu, moja racja jest bardziej mojsza. 
Nie wiem czy to domena ludzi jako takich, czy to domena nas - polaczków-cebulaczków - ale wejście w czyjąś parę kaloszy nie należy do naszych mocnych stron. Właściwie, to my nawet nie próbujemy wczuć się w drugą osobę; wymagałoby to od nas uwzględnienia myśli, że być może nie mamy racji, a kto z nas jest w stanie to uznać? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi. 

nie piszę o polityce, bo...


Bo polityka nie jest dla ludzi mądrych. Po czym to wiem? Ilekroć zaczyna się dyskusja polityczna, w większości ogranicza się do siły argumentu głosowych. Wywlekanie brudów, niedotrzymanych obietnic, przerzucanie odpowiedzialności „za to” albo „za tamto”. I zasada jest prosta: kto krzyczy głośniej, ten ma rację. No i wypadałoby w dyskusjach, jak już pisałam, uwzględniać rację drugiej osoby, brać pod uwagę argumenty i weryfikować własne. Co się robi, gdy argument zostanie obalony? Krzyczy jeszcze głośniej. Przecież w polityce nie chodzi o to, by wspólnie rozwiązać problemy obywateli! Chodzi o to, kto ma rację. 
Bo, choć nie żyłam w czasach komuny, wiem o niej wystarczająco dużo. Wiem wystarczająco dużo o władzy inwigilującej obywateli; o podsłuchiwanych rozmowach, czytanych listach; o donosach, o znikających w tajemniczych okolicznościach ludziach, o więzieniach pełnych politycznych „pensjonariuszy”. Kiedy inni mojego pokolenia nie lubili słuchać opowieści starszych, ja po dziś dzień lubię usiąść przy stole z dorosłymi, i słuchać w milczeniu opowieści i wspomnień, mniej lub bardziej makabrycznych. 
Bo jestem na bieżąco z aktualnościami politycznymi, i co za tym idzie, wiem o nowych ustawach i zakresach tych ustaw. Media trąbią o jednym, a po cichu przechodzi drugie. I wiem, i czytam, i zapamiętuję najważniejsze wątki. Dlaczego? Powiem w następnym akapicie. 
Bo znam historię, choć nie znam jej wystarczająco dobrze, by mówić o niej otwarcie. Naczytałam się, nasłuchałam się, i co ważniejsze w mojej opinii, nauczyłam się wyciągać wnioski.I połączenie tych czterech punktów daje mi prosty obraz, krzyczący do mnie swoimi barwami prosty przekaz: nie pisz o polityce. Bo to niebezpieczny temat; bo ludzi nie zmienisz i ich spojrzenia na świat; bo to co się dzieje, działo się kiedyś i jest niebezpieczne dla tych, którzy krzyczą za głośno. Między innymi, dlatego piszę ogólnikami. 

Co więcej, nie wiem czy przeżyłabym kolejną falę hejtu. Jestem kobietą, która prowadzi bloga; jestem kobietą, która ma własne zdanie i nie zawaha się nim podzielić; jestem kobietą, która nazywa sprawy (w miarę) po imieniu; jestem feministką. Jak zauważył w pewnym wywiadzie Lexpressive, to wystarczy, by stać się wrogiem publicznym; bym musiała kasować hejty i pełne nienawiści wiadomości. To wystarczy, by nazywać mnie „lewacką kurwą”. Czy potrzebuję kolejnej fali hejtu? 
Osobiście, cenię sobie względny spokój, i kiedy - pewnego dnia - przeleje się fala, zablokuję możliwość komentowania. I tyle. 

I nie piszę o polityce, bo mama mnie o to prosi. 

Dobra, czasami piszę, bo muszę, po prostu muszę. 

sobota, 1 października 2016

#185 Czarny protest? Sorry, to nie moja sprawa.


Nadchodzi przyszłość, i widzę dwa obrazy. Pierwszy - kobiety, które chodzą na groby swoich dzieci i kładą na smutnych, marmurowych pomnikach kolorowe kwiaty. Drugi - osierocone dzieci idą w towarzystwie przygnębionych ojców, na grób matki i młodszego rodzeństwa, które zabrało ich oboje na drugą stronę. Obie wizje są przerysowane, i co gorsza, obie są prawdopodobne. 
Czym jest czarny protest? Pospolitym ruszeniem wkurwionych kobiet; kobiet walczących o wolność - wolność słowa, wolność wyboru. To głośny sprzeciw kobiet, które muszą walczyć o podstawowe prawo: prawo do życia. Tu nie chodzi o dostęp do aborcji jako alternatywy zabezpieczenia; tu chodzi o prawo decydowania o swoim życiu lub zdrowiu. I nie mam zamiaru na tym poziomie wchodzić w polemikę: dziecko też zasługuje na to, by żyć; bo ten artykuł nie jest ani dla obrońców życia, jak i kobiet wkurwionych. Jest dla tych, którzy są święcie przekonani, że to nie ich sprawa. 

Otóż: jest

Załóżmy, że wpadłeś tutaj, bo to nie jest twoja sprawa. 


Większe prawdopodobieństwo, że jesteś tutaj, bo albo bierzesz udział w czarnym proteście i oburzył cię tytuł, albo jesteś przeciwny i liczyłeś na artykuł popierający poglądy pro-life. Ten tekst może być dla pierwszej opcji, ale dla drugiej z pewnością nie. No ale, załóżmy jeszcze raz, że to nie jest twoja sprawa


Jeśli uważasz, że to nie twoja sprawa, jest kilka opcji:

Możesz być nastolatkiem, Możesz też wychodzić z założenia, że to problem dziewczyn: sam nie masz żadnej, choćbyś bardzo chciał, i stwierdzasz, że głupim babom się należy za friendzonowanie. Koloryzuję, mam tego pełną świadomość, ale - chłopaku - któregoś dnia będziesz mieć dziewczynę, i co zrobisz, kiedy okaże się, że jest w ciąży z kimś, kto ją zgwałcił? Uciągniesz to psychicznie? Wątpię, bo mało kto byłby wstanie; nie mówię ani o dziewczynie, która jest tematem naszego monologu.
Oczywiście, możesz być i czterdziestolatkiem bez dziewczyny. 
Możesz być nastolatką, przekonaną, że dorosłość jest za magicznymi drzwiami, i nie uderzy w ciebie odpowiedzialnością wcześniej, jak przed magiczną osiemnastką. Niestety, życie jest brutalne, i nikt nie czeka na wiek: możesz się zarazić paskudnym choróbskiem wcześniej, możesz zajść w ciążę wcześniej, możesz zostać zgwałcona lub wykorzystana wcześniej niż przed osiemnastym rokiem życia. Bo - uwaga - gwałciciel nie pyta: „przepraszam, czy skończyła już pani osiemnaście lat?”. 
Możesz nie chcieć mieć dzieci, więc nie widzisz problemu w „płodach zagrażających życiu”. Zabezpieczasz się ze swoją lubą, i tyle. Niestety, czasami dzieje się tak, że dziecko-cud pojawia się w twoim życiu. Bezpłodność, prezerwatywa, pigułki? Mówię, dziecko-cud. Godzisz się z myślą o tym, że będzie was troje, a nie dwoje. Nagle to dziecko cud okazuje się śmiertelnym zagrożeniem dla kobiety, której jesteś w stanie oddać wszystko. I w ten sposób na horyzoncie pojawia się widmo, że nie dwoje, nie troje, ale ty sam, bo twoja luba umrze, zmuszona do donoszenia dziecka. Aborcja nielegalna, prawda? Życie dziecka ponad zdrowiem i życiem matki, prawda?
Antykoncepcja - jak życie pokazuje - potrafi nawalić w najmniej odpowiednim momencie. I co, załóżmy, kiedy kogoś nie stać na dziecko? Większość rodzin żyje na granicy ubóstwa, choć się o tym nie mówi, a jakby nie patrzeć, dziecko to nie mały koszt. Wówczas kobiety i tak będą dokonywać aborcji, ale za granicą; albo zwiększy się odsetek dzieci porzucanych na śmietnikach. Jakkolwiek, antykoncepcja zawaliła, i zawali jeszcze nie raz. 
Możesz mieć już szczęśliwą rodzinę, żonę, córkę, syna, ale to nie koniec twoich problemów. Dowiadujesz się, że twoja żona jest w ciąży. Cieszycie się; kolejny członek rodziny, kolejna radość. Niestety, lekarz podczas badania krzywi się, robi dziwne miny. I dowiadujecie się, że dziewięć miesięcy starania, walki z hormonami, tyciem, jedzeniem, dbaniem o siebie, odpoczywaniem, i prawdopodobnie z ryzykiem zwolnienia z pracy tylko po to, by to maleństwo noszone pod sercem, umarło kilka godzin lub kilka dni po porodzie. 
Możesz być już sędziwy wiekiem, mieć odchowane dzieci i wspaniałą żonę obok siebie, i któregoś dnia zadzwoni do ciebie zapłakana córka. Napadli ją, gdy wracała z pracy po godzinach; kilka tygodni później dowiadujesz się, że jest w ciąży. I musisz patrzeć, jak jej pierwsze doświadczenia związane z dzieckiem polegają na uświadamianiu sobie, że gwałciciel jest ojcem; że przez dziewięć miesięcy będzie nosić pod sercem dziecko człowieka, który je zgwałcił. Czy jesteś w stanie wczuć się w tę rolę? 

Aktualnie, można dokonywać aborcji w kilku poszczególnych przypadkach: kiedy dziecko powstało w wyniku gwałtu, kiedy dziecko zagraża życiu lub zdrowiu matki oraz kiedy dziecko nie ma szans na przeżycie poza łonem matki. Na ten moment gwarantuje to ustawa z 1997 roku, która była - może niedoskonałym, ale jednak - kompromisem między zwolennikami obrony praw i życia kobiet, a obrońcami życia poczętego. 
Niestety, w tym roku postanowiono naruszyć ten kompromis, w wyniku czego zdenerwowane wkurwione kobiety wyszły na ulicę. I zaraz obok nich stoją obrońcy życia, wymachujący transparentami ze zdjęciami abortowanych płodów. Walka o prawa, walka o człowieczeństwo, walka o wiarę. W tym roku, choć może o tym nie wiesz, rozpętała się naprawdę ważna bitwa o losy nas, Polaków. Moją przyszłość, twoją, mojej siostry, twojej siostry; przyszłych generacji bądź też świeżych trupów na cmentarzu. 

I nie piszę tego wszystkiego by wmówić Ci swoje poglądy (które zawarłam tutaj), choć nie ukrywam, nie byłam w stanie tego wszystkiego napisać, nie przedstawiając swojego stanowiska. Piszę to wszystko by uświadomić ci, że nie ma czegoś takiego jak: „to nie moja sprawa”, „mnie to nie dotyczy”. To twoja sprawa, jeśli nie dzisiaj, to za rok; jeśli nie dotyka cię ten problem teraz, za pół roku będziesz sobie pluć w brodę, że nie stanąłeś po żadnej ze stron. 
Być może - za rok aborcja będzie całkowicie legalna, a ty będziesz żałować, że nie poszedłeś z innymi, że nie zagłosowałeś, że nie oddałeś swojego podpisu. I będziesz psioczyć, na „matki morderczynie”; na sąsiadkę spod trójki, która przeszła już trzy aborcje i chętnie o tym opowiada na ławeczce pod blokiem.  
Albo może być tak, że za rok aborcja będzie całkowicie nielegalna, a ty będziesz odprowadzać swoją kilkuletnią wnuczkę z wiązanką kolorowych kwiatów na dwa groby: mamusi i braciszka, próbując wytłumaczyć, dlaczego mama pojechała do szpitala i z niego nie wróciła ani ona, ani braciszek. Domy Dziecka - być może - będą przepełnione, a sieroty licznie będą szły na cmentarze z kolorowymi kwiatami w rękach.

Przyszłość i tak nadejdzie, 

z twoim lub bez twojego udziału

głosu czy pozwolenia. 


Póki co, jest dzisiaj, i nadal masz wpływ na podjęcie decyzji; brak decyzji też jest decyzją, ale wierz mi na słowo, nie najlepszą. A co najważniejsze, w moim skromnym przekonaniu, jeśli stoisz z boku - czy to podczas wyborów, czy takich przedsięwzięć - jesteś ostatnią osobą, która może narzekać na „aktualny stan rzeczy”. Bo za rok rzeczywistość będzie, i jeśli nie podjąłeś żadnego działania, nie będzie taka, jakbyś chciał.
Dlatego, nie pieprz, że to nie twoja sprawa. To jest twoja sprawa - jeśli nie teraz, to za rok; jeśli nie za rok, to prędzej czy później.

Krótkowzroczność - jak pokazuje życie - to nie tylko wada wzroku, ale i wada umysłowa, albo wada serca, zależy jak na problem spojrzeć. 

wtorek, 13 września 2016

#184 Jak to jest być dziewczyną na deser?



Przerwa w pisaniu z jednej strony dobrze mi zrobiła, ale z drugiej nie jestem w stanie zebrać myśli w całość. Ślęczę nad każdym zdaniem, myślę co chcę w nim zawrzeć by całość była spójna i składna. Niemniej, taka przerwa była i jest mi potrzebna, tym bardziej, że moje serce aktualnie znajduje się literackiej rzeczywistości. I tak błądzę bo błoniach wyobraźni od sierpnia, co najpewniej dało się zauważyć. Zrywam jednak tę zasłonę na krótki moment po to, by podzielić się głębszym przemyśleniem na pewien temat. Przyszedł do mnie spontanicznie, poprzez obserwację otaczającego mnie świata. Niemniej. 
Artykuł jest jak kot Schrödingera - jest wpisem osobistym, jak i nim nie jest. Rzadko kiedy dzielę się osobistymi doświadczeniami, z kilku prostych powodów. Po pierwsze - są moje, i tylko moje. Po drugie - nie chciałabym by trafiły do szerszego grona odbiorców, zwłaszcza tych, którzy próbowaliby obrócić je przeciwko mnie. I nieważne czy zawarte w tekście byłyby moje doświadczenia, doświadczenia innej osoby, czy wyssane z palca brednie - ktoś wmówi mi dziecko do brzucha. Na ile w tym prawdy będą wiedzieć nieliczni. Tymczasem, zapraszam na pierwszy po naprawdę długiej przerwie tekst o pewnej bohaterce. Kim ona jest? Cóż. 

Dzisiejszą bohaterką jest dziewczyna na wędkarskim haczyku - 

dziewczyna, która wpadła w strefę zwaną friendzone


Kto nie słyszał o pojęciu friendzone, najpewniej nie korzysta z facebooka; nie przegląda portali humorystycznych, nie ogląda... Właściwie, to magiczne słówko - friendzone - jest już wszędzie. Kojarzy się - przynajmniej mi - ze zdjęciami smutnych chłopaków, do których przytula się naprawdę atrakcyjna dziewczyna, a całość podpisana jest „z najlepszym przyjacielem”. Przy tym przeważnie pojawia się zdjęcie żołnierzy składających hołd poległemu towarzyszowi. Cóż, taki pogląd mam na friendzone, ponieważ tak przedstawiają go użytkownicy internetu; przez społeczność damsko-męską, gdzie feministyczne i szowinistyczne środowiska zwalczają się na każdym kroku, publikując obraźliwe posty, zdjęcia czy memy, a kłótnie i obrażanie się są chlebem powszednim. I pokazuje się kobiety jako te złe, te wykorzystujące; mężczyzn, jako ofiary kobiecej chciwości.
Prawda jest taka, że w życiu ten cały friendzone wygląda troszkę inaczej; z życia codziennego kojarzę go przede wszystkim z dziewczynami, które zakochały się w niewłaściwych chłopakach, a ci niewłaściwi chłopacy to wykorzystują, trzymając zdobycz na tyle blisko siebie by ta nie odeszła, a jednocześnie na tyle daleko, by mieć możliwość dalszego połowu. Tak, dziewczyna jest rybą, chłopak wędkarzem, a haczyk - uczuciami. Taką metaforą sobie rzuciłam, o. I to co teraz powiem będzie bardzo krzywdzące, ale ten friendzone - w kontekście internetowych memów - wydaje mi się dużo gorszy. 
Środowiska internetowe, jak już podkreśliłam, przedstawiają ofiarę friendzone jako chłopaka w towarzystwie urodziwej dziewczyny. Nie, żeby dziewczyny przyjaźniły się tylko w przeciętniakami; wszyscy lubimy towarzystwo przystojnych i ślicznych osób, nie ma co ukrywać. Jednakże ja widzę to tak, że chłopak zainteresował się z nią ze względu na urodę, i tkwi w jej strefie w nadziei, że go zauważy i być może pokocha. Uczucia? Może później - teraz liczy się to, że mógłby się pochwalić przed kumplami. Już kiedyś wspominałam, że w takim kontekście, kobieta jest jak automat na komplementy. Wrzuć kilka ciepłych słów, a otrzymasz buziak; jak go nie otrzymasz, sprzęt jest popsuty.
W internetowym kontekście, w pierwszej kolejności chodzi o urodę i próbę przypodobania się dziewczynie. Z tego powodu zaczyna się bycie „pantoflem” na posyłki i zakupy. Znaczy, nie twierdzę że jest tak; tak przedstawiają mi to środowiska internetowe. Jeśli się mylę, to jestem otwarta na historie.

Niemniej, cała „męska” część internetu aż huczy od tego, że jesteśmy - my, kobiety - okrutne, że wodzimy za nos, że nie spełniamy obietnic. Wykorzystujemy słabe jednostki do własnych korzyści: by nas wozili, by kupowali nam prezenty, by byli na każde nasze skinienie. I - niestety - to prawda. Kobiety tak robią, mówię to z ręką na sercu. Nie jestem tej strefy zwolenniczką, jednocześnie twierdzę, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety wpychają się z własnej, nieprzymuszonej woli. Bo, skoro jest im tak źle, to dlaczego nie odejdą? 

Z powodu, o który już wspomniałam. 

haczyk - uczucia


Uczucia to coś, z czym niełatwo jest wygrać. Definiują nie tylko nas, ale i otaczającą nas rzeczywistość (a patrząc na dominację nienawiści i agresji w internecie, jestem przekonana, że rzeczywistość jest ognista i w barwach krwi). Jeśli ktoś nie jest zakochany i wpadnie w strefę zwaną „friendzone”, przy kilku nieprzyjemnych sytuacjach lub po tym jak zostanie wykorzystany, odchodzi, co jednocześnie sprawia, że nie wpadł w strefę przyjaźni w ogóle. Bo w tej strefie tkwią ci, którzy wiernie trwają przy tej drugiej osobie, mimo kopniaków mentalnych, mimo zranionych uczuć i podeptaniu godności. Tkwią właśnie dlatego, że są zakochani. 
Uczucia sprawiają, że podejmują nieracjonalne decyzje; uczucia sprawiają, że jesteśmy głupi i naiwni, co gorsza, godzimy się na to wszystko z opuszczoną głową w nadziei, że nasz wysiłek i poświęcenie zostaną nagrodzone. Cóż. Do tego wrócę później. 

kobiety w strefie przyjaźni


Ta, tak, my - kobiety - też wpadamy we friendzone. Zakochujemy się, a zakochana dziewczyna to najgłupsza istota pod słońcem. Nie wiem czy istnieje głupsze i bardziej naiwne stworzenie na ziemi (nawet pandy bywają mądrzejsze); tym bardziej, że z doświadczenia wiem, że o utratę zdrowego rozsądku nie trzeba się starać. Na szczęście, jest nadzieja. Wraca. Czasami. Dodam jednak - jeszcze nim ktoś wysnuje teorie, że kobiety nie wpadają we friendzone; że mężczyźni nie są tacy okrutni, i że to domena nas, płci łagodnej - że kobiety też mają swoje słabości. Niestety, znam nie jedną i nie dwie dziewczyny, które wpadły w strefę komfortu innej osoby na tyle głęboko, by powiedzieć wprost: były w dupie. Bo zakochana dziewczyna jest oddana, i to bardzo. Wspominałam, że sami wpychamy się w objęcia strefy przyjaźni? U kobiet jest to o tyle widoczne, że im większy „bad boy”, tym większe prawdopodobieństwo kłopotów.
My, kobiety, mamy dziwne przekonanie, że uda nam się odmienić tego bad boya. Że nasza cierpliwość i miłość zostanie doceniona, że w końcu otworzy oczy w ostatnim, dramatycznym momencie. Rzuci to, co akurat robił - rozprawa sądowa, koncert rockowy czy prawie-seks z modelką, ponieważ dotrze do niego „to ona!”. Zostawi wszystko tak, jak zaczął, i ruszy do mieszkania; z kwiatami, winem, albo i bez. Będzie się dobijać, wołać i przepraszać; kiedy drzwi się przed nim otworzą, weźmie w objęcia, pogładzi po głowie i powie „wszystko będzie dobrze”.
Jeśli kojarzysz ten scenariusz, to znaczy, że też oglądasz ckliwe komedie romantyczne. O nich pisałam już bardzo rozbudowany tekst: Kobiece kino. (Nie)kocham, (nie)lubię, (nie)szanuję. Osobiście wysnuwam teorię, że to właśnie przez takie kino - zaszczepione już w najmłodszych latach - wierzymy w to, że uda nam się odmienić jego serce i że nasze uczucia w końcu zostaną docenione. Dlatego też tkwimy w strefie friendzone, czekając aż nas doceni i dostrzeże, że go kochamy. Sęk w tym, że on o tym doskonale wie. I to wykorzystuje. 
Mężczyzna czy też chłopak wie, kiedy dziewczyna wlepia w niego spojrzenie cielaka; kiedy jest na każde zawołanie, na każde skinienie. On wie, że ona zrobi wszystko by mu się przypodobać. Jechać na koncert? Wyskoczyć do klubu? Pić tanie wino w melinie? On wie, do kogo zadzwonić w środku nocy o transport; on wie kto jest na każde zawołanie. Ty. Ja. Każda z nas, która jest zakochana i wierzy w to, że on zauważy nasze starania. Jednakże, on widzi te starania i wykorzystuje to na każdym kroku. W ten sposób nie musi się utożsamiać z wyrazami „związek” czy „chłopak i dziewczyna”. Może spotykać się z innymi dziewczynami, nawet na przelotny seks; może pić z kumplami, spędzać czas jak chce, bez zobowiązań i ze świadomością, że jesteś. Jesteś jego dziewczyną na deser.
Na śniadanie piwo z kumplami, na drugie śniadanie randka z dziewczyną, na obiad seks z nią, i na deser ty - dziewczyna, która wyskoczy na obiad, odwiezie do domu czy przytrzyma głowę, gdy on będzie znosić modły do Posejdona. Będziesz na rodzinny obiad, będziesz na wesele kuzyna. Będziesz, gdy trzeba będzie zaopiekować się psem jego ciotki, albo kwiatkiem jego siostry. Będziesz zwłaszcza wtedy, gdy nikogo innego nie będzie. Będziesz, przekonana, że cię zauważy i co ważniejsze, doceni.

miałam powiedzieć później

więc mówię


Wszystkie komedie romantyczne, które przedstawiają ten schemat romansu - ona za nim, on za nią nie - mają happy end. On zaczyna rozumieć swoje uczucia, że jednak kocha ją; dociera do niego ile poświęciła, jak bardzo była mu oddana, i teraz - gdy to traci - postanawia o to walczyć. I wygrywa. On ma ją, ona ma jego, i koniec filmu, lecą napisy końcowe. 
W życiu ma to swój ciąg dalszy, i nie do końca taki happy. Przyznaję, że od czasu do czasu cierpliwość i oddanie zostają nagrodzone i tak jak w komediach, ona i on, niebo i grom. Tak, w naszej ognistej i krwistej rzeczywistości dociera do niego, że może warto się z nią związać, że warto ją nagrodzić. I rezygnuje z imprez, kumpli, innych dziewczyn po to, by móc ustawić status na facebooku. I wiem, że czekasz na ten moment. A jeśli czekałaś, i dostałaś to, czego chciałaś - znałaś gorycz tego zwycięstwa. Jeśli nie, poznasz. Pozwól, że powiem ci jak ono smakuje. 

ludzie się nie zmieniają


Jeśli myślisz, że do niego dotarło twoje poświęcenie, i dlatego jest z tobą, wkrótce przekonasz się, że tak wcale nie jest. Zrobił to tylko po to, by nie stracić pewnego „deseru”. Zrozumiesz, że jesteś tą małą szprotką na haczyku i zostałaś ze swoim wędkarzem tylko dlatego, że nie złowił lepszej rybki. Jesteś dziewczyną na deser - na później. Byłaś nią, jesteś i będziesz. Nawet jeśli on zmienił swoje nastawienie, nawet jeśli naprawdę cię docenił i pokochał, i jest z tobą, bo tego chce, to w twojej głowie na zawsze będzie z tobą dlatego, że nie było lepszej opcji. W twojej głowie zawsze będzie się obracać za lepszymi „okazami”; że zniknie z twojego życia gdy tylko taką znajdzie. Przez cały czas będzie cię gryzł ten głosik w głowie, powtarzający bezustannie, na okrągło - „jesteś dziewczyną na deser”, „jesteś, bo nie było lepszej okazji”. 
Będzie cię to stopniowo podtruwać; może nie od razu, bo z początku ten głos zostanie zagłuszony przez euforię, przez radość, przez to, że się udało. Gdy emocje opadną, gdy do związku wkradnie się monotonia dnia codziennego, zacznie cię rozsadzać od środka pewnego rodzaju złość. Bo kazał ci czekać, bo nie doceniał cię od początku. Ta walka - im dłużej trwała - tym boleśniej będzie cię rozbijać od środka. Możesz próbować siebie przekonać, że tak nie było, ale było, i dobrze o tym wiesz. 
To trochę jak ze zdradą. Jeśli zdradził/a raz, będzie to robić zawsze. Jeśli nie w życiu codziennym, nie z innymi ludźmi, to za każdym razem w twojej głowie. Nie pozbędziesz się tego głosiku, choćbyś się starała. W końcu wewnętrzna frustracja, złość i pretensja zacznie rosnąć. Bo starałaś się tyle czasu, jesteś zmęczona bezustannym staraniem się, a świadomość, że jesteś na chwilę przyczyni się do stopniowego upadku. Co się stanie, gdy odłożysz na chwilę broń? Gdy na chwilę przestaniesz się starać tak bardzo? Pojawi się nowa rybka, pojawi się inny deser. 
I ta świadomość oraz ten głos w twojej głowie nie opuści się nawet na chwilę. Będzie regularnie przypominał o swojej obecności; o cenie, jaką zapłaciłaś. O przepłakanych nocach, o zranionych uczuciach gdy widywałaś go z innymi. O urażonej dumie, gdy bez ogródek przyrównywał cię do innych, albo z innymi mylił. TO nie zniknie. Będzie z tobą już na zawsze, gdzieś w głowie, jak echo powracających doświadczeń. I oto jest gorzki smak kartagińskiego zwycięstwa, twojego zwycięstwa

rybak niechętnie wypuszcza zdobycz


Załóżmy jednak, że nie dotarłyśmy do scenariusza „on ze mną, a ja z nim” i wróćmy do momentu, w którym on jest jeszcze przyjacielem, a ty przekonujesz cały świat, że przyjaźń damsko-męska to nie mit. Mężczyźni - wbrew temu co twierdzą - wiedzą jak manipulować naszymi uczuciami, tym bardziej, kiedy to nam zależy, a im nie do końca. Kiedy wyczują, że zaczynasz mieć wątpliwości; że chciałabyś zniknąć z jego życia i zająć się swoim, rzuci hasełkiem, który rozpali wewnętrzny ogień na nowo. 
„Chciałbym, by moja dziewczyna była taka jak ty” albo „w sumie, mógłbym  być kiedyś z tobą w związku”. Takie frazy, rzucone od niechcenia, we właściwym momencie, potrafią stopić zatwardziałe serce i myśl o rozstaniu znika. Pojawiają się wątpliwości czy to dobry pomysł, zaczynają się obawy i ku zdziwieniu wszystkich, pojawia się siła, by dalej to ciągnąć. By znosić kopniaki i upokorzenie; trwać w tej toksycznej relacji, będąc przekonaną o tym, że wszystko będzie dobrze. 

Niby my - kobiety - jesteśmy manipulantkami, a mężczyźni to ofiary naszych knowań. W pewnym sensie, tak, jesteśmy manipulantkami. Z doświadczenia jednak wiem, że żadna ze stron nie ma przewagi; że nawzajem się wykorzystujemy, nawzajem się „bajerujemy”. Piszę jednak od kobiecej strony, bo męski punkt widzenia przewija się tak bardzo, że zapomina się o kobietach we friendzone. 

friendzone - strefa przyjaźni


Już raz powiedziałam, powiem i drugi; sami wpychamy się w objęcia friendzonu. Sami się stawiamy na tym regale, obok tych a nie innych zabawek. Dlaczego? Bo - kierowani uczuciami - pozwalamy się tak traktować. Jeździmy z nią na zakupy, albo z nim na imprezy; wysłuchujemy o jej wymarzonym chłopaku albo o dziewczynach, jakie zaliczył przez weekend. Siedzimy cicho, słuchamy ze łzami w oczach i czekamy, aż on/a zauważy je. 
Jest równie prawdopodobne, że je nie widzi, jak i widzi, ale ignoruje. Nie chcę wrzucać wszystkich „manipulatorów” do jednego wora; nie twierdzę, że wszyscy są źli, i robią krzywdę drugiej osobie celowo. Są ludzie i ludziska, jak mawia moja mama

I choć „oprawcy” tak bardzo się od siebie różnią, tak ofiary mają ze sobą wiele wspólnych mianowników. Zakochani, oddani, wierzący w ten mit, że miłość zmieni ludzkie serca; sami wepchnęli się w tę sytuację, i tylko oni sami mogą się z niej wyciągnąć. Nie można ich wygrzebać, ani wyszarpać siłą. Dlaczego? Im bardziej ich szarpiesz, tym głośniej na ciebie warczą; toksyczne relacje mają to do siebie, że niszczą tych, którzy próbują je przerwać. 
Ofiary strefy przyjaźni cierpią każdego dnia i trwają w zawieszeniu; czekają. I właśnie o takim czekaniu pisałam w artykule: „Dziewczyno! Chcesz czekasz na księcia z bajki? To czekaj nawet do usranej śmierci.”. Bo czekamy; czekamy aż nas zauważy, aż nas doceni; czekamy aż napisze, zagada. Czekamy, niestety. 

to nie jest temat do żartów


O tym nieszczęsnym friendzone ludzie dowiadują się ze śmiesznych memów, które wykpiwają tego biednego chłopaka, tkwiącego w towarzystwie atrakcyjnej dziewczyny. Śmieją się z podpisu „z najlepszym przyjacielem” i dorzucają swoje pięć groszy, doklejając tych Bogu ducha winnych żołnierzy. Tak przedstawia to społeczność internetowa: ludzie we friendzone to ludzie o słabych charakterach, tkwiący w toksycznych relacjach, sami sobie winni. 
Wiesz co widzę, kiedy patrzę na takie zdjęcia? Ludzką tragedię. Człowieka zakochanego, skazanego na upokorzenia ze strony dziewczyny i kumpli; widzę dramat osoby, która każdego dnia widzi swoją ukochaną z innym. Zazdrości; jad toczy go od środka. Wie, że jest chłopakiem na deser/ że jest dziewczyną na deser. Jest na później; jak zabawka odłożona na półkę. Zabawka, która wiernie będzie trwać. 
Dla mnie friendzone nie jest tematem do żartów, nie był i nie będzie. I powiem to po raz trzeci: ludzie sami wpychają się w tę strefę. Z jednej strony nie powinnam współczuć osobom, które dobrowolnie doprowadziły się do takiego stanu; bo gdyby chciały, mogłyby odejść. Z drugiej strony wiem, że z uczuciami się nie wygra; by odejść, należy przekuć miłość w nienawiść, radość w smutek, a z cierpienia uczynić tarczę. Czy zasługują na to, by z nich kpić? Wydaje mi się, że sami serwują sobie wystarczające upokorzenie. A tym, którzy serwują te cierpienia celowo - bo im wygodnie, bo tak jest zabawnie - któregoś dnia noga się powinie; któregoś dnia, natrafi kosa na kamień. 

środa, 31 sierpnia 2016

#Najlepsze seriale


Dla niewielu jest wiadomy fakt, że jestem strasznym filmożercą. Poluję na nowości, nie tylko kinowe, by w spokoju obejrzeć sobie ulubiony film w towarzystwie - kota lub znajomego. Większość zapewne wie, że lubię książki; i nadal je lubię, ale czasami potrzebuję chwili całkowitego odpoczynku. Otwarcie przyznaję - nie raz - że nie oglądam seriali, ale od czasu do czasu mam ochotę rozpocząć przygodę z czymś, co zajmie mi więcej niż jeden wieczór. Dlatego, co jakiś czas, decyduję się obejrzeć serial. 
I przyznam się szczerze, jak każdy użytkownik, mam olbrzymie problemy ze znalezieniem odpowiedniego widowiska do wieczornego leżakowania. Wówczas ratuję się tym, czym ratujemy się wszyscy: przeglądarką internetową. Wujek google podpowiedział mi stronę Beerlovers (https://www.beerlovers.pl/artykul/najlepsze-seriale-do-piwa/).

Pierwsze dwie propozycje są mi znane; śledzę je na bieżąco, wyczekując początku roku z niepokojem, co przyniesie przyszłość. Niemniej, trzecia propozycja wydaje mi się ciekawą alternatywą na długie, zimowe wieczory w towarzystwie znajomych. Bo kto, jak kto, ale pewne rzeczy oglądać w towarzystwie, nawet jeśli tym towarzystwem jest kot.
I to, co strona beerlovers zaoferowała więcej od zwykłych przeglądów seriali jest propozycja alkoholu do wieczornego oglądania seriali. Nawet jeśli propozycje nie pokrywają się z naszym gustem, nie zaszkodzi zaopatrzyć się w proponowane butelki alkoholi. 

niedziela, 21 sierpnia 2016

#183 „133 dni feminizmu”, czyli jak z kobiety stałam się babochłopem.


Kiedy 133 dni temu powiedziałam na głos: „Ja, feministka, wiele się zmieniło. Najpierw obwieściłam to całemu światu, wpychając swój artykuł w przełyk każdego znajomego: wysyłałam w prywatnych wiadomościach z tekstem: „musisz to przeczytać, bo ty nic nie wiesz o feminizmie”. Później wzięłam kuchenny nóż - symbol wyzwolenia - i ucięłam moje długie włosy, które z kolei są wyrazem uciśnienia przez patriarchat. Pozbyłam się wszystkich kobiecych ubrań, i pognałam na zakupy do męskiego działu, wybierając wszystko o kilka rozmiarów za duże. No i męskie, bo mężczyźni są źli. 
W drodze powrotnej, kupiłam farbę do włosów; rozważałam między niebieskim a różowym kolorem, zdecydowałam się na niebieski, bo różowy jest kolejnym symbolem męskiej władzy nad kobietami. Oczywiście, spaliłam wszystkie staniki - a tymi ładniejszymi rzucałam w przechodniów na ulicy, demonstrując swoje wyzwolenie. Przestałam o siebie dbać, a na sam koniec wpychałam wszystkim męskim znajomym wiadomości, jakimi to są szowinistami i mizoginami, a koleżankom pisałam, że muszą wyrwać się z kajdan męskiej dominacji i by zaczęły być wyzwolone, jak ja. Opierali się: wszyscy się opierali moim prawdom. W końcu mnie zablokowali, bo mieli dość prześladowania ich poglądów... 

... i tak, w przeświadczeniu niektórych, wyglądało moje przejście na „feminizm”.

Pozwól, że opowiem ci jak naprawdę wyglądało 133 dni feminizmu, dobrze? 


wszystko mnie obraża?


Feminizm sprawia, że wszystko powinno mnie denerwować, a sama powinnam być przewrażliwiona na wszystkich płaszczyznach. Uwaga: nie jestem, choć znajdą się tacy, co będą uważać, że zrobiłam się przewrażliwiona (do tego wrócę później). Naprawdę, feminizm nie sprawia, że każdy żart staje się obrazą majestatu - sama serwuję żarty feministyczne, szowinistyczne, rasistowskie i z czarnego humoru. Bo to są żarty - póki służą temu, by się pośmiać, śmiać się będę. Jeśli jednak mają na celu obrażenie, wyśmianie poglądów - cóż, chyba każdy się wówczas denerwuje, prawda? 
Pozwól, że przejdę do przykładów: kojarzysz te wielkie „gównoburze” o tyłek postaci z gry Overwatch? Rzekomo, feministki mocno oburzyły się na tworzenie nierealnych standardów kobiecych. Mój komentarz do tej sprawy? Ta postać miała naprawdę cudowny tyłek, i aż przyjemnie się patrzyło. Dlaczego o tym mówię? To postać z gry - fikcyjna, nierealna, narysowana. Podobnie jak postacie z kreskówek, anime, bajek, baśni, i wszystkiego co tylko się nawinie. Póki nie jest to rzeczywista, materialna postać przerobiona w photoshopie - jest mi to obojętne. 
Kolejna kwestia: Mystic z filmu X-Men. Moment, w którym główny antagonista ją dusi, jest momentem szowinistycznym. Jednakże... To film akcji; w nim biją się wszyscy, bez względu na płeć, kolor skóry czy wyznanie. Dała „bęcki” i zebrała „bęcki” - end of story, prawda? Nie robię z tego większej filozofii, bo tutaj jej nie ma. I choć istnieją kobiety, które się na to oburzyły - ja do nich nie należę, i nie lubię, gdy wpycha mi się takie poglądy w przełyk. Mam swoje, i wydaje mi się, że są bardziej poukładane. 

Co ważniejsze, nie jestem jedyna z tym „obrażaniem” się o wszystko; mam koleżankę, która również jest feministką (szok, prawda?). Obie przesiadujemy w różnych częściach internetu, i podsyłamy sobie śmieszne memy o feministkach. Wierz mi lub nie, niektóre są naprawdę dobre, i uśmiejemy się tak, że głowa mała. No ale, jesteśmy feministkami i obrażamy się o wszystko, bo wszystko nas obraża. 

czy wpycham wszystkim swój feminizm? 


To z kolei jest trochę jak z weganami i prawnikami; znaczy, wszyscy się śmiejemy, że nie przemilczą w konwersacji momentu, by powiedzieć jeszcze raz: „studiuję prawo i jestem weganem”. Niby jako feministka też powinnam o tym trąbić na lewo i prawo; wiesz, zrobić sobie tatuaż, torbę, i zaczynać przedstawianie się od: „cześć, jestem Natalia, prowadzę bloga i jestem feministką”. Powinnam - w przekonaniu niektórych. 
O tym, że prowadzę bloga, nowe osoby dowiadują się z mojej prywatnej tablicy, na której udostępniam posty; lub tym, że mam wpisane blogger w Pani Kotełkova. O tym, że jestem feministką, dowiadują się albo z artykułów, albo z bloga (jeśli ogólnie na niego wejdą), albo z od czasu do czasu udostępnianych dyskusji. I to wszystko. Tak więc o blogowaniu i feminizmie ludzie z otoczenia dowiadują się z osi czasu - wtedy, gdy wchodzą na mój profil i go przeglądają. Nie wpycham im w tej wiedzy, oni sami ją znajdują, a to jest różnica, prawda? Choć przyznam się szczerze, że zdarzali się i tacy, co zarzucali mi wpychanie feminizmu poprzez udostępnianie własnych artykułów o feminizmie. Mój blog, moja oś czasu - udostępniam co chcę, i kiedy chcę. Jeśli komuś nie pasuje, przestaje obserwować lub wyrzuca mnie ze znajomych, i tyle. 

atakuję wszystkich mężczyzn?


Społeczeństwo jest przekonane, że feministki to kobiety, które biegają po ulicy ze stanikami w dłoni, gonią mężczyzn i biją ich za to, że ci na nie spojrzą. Po prostu, feministki to nie kobiety, ale babochłopy. I sam fakt, że jestem feministką sprawia, że jestem postrzegana właśnie w taki sposób. 
Od momentu napisania artykułu „Ja, feministka”, byłam zmuszona zablokować kilka osób na moim facebooku. Nie dlatego, że przeszkadzały mi ich poglądy, albo denerwowali mnie udostępnianymi treściami. Nie, zablokowałam ich dlatego, że bezustannie krytykowali mnie i moje poglądy, choć wcześniejsze lata były spokojne. Chwileczkę... Nie krytykowali. Napastowali swoimi racjami, obrażali, wyśmiewali, i tak dalej. Wcześniej nie mówiłam o sobie: „Ja, feministka”, więc był spokój i nawet lubiliśmy ze sobą rozmawiać; w momencie gdy to powiedziałam, przestałam być „JA”, a zaczęłam być „feministka”. Podam przykład rozmowy, bo tak będzie prościej. 
- Czy wiesz, że to zwykła prowokacja?
- Wiem. Masz mnie za idiotkę?
- Nie, za feministkę. 
Po kilku takich wymianach zdań, plus bezustannych kłótniach nad sprawami błahymi, sprowadzonymi do walki na śmierć i życie, odechciało mi się rozmów z tymi osobami. Przestałam być Natalią, studentką filologii polskiej, blogerką, marzycielką, idealistką, romantyczką czy w cholerę innych przymiotników, które ktoś gdzieś mi przypisuje - zamiast tego, zostałam feministką, bo feminizm mówi o mnie wszystko. 
Nieważne czego o feminizmie nie udostępniłabym u siebie, musiało zostać skrytykowane, a ja sama w jakimś tam stopniu obrażona. I oczywiście, reagowanie emocjonalnie gdy ktoś mnie obrażał, uważano za typowe feministyczno-kobiece zachowanie. Przepraszam bardzo, mam prawo się zdenerwować gdy ktoś obraża mnie i moje poglądy? I powiem tak: wielokrotnie zostałam znieważona, w różnym stopniu, ale sama nigdy nie użyłam obraźliwych wyrażeń w stosunku do rozmówców. I choć wielokrotnie cisnęło mi się na usta: „jesteś idiotą”, nie powiedziałam i nie napisałam tego ani razu. Czasami wydaje mi się, że jestem za miła. 
I co śmieszniejsze, spotykam się z opiniami, że to feministki atakują mężczyzn za otwieranie drzwi czy pochlebstwa, ale od momentu 133 dni, częściej jestem atakowana jak atakuję. Ale, pewnie przekłamuję fakty; w końcu, feministki tak mają.

co tak naprawdę dał mi feminizm? 

Feminizm podarował mi coś bardzo ważnego: świadomość, że niczego nie muszę.


Nie muszę nosić szpilek tylko dlatego, że ktoś uważa je za kobiece. Mogę, jeśli chcę je ubrać, jeśli mam taki kaprys i jak zdrowie pozwoli, bo jak wiadomo, buty na obcasie szkodzą na kręgosłup. To raz, a dwa, mam pękniętą stopę, więc wyprawa w szpilkach jest zagrożeniem dla tego pęknięcia; wystarczy jeden zły krok, bym zaczęła utykać, tracić równowagę i cierpieć katusze, bo każde nastąpienie jest jak wbijanie w gwoździa, takiego calowego. 
Nie muszę tolerować chamskich odzywek w moją stronę, tak samo jak nie muszę tolerować natarczywych zalotów i bezczelnych uwag. Mogę dać w twarz, o czym pisałam już na fanpage'u; mogę pozwać o molestowanie, mogę zwrócić uwagę. Mam prawo, bo jestem osobą, a nie zabawką ku uciesze tłumu. 
Nie muszę biec za ideałem kobiecego piękna, bo mało który mężczyzna goni męski ideał. Skoro większość mężczyzn nie wygląda jak młodzi bogowie, dlaczego ja mam wyglądać jak bogini? By mieli się czym pochwalić przed kumplami, bym była „loszką” na pokaz? Istnieje moje przekonanie o równości: nie muszę niczego, czego oczekuje ode mnie druga osoba. Jedyną osobą, która może mieć oczekiwania wobec mnie, jestem ja sama. I jest tego znacznie więcej, ale nie widzę sensu w rozpisywaniu się nad szczegółami. Dlaczego? Ponieważ dla każdej z nas feminizm jest czymś innym, i daje co innego. 

Feminizm wiele mi dał, ale i wiele mi odebrał. Dał mi siłę, dał mi świadomość pewnych rzeczy, otworzył oczy i nowe horyzonty. Jednocześnie nie zmienił mnie - dalej lubię to samo, bawią mnie te same rzeczy. Jestem taka sama, tylko uwrażliwiona na kobiece problemy, na niesprawiedliwość. Stałam się silniejsza. Co zatem odebrał mi feminizm? To samo, co mi dał. 
Bo w przekonaniu lwiej części społeczeństwa, jestem feministką - biegam po ulicy ze stanikiem, mam krótkie włosy, mieszkam sama z kotem, upijam się winem co wieczór i płaczę do poduszki, bo nikt mnie nie chce. Tak patrzy na mnie społeczeństwo: tak patrzą na mnie czytelnicy, gdy widzą nagłówek: „lekko feministyczny kawałek internetu. Nie ma znaczenia co napiszę i jak napiszę, dla niektórych będę feministką, a to znaczy, że wiedzą co piszę bez czytania. Pieczątka „femiznim” sprawia, że ludzie są przekonani, że wiedzą o mnie więcej niż ja sama. 

ludzi nie interesuje to kim jestem - interesuje ich to, że jestem feministką

W dużej mierze, nic się nie zmieniło. Nadal mam moje długie włosy, nadal o siebie dbam (nawet bardziej). Feminizm nie przeobraził mnie - jak to ładnie nazywają niektórzy - w babochłopa. Ja to wciąż ja, ta sama studentka filologii polskiej; słucham tej samej muzyki, bawią mnie te same żarty - szowinistyczne i feministyczne, rasistowskie i z czarną nutą. Problem jest taki, że nie pozwalam na więcej, niż uważam to za konieczne. Pisałam niedawno o spoliczkowaniu „kolegi” z pracy, i to właśnie ta historia mnie natchnęła do napisania tego artykułu. Dla przypomnienia:

Brak mi słów.
Ostatnio dotarły do mnie pogłoski, że moja reakcja była wynikiem tego, że jestem feministką. Że zareagowałam w ten a nie inny sposób, i przez to jestem dziwna. Dlaczego? Bo inne dziewczyny tylko się chichrają na takie końskie zaloty. Zreagowałam tak - czyli dałam w twarz/próbowałam dać w twarz - bo jestem feministką, a nie dlatego, że jestem kobietą i nie życzę sobie, by ktoś, kto nie jest moim chłopakiem/facetem/narzeczonym/mężem klepał mnie po tyłku. Bo jestem feministką.  
Nie pytam, ile dziewczyn bez żadnego pierwszego ostrzeżenia dałoby w twarz; nie pytam ile kobiet by się oburzyło na takie traktowanie, i upomniało jegomościa, ochrzaniłoby go, nazwało chamem i prostakiem. Gdyby to zrobiły inne dziewczyny: byłoby to normalne zachowanie, ale zrobiłam to ja, feministka, i to nie było normalne.  

środa, 17 sierpnia 2016

#182 Niedziela wolna od handlu? W dupach się poprzewracało.


Słowem wstępu (i edycji): artykuł ma wielopoziomowy wydźwięk. Po pierwsze, przedstawia kumulację problemów pracownika supermarketu; po drugie, ma pokazać dlaczego jestem za niedzielą wolną od handlu; po trzecie, tekst jest pełen czarnego humoru. Czytaj zatem przez czarne szkiełko, jakbyś „czytał” swojego ulubionego satyryka. 
____________________________________

Po ciężkim tygodniu nie możesz się doczekać tego jednego dnia: niedzieli. Masz już wszystko zaplanowane. Co konkretniej? Jak to co! Wypad nad jezioro, bo pogoda dopisuje; albo wypad do kina, albo koncert w plenerze. Niedziela nie jest od tego by siedzieć w domu, ale by spędzić czas ze znajomymi/dziewczyną/chłopakiem/mężem/żoną/przyjacielem/psem/kotem. Pozostaje tylko ostatnia przeszkoda do ominięcia: szybkie zakupy, o których zapomniałeś/nie chciało ci się. Teraz żałujesz. Dlaczego?
Najpierw szukasz miejsca do zaparkowania, a znajdujesz go na samym końcu parkingu. W prażącym słoneczku suniesz po betonowej pustyni, przeklinając tych wszystkich ludzi, którzy zdecydowali się zrobić  akurat dzisiaj zakupy. Nim dojdziesz do drzwi, widzisz trzy wolne miejsca parkingowe; ewentualnie wyzywasz od idiotów tych, którzy jednym samochodem zajmują dwa miejsca. W końcu docierasz do automatycznie rozsuwanych drzwi, i suniesz za emerytką pchającą ten piszczący wózek.
Wpadłeś tylko po piwo i kiełbaski, a nie na maraton zakupowy! W samym sklepie lawirujesz między tymi wszystkimi ludźmi, którzy idą, idą i nagle STOP. Wpadasz na nich, rzeczy spadają na podłogę, lecą siarczyste przekleństwa - twoje i ich. W końcu docierasz do półki, i co? I nie ma tego piwa, co chciałeś. Są inne, droższe: debatujesz, skaczesz po wszystkich regałach - zaglądasz za, pod, szukasz pracownika i pytasz czy są gdzieś na magazynie. Co słyszysz? „Wszystko na regałach”, ale na regałach nic nie ma. Denerwujesz się: w samochodzie czekają, albo nie daj Boże, rozbiegli się po sklepie jak stado owiec, i teraz jak ten pasterz biegasz, szukasz, nawołujesz. Mijają cenne minuty, coraz więcej ludzi; chodzą jak święte krowy, przeklinasz. Kawa? Po co ci kawa! Ludzie ci tak ciśnienie podnoszą, że zaraz zawału dostaniesz. Dobra, zebrałeś swoje stadko i idziecie do kasy. Tam? ARMAGEDON.
Cztery kasy czynne, kolejki jak za komuny; tuptasz do tej, gdzie jest najmniej ludzi i wykładasz swój towar. Pani co akurat ma płacić, wygrzebuje z portfela same drobniaki. Liczy, mruczy pod nosem; pan przed tobą odchrząka nerwowo, a ty? Starasz się nie oddychać, bo pan o prysznicu nie słyszał. Mijają minuty, pojawiają się kolejni klienci.
Pani za tobą bezustannie cię szturcha wózkiem. Na co liczy? Chyba na to, że naprawdę tego zawału dostaniesz z nerwów i zwolni się miejsce w kolejce. Dziecko w innej kasie drze się niemiłosiernie, bo chce tego super-hiper drogiego lizaka, a mamusia nie dość, że nie zamierza mu go kupić, to albo go ignoruje - wpatrzona w telefon - albo zblazowanym tonem „Brajanku, ale uspokój się, bo ludziom przeszkadzasz”. W końcu przychodzi twoja kolej - masz wrażenie, że minęła cała wieczność. Pani kasuje, kasuje. Rzucasz drobniakami na ladę, „reszty nie trzeba” i wychodzisz, nie czekając na rachunek.

Znasz ten scenariusz? 

Pozwól, że teraz opowiem ci go z perspektywy, której nie znasz. 


Przebiegłeś przez ten super-hipermarket w mniej niż pół godziny; jeśli miałeś szczęście. A co z człowiekiem, który między tymi ludźmi musi tańczyć przez osiem godzin? Co z człowiekiem, który nie pamięta kiedy ostatni raz spędził niedzielę z najbliższą osobą, albo ze znajomymi nad jeziorem? Co z kobietą na kasie, która musi - po prostu MUSI - tam tkwić, i słuchać wrzaskunów, jakimi są dzieci; musi wdychać smród papierosów, alkoholu albo braku higieny (maskowanej przez nadmiar perfum).

Jeszcze nim pracowałam w „wielkim sklepie”, wiedziałam, że w niedzielę nie muszę iść na zakupy. Tak jak i wszyscy ludzie, którzy po prostu dla własnej wygody nie odwiedzają tego „przybytku” wcześniej. Dlaczego? Bo są zmęczeni, bo mogą w dniu wyjazdu; przecież sklepy są czynne siedem dni w tygodniu. A wiesz co jest najgorsze?
Ci, którzy jadą w niedzielę na zakupy dla przyjemności, a nie z obowiązku. Robią rodzinną ekspedycję w niedzielę - zamiast jechać nad jezioro, basen czy do kina/teatru, wybierają supermarket. Argument, że to jedyny dzień, kiedy można zrobić zakupy na spokojnie? *psik!* Przepraszam, jestem uczulona na bullshit. Sklepy są czynne od 6/7 aż do 22/23, więc nieważne czy zaczynasz pracę o ósmej, czy o dziesiątej, czy o szesnastej: możesz zrobić zakupy przed lub po pracy. Co śmieszniejsze, w tygodniu jest mniej klientów niż w ten nieszczęsny weekend; mówię z perspektywy pracownika, który nienawidzi weekendów.

Spotkałam się również z argumentacją dziewczyny, że gdyby tak bardzo pracownik chciałby mieć wolne w niedzielę, to ustawiłby sobie grafik. Kiedy to sobie przypominam, śmieję się na głos. Doprawdy? Takie brednie możesz gadać ktoś, kto nie przepracował ani tygodnia w takim przybytku. Pracownicy nie ustalają sobie grafiku; ba, każdy jeden - kobieta i mężczyzna - chciałby mieć wolny weekend, ale kto by wtedy pracował? Tak więc, nie każdy ma tyle szczęścia. Właściwie, szczęściarze mają jeden wolny weekend. Jeden. I ty narzekasz, że musisz przyjść w sobotę do pracy?
Dla mnie - jak i innych pracowników - nie ma znaczenia, że jutro „poniedziałek”; my nie dramatyzujemy, że jutro „poniedziałek”. Poniedziałek możemy mieć w środku tygodnia; w jakikolwiek dzień tygodnia! I naprawdę, mamy farta gdy zdarzą się dwa dni wolne pod rząd. Ty - pracując w trybie osiem godzin dziennie, od poniedziałku do piątku, w stałych godzinach od ósmej do szesnastej - masz dwa dni na odpoczynek. My - pracownicy marketu, pracujący losowo od piątej, siódmej, dziesiątej, dwunastej albo cholera wie której porze - mamy losowy dzień, rozrzucony gdzieś w środku tygodnia. I w dużej mierze zależy od tego, jak bardzo kierownik nas lubi/nie lubi.

Chcesz powiedzieć mądre: „taka jego praca”, albo „to niech poszuka lepszej pracy”?


Zapraszam tutaj


Teraz powiem coś więcej: spora część pracowników marketu nie ma innego wyjścia. Jeśli jest się matką, a jak fortuna nie sprzyja, samotną matką, to szuka się pracy w odpowiednich godzinach. A są lepsze godziny niż od piątej do trzynastej? Kiedy z rana i wczesnego popołudnia dzieckiem może zająć się babcia/siostra albo można je oddać do przedszkola na kilka godzin? 
W supermarkecie są trzy zmiany pracowników: i pracownik może poprosić o zmiany o jednej, konkretnej porze. Gdy kierownik ma serce, ustala grafik według zapotrzebowania. Skąd o tym wiem? Ponieważ w lipcu jechałam na tydzień do Gdańska: żaden szef nie dałby mi wolnego od 21 do końca lipca. W supermarkecie moje zmiany zostały upchnięte tak, bym wyrobiła normę w niecałe trzy tygodnie. Poza tym, gdyby nie ci wszyscy pracownicy, którzy wykładają towar - nie miałoby sensu chodzenie tam na zakupy, bo nic nie byłoby na półce. 
Pozostawię jednak grafiki i wypracowane godziny; przejdę dalej. Wspominałam w „historyjce” i raptem czterech kasach czynnych, podczas gdy jest ich naście. Dlaczego?

ponieważ brakuje kadry pracowniczej


Co to znaczy? To znaczy, że wielkimi marketami zarządzają Janusze Cebulactwa, którzy wychodzą z założenia, że mogą wycisnąć maksimum zysków z minimum pracowników. Skąd o tym wiem? Ponieważ pracując w markecie widzę i słyszę, że brakuje pracowników. Krążą od działu do działu, pomagając koledze lub koleżance, która pozostała sama i nie zapowiada się, by ktokolwiek miał do niej dołączyć w najbliższym czasie. 
Kasjerki? Jest kilka sztuk zatrudnionych. Podkreślę: kilka sztuk kasjerek, z czego są trzy zmiany i każdej należy się dziewięć dni wolnych w miesiącu. Większość pań/panów siedzących na niewygodnych fotelikach de facto jest zatrudnionych na wykładaniu towaru, a nie na wdychaniu odorów niemytych ludzi, słuchaniu małych wrzaskunów i mówieniu z naklejonym uśmiechem: „zapraszamy ponownie”. 
Tak więc, na cztery kasjerki, jedna albo dwie praktycznie są kasjerkami; mało tego, panie z punktu informacyjnego czasami tam siedzą, choć nie jest to ich zadanie. Maksimum zysku z minimum pracowników; to motto najwyżej postawionych. Pomniejsi dyrektorzy najchętniej zatrudniliby całą kadrę - więcej serwisantów, więcej kasjerek, więcej pracowników od wszystkiego. Zatrudniliby, ale nie mogą. Dlaczego? Ponieważ trzeba oszczędzać na premie? Cholera wie. 
I cholera wie, że osiem godzin na zmianie to czysty koszmar zwłaszcza, że nie jesteś w stanie wykonywać swojej pracy na 100%, tylko jesteś goniony wszędzie tam, gdzie jesteś potrzebny. Od magazynu, po sprzątanie, wykładanie towaru, aż po miejsce siedzące przy kasie. Za ile? Za minimalną krajową, albo troszeczkę więcej. Pudzian, Einstein i Perfekcyjna Pani Domu w jednym: to pracownik

A wiesz co jest jeszcze gorsze w supermarkecie? 

Ty

Znaczy, klient


Przecież sam tak uważasz, co udowodniłeś w pierwszej scence. Masz dość wrzeszczących dzieci, spoconych ludzi, kolejek, wlekących się emerytów z wózkami. Masz dość klientów sklepu: sęk w tym, że sam nim jesteś, a dla pracownika - z całym szacunkiem - jesteście tacy sami. Udowodnić?
Święte krowy na pastwisku, tak bym nazwała wszystkich tych, którzy depczą sobie spokojnie; albo stoją w alejce i oglądają półkę. Za mną? Ciężka paleta; czy chcę ją wwieść czy wywieźć - nie ma znaczenia. Muszę poczekać aż pan/pani się przesunie i pozwoli mi wjechać. Nie ma miejsca? Muszę poczekać, bo klient musi się zdecydować czy chce przecier za 2,29 czy za 2,49. W sumie ten droższy lepsza firma, ale wypadałoby oszczędzać. I się czeka. Jestem ścianą, podobnie jak niesłyszalne jest moje „przepraszam?”. Gdybym powiedziała: „suń dupsko” to na pewno by usłyszał/a. Ale przepraszam? Pf.
No dobrze, wyjechałam z alejki; zmierzam do magazynu, sunę po głównym „dziedzińcu” i nagle spomiędzy regałów wychodzi on: klient. Nie spojrzy czy jadę, nawet nie odwróci głowy, tylko włącza się do ruchu, ciągnąc za sobą mały, czerwony koszyczek. Pięty w ziemię, paletą po plecach i hamuję z całej siły, i jeszcze tak, by niczego nie stłuc, a nie daj Boże, trącić klienta. Jak go dotknę, jakkolwiek, to zaraz się odwraca cały czerwony na twarzy, i zaczyna sapać: że mam uważać, że on tu zakupy robi, że pójdzie do kierownika, skargę złoży, bo nieuważna pracownica ze mnie, że jestem zagrożeniem. Doprawdy? W podstawowych zasadach/prawach ruchu drogowego uczestnik z drogi podporządkowanej ustępuje pierwszeństwa. No cóż, market to nie ruch drogowy; za regałem z papierem toaletowym nie czai się mundurowy z suszarką w rękach i nie wlepia mandatów za wymuszenia. A szkoda.

To co opisałam powyżej, to standard: podobnie jak to, kiedy wykładam sobie towar na spokojnie i przychodzi klient, i zaczyna patrzeć mi po załadowanej towarem jak szczyty Mount Everest śniegiem palecie. I szuka, i patrzy, zagląda, obchodzi. W końcu podchodzi: „a nie ma pani na tej palecie tych słoiczków, zapakowanych jeszcze w folię?”. Moja myśl: „nawet jeśli są, to nie licz, że je wyciągnę”. Z uśmiechem na ustach mówię, że nie widziałam i nie wiem czy są. I czekam, aż pan zauważy ten nieszczęsny pakunek gdzieś na samym dole i powie magiczne: „czy mogłaby by mi go pani podać”.
W takich chwilach na usta ciśnie mi się bardzo niecenzuralne słowo; dlaczego? Ponieważ wyciągnięcie czegoś z półki nie jest problemem, ale rozkopanie całej palety tylko dlatego, że pan chce cztery słoiczki w folii a nie w kartoniku (gdzie nie ma różnicy cenowej), jest sporym problemem. Większości klientów nie interesuje fakt, że mam też inne obowiązki (i nie roznoszę przez cały dzień jednej palety). Nie interesuje też fakt, że nie mogę kłaść towaru na ziemię, że źle rozłożona paleta może się przewrócić i wyrządzić sporo szkody. Nie interesuje go to, bo on chce TO opakowanie (nawet jeśli TEN SAM towar jest wystawiony).
No ale, klient nasz pan. Czy tylko ja nienawidzę tego stwierdzenia?

Myślisz, że to wszystko? Widzę, że poczucie humoru cię nie opuszcza. Kojarzysz moment, w którym wziąłeś tę paczkę makaronu, ale gdzieś przy chipsach zdecydowałeś, że wolisz nażreć się niezdrowymi rzeczami przy telewizji, zamiast zrobić romantyczną kolację? Jeśli nie, wiedz, że ja - i każdy inny pracownik - pamiętamy. Podczas wykładania towarów znajdujemy perełki: sole do kąpieli przy solach do zupy; zabawkową marchewkę w pudle z arbuzami; zapakowaną szynkę na regale z konserwami, albo półtorakilogramową szynkę leżącą w zamrażalce z lodami. Jak pewnie się domyślasz, jedynie zakreślona część jest „problematyczna” w większym stopniu: podobnie jak każda rzecz, która szybko ulega rozkładowi.
Ostatnio pomagając na dziale słodyczy, natrafiłam na schowane pudełko jagód... A raczej podejrzewam, że to w poprzednim wcieleniu były jagody, bo zdążyły zrobić się białe, puszyste i pewnie była to kolejna forma ewolucji. Fuj. Jak to tam się znalazło? Pewnie samo wypełzło z działu warzyw; podobnie jak cała paczka ciasteczek, rozkruszonych na minimalne kawałki, schowane za ciastami w proszku.
Muszę przyznać, klienci są świetni w zabawie w chowanego. Co dzień, to lepszy towar gdzieś schowany. No ale, co będą robić te kilkanaście kroków dziennie; mi nie zrobi różnicy, w końcu i tak robię jakieś szesnaście kilometrów każdego dnia. Kilka kroków? Co za różnica. Płacą mi za to, prawda? 

Pamiętasz z historii te nieszczęsne piwo, którego nie było? Spora część klientów jest święcie przekonana, że towar w promocji chowamy na magazynie, by wykupić wszystko dla siebie; śmiejemy się przy tym jak jacyś psychopaci, bo możemy. Po pierwsze, nie możemy; po drugie, po co? Prawda jest taka, że na magazynie niczego nie chowamy, bo płaci się nam za to, by jak najszybciej magazyn opustoszał.
Paleta za paletą, zgrzewka za zgrzewką. Biegamy niczym mrówki, wstawiając wszystko na półkę byś miał po co sięgnąć. I czy to nasza wina, że towar zszedł jak ciepłe bułeczki i dla ciebie nie starczyło? Najwyraźniej tak, bo bardzo często słyszymy pretensje, że już nie ma; że to oszukaństwo, i w ogóle. A nie jest to żaden przekręt, bo nie raz jestem świadkiem, jak klienci wywożą coś z promocji całymi koszykami, po kilka-kilkanaście zgrzewek czy paczek. A że dostawy mamy codziennie w ograniczonych ilościach... Nic na to nie poradzimy.
O, zapomniałam uwzględnić w historii tego, że zrobili przemeblowanie i biegasz po tym cholernym sklepie, szukając tej jednej, konkretnej półki. Nienawidzisz tego; pewnie wydrzesz się na pierwszego lepszego pracownika. A on co? Też psioczy na wszystkie zmiany, bo zdążył się nauczyć gdzie co leży, a teraz co? Sam biega i szuka. Co gorsza, rozkaz odgórny, a on tylko wykonywał polecenie. Dlatego też zejdź trochę z tego biednego, sklepowego pracownika. 

czekaj, czekaj... nie zapomniałeś o czymś? 

JUTRO SKLEP JEST ZAMKNIĘTY


Kojarzysz ten moment, gdy do ludzi dociera, że któregoś tam jest święto i wszystkie sklepy będą pozamykane? Wiesz z czym to się wiąże: z jeszcze większą ilością ludzi w sklepie, z jeszcze większym stadem wrzaskunów, jeszcze większym smrodem spoconych ciał. W przeddzień gdy sklep jest zamknięty, wyjście na zakupy graniczy z samobójstwem. A co z tymi, którzy tam pracują? 
Z tymi, którzy na co dzień muszą tolerować zabawę w chowanego, totalne ignorowanie, święte krowy na głównej alei, i co gorsza, jeszcze wstrętniejsze nastroje klientów. „Bo tylu ludziom się dopiero teraz przypomniało”, mówi kobiecina, stojąc w kolejce. Doprawdy, paniusiu, chyba nie tylko im, prawda? Co gorsza, ludzie nie kupują na ostatni moment tego, czego może im zabraknąć: oni robią zapasy jakby szła apokalipsa! Mnóstwo zbędnych rzeczy, i to tylko dlatego, że jutro ma być zamknięte. Nie jestem w stanie tego pojąć!

Podobnie nie jestem w stanie pojąć innej rzeczy. Pozwól, że wrócę do argumentu: „bo niedziela to jedyny dzień, gdy mogę na spokojnie zrobić zakupy”. Obaliłam już twierdzenie „spokojnie”, bo nie można zrobić spokojnie zakupów, gdy wszyscy decydują się je zrobić „na spokojnie”. Można tylko się zmęczyć, i ciśnienie sobie podnieść.
Nie chce mi się wierzyć, że nie przejeżdżasz obok super-hipermarketu jadąc lub wracając z pracy, czy na uczelnię czy też z uczelni. Jestem święcie przekonana, że większość moich czytelników mija znaną sieć marketów przynajmniej raz w tygodniu, i nie jest to niedziela. Dlaczego więc nie odłożyć sobie godzinki zapasu, i zrobić to „po drodze”? Nie jeździć specjalnie, nie pocić się, nie przeklinać, nie denerwować w tłumie? Nie jest lepiej rozplanować lepiej w tygodniu, by niedzielę spędzić na relaks? 

No dobrze, załóżmy, że się uda: niedziela wolna od handlu. Robisz niedzielny obiad, zabrakło makaronu i... co teraz? Świat się kończy? Aniołowie przygrywają jeźdźcom apokalipsy? Pojawiła się kometa i zmierza w stronę Ziemi? Nie. Nie ma makaronu. Jeśli nie chcesz zrobić sobie klusek lanych, ani nie masz nastroju na ryż, to ubierasz buty, bierzesz portfel i idziesz do osiedlowego sklepiku. Pani Władza albo Pan Janusz na pewno się ucieszą, widząc klienta. Fakt, za paczkę makaronu zapłacisz... złotówkę więcej? Dwa złote? A patrz ile nerwów zaoszczędzonych, i wydatków! Poszedłeś po makaron, wróciłeś z makaronem! I tyle.


super-hipermarket

co z resztą? 


Pewnie zaraz nasuwa ci się pytanie: jaką resztą? A no taką, jak sklepy obuwnicze, albo elektroniczne, albo z ciuchami markowymi; albo mnóstwem innych rzeczy. Po co one są w niedziele otwarte? Byś hobbystycznie poszedł popatrzeć na wystawę, kiedy żona/dziewczyna ogarnia prowiant na cały tydzień? By pracownik zza lady spoglądał na ciebie i kpił sobie: „Patrz, apacz przyszedł”. Jaki apacz? Kiedy sprzedawca podejdzie i zapyta: „w czym pomóc”, usłyszy „a paczę tylko”. Nie „patrzę”, a „paczę”; nie mówimy tak ładnie, jak się to pisze. Więc mamy apaczów.
A obuwie? Znaczy, rozumiem że kobiety relaksują się podczas zakupów sukienek, butów i innego, babskiego dziadostwa, naprawdę. Ale nie można tego zorganizować w sobotę? Nawet jeśli pracujesz w sobotę, to nie wierzę, że pracujesz do późna, prawda? Czekaj! Nie mów. Jesteś zmęczona, prawda? Jesteś zmęczona po pracy... A no tak, pracownik supermarketu nie ma prawa być zmęczony.

Większość z nas - biurokratów i innych pracowników intelektualnych - pracuje na zmianach poniedziałek-piątek, od ósmej do szesnastej. Pracownicy sklepowi - nie. Dlatego ciężko jest, gdy dwoje ludzi, pracujących w różnych trybach, chce spędzić ze sobą dzień. Wierz mi. Żeby para miała wolne w tym samym dniu, potrzebują dużo szczęścia. A i tak powiesz mi, że wolna niedziela bo...

... kościół tak chce. 


Kiedy słyszę argument, że to widzi-mi-się kościoła, by ludzie chodzili na msze a nie na zakupy, to przepraszam bardzo, nie wiem jakim krótkowidzem jest osoba posługująca się takowym argumentem. Kościół. Phi!
Widziałeś gdziekolwiek w moim artykule wzmiankę o kościele, zasuwaniu na mszę i dawaniu na tacę? Nie. Piszę o wypadach nad jezioro, o romantycznych kolacjach, o odpoczynku po ciężkim tygodniu pracy. O tym, że ludzie się mijają, bo pracują w różnych trybach; że te niedziele nie są potrzebne, bo jest sześć innych dni na zorganizowanie zakupów; a jeśli będzie coś na szybko kupić, małego, to są lokalne sklepiki prowadzone przez właścicieli. Niby drożej, ale patrz jaka oszczędność! O kościele wspominacie wy - przeciwnicy wolnych niedziel. Dlaczego? Bo jest wam tak wygodnie!
Wygodnie jest połączyć instytucję z „ruchem oporu sprzedawców”, nazwać ich hipokrytami dla własnej wygody, by móc z czystym sumieniem sunąć w niedzielę po markecie, pchając zgrzytający wózek, przeklinając tłumy ludzi i brak miejsc parkinkowych; by odczekać swoje w kolejne i praktycznie napluć w twarz pracownikom, że czegoś nie ma, coś jest przeterminowane, a nie daj boże, „czy mogłaby pani kogoś zawołać do kolejnej kasy”. Kogo? Ducha świętego? Dlatego ja oddaję swój głos za wolnymi niedzielami.

I wierz mi lub nie, ale wy - klienci - macie takie wymagania,
jakbyście nam osobiście płacili co miesiąc. 

czwartek, 11 sierpnia 2016

#Kryzys blogera.


Nie będę owijała w bawełnę, ani też żadną inną włóczkę: przeszłam przez porządny kryzys. Trwał i trwa on nie od wczoraj, ani nie od początku sierpnia; wręcz przeciwnie, moje problemy trwały już kilka długich tygodni. W większości tego nie zauważyłeś, bo dobrze to maskowałam: do czasu, aż skończyły mi się wersje robocze.
Skąd o tym wiem? Bo kiedy przestałam trzymać się planu publikacji, przestały pojawiać się jakiekolwiek wpisy, a ja sama, tak jakby, zniknęłam z sieci. Od czasu do czasu odezwałam się na fanpage'u, i w sumie na tym się skończyło. Zamilkłam. Wszystko zaczęło się od... 

... zmęczenia blogera. 

blogowanie + (praca + (kasa + brak czasu + chroniczne zmęczenie))  = zniechęcenie


Nie miałam głowy do tego by pisać: nie miałam pomysłu, nie miałam sił, nie miałam chęci. Leciałam na tym, co przygotowałam kiedyś. W porywach napisałam coś na czasie, na teraz, by było; już, teraz. Zdarzały się Hot News, ale to było raczej dogorywanie, niż odżywanie. 
Każdego dnia myślałam: „jutro wstanę, zrobię kawę i napiszę coś”. Rano znajdywało się mnóstwo rzeczy do zrobienia, po pracy byłam zbyt zmęczona. Teraz sytuacja nie jest lepsza, bo zasuwam dzień w dzień, od czwartej nad ranem i nie mogę się doczekać, aż walnę się w łóżku, z nogami w górze. Jednakże, praca nie jest jedyną wymówką. Niemniej, zmęczenie blogera przekształciło się w...

... wakacje blogera. 

Przez kilka dni byłam w Gdańsku, gdzie zwiedzałam, korzystałam ze słońca (powiedzmy, chowałam się przed nim by dało mi święty spokój) i próbowałam odpocząć. I jak pewnie niektórzy wiedzą, brałam udział w konferencji blogerskiej See Bloggers 2016. I to właśnie na konferencji wszystko się przełamało: zamiast dostać zastrzyku inspiracji i sił, nie tylko zostałam całkowicie zdemotywowana, to byłam skłonna zamknąć Wypstrykando. 
Decyzje podjęłam po powrocie, ale nie potrafiłam tego otwarcie napisać. Dlatego milczałam już od lipca; nie wrzucałam żadnych artykułów, nie rzucałam za dużo informacji na fanpage. Zniknęłam. Wakacje przeobraziły się w...

... depresję blogera. 

Depresja blogera to taki bardzo fajny tytuł jednego z artykułów na stronie Lexpressive. Z góry zakreślę: moja depresja nie wynikała z, jak to ładnie określił Autor, „braku hajsu”. Wynikała bardziej z wewnętrznego rozdarcia. Od dawna czułam, że stoję na rozdrożu: w lewo, albo w prawo. Albo blog, albo opowiadania. 
Wiedziałam o tym dlatego, że kiedy chciałam usiąść i napisać opowiadanie, pojawiał się ten wewnętrzny wyrzut sumienia, że powinnam zająć się Wypstrykando. I pies pogrzebany tkwił w tym, że nie potrafiłam ruszyć z artykułem na Wypstrykando, bo moja głowa cały czas była gdzieś w magicznym, wymyślonym przeze mnie świecie. I to się ciągnęło: dzień, dwa, trzy; tydzień, dwa. Gdzieś tak... od początku czerwca trwałam w takim rozdarciu. 
Wraz z powrotem do domu, postanowiłam pójść za prozą: prowadzeniem opowiadań i skończeniem swoich powieści. Jeszcze siedząc w hostelowym pokoju, potrafiłam usiąść i pisać opowiadanie, które - uwaga - na ten moment jest skończone, ma równe pięćdziesiąt stron i właśnie zajęłam się drugim rysem. Kiedy skończę, z pewnością się podzielę. 
Niemniej, byłam pewna, że wybrałam swoją drogę. Myślałam; jak się okazuje, myliłam się, ponieważ w ostatnich dniach dostawałam od Was, moi drodzy, mnóstwo wiadomości. Prywatnych na fanpage, albo pisaliście do mnie maile. Otrzymywałam dużo ciepłych słów, przez które przestałam być tak pewna swojej drogi. Wiesz... Nie spodziewałam się tego, naprawdę. 
Wzruszona, zaczęłam kolejny etap w walce o swoją przyszłość.

kryzys blogera

Lubię zarówno prowadzić dla Ciebie Wypstrykando, jak i uwielbiam pisać opowiadania dla siebie, oraz dla innych. Myślałam, że muszę wybrać: albo w lewo, albo w prawo. Teraz nie jestem pewna, ale chyba rysuje się przede mną trzecia droga. 

Bo kiedy piszę opowiadania, jestem szczęśliwa; ale czasami nachodzi mnie myśl, którą chcę się podzielić. W opowiadaniu nie mogę, bo to nie jest na ten temat; na fanpage nie jestem w stanie się odpowiednio rozpisać, i wówczas brakuje mi tej strony. Dlatego, myślę, że powrócę w najbliższym czasie, ale nie będzie już regularności w postach. Będę pisała o tym, o czym chcę powiedzieć w danym momencie. Chcę się uwolnić z okowów „regularności” i terminów; chcę wrócić do „zabawy”. Bo blog był zabawą, i z tego wszystkiego - z tego parcia na szkło - zapomniałam co to znaczy. 
Dlatego, wracam, w małym kryzysie blogera. Opowiadania były, są i będą dla mnie najważniejsze, i skoro muszę dzielić swój czas na dwie czynności, które kocham - niech tak będzie. Nie jestem w stanie z nich zrezygnować. Co więcej, myślałam, że muszę wybrać jedną z nich: teraz wiem, że nie zawsze mam ochotę pisać w wymyślonym świecie i nie zawsze chcę dzielić się przemyśleniami. Czasem mam kaprys na obie czynności; czasem na jedną z nich, a czasem na żadną. 

W najbliższym czasie blog przejdzie małe porządki: szablonu nie zmienię, bo bardzo go lubię, ale prawdopodobnie zmienię nagłówek, do tego podstrony; no i dodam newslettera, czyli subskrypcję przez maila. Tym razem będę ją dokładniej prowadzić, jako że publikacje będą mocno nieregularne. Mam nadzieję, że będziesz dla mnie wyrozumiały, Czytelniku. 

W podziękowaniu, wkrótce pojawi się jeden z moich tekstów. 


  

piątek, 22 lipca 2016

#181 Chcesz być roszczeniową kurewką?


Każdego dnia tysiące samców alfa pada ofiarą kobiecej chciwości: wpierw emancypacja dała kobietom prawa do kształcenia się i zdobywania doświadczenia, a następnie odebrała mężczyznom prawo do wyłącznego prawa do pracowania. W ten sposób rynek zalały wykształcone i chciwe kobiety, które swoimi wdziękami i machlojkami wyrzuciły mężczyzn z uprzywilejowanych stanowisk, zaganiając do pracy na budowie i kopaniu rowów. Od pierwszych sukcesów ruchu emancypacyjnego kobiety depczą męskie ego, śmiejąc się do rozpuku. W końcu, kobiety to złe istoty.

kobieto! nie bądź obojętna 

na cierpienie samca alfa obok


Dlatego apeluję do Ciebie, moja droga kobieto: nie chodź do szkoły i broń boże nie kształć się na wyższych uczelniach; jeśli osiągniesz lepsze wyniki niż partner, podepczesz męskość, sprawisz, że stanie się zwykłą kurewką, gorszą od Ciebie. On tego nie zniesie, to dla niego za dużo. Pozwól mu być lepszym i mądrzejszym od siebie. 
Jeśli jedyną szkołę, jaką udało mu się skończyć jest zawodówka, skończ edukację na poziomie gimnazjum. Nie rób szkoły średniej, bo to tylko zgniecie męską pewność siebie. A jeśli ma szkołę średnią, i Ty też, nie przynoś mu wstydu i nie rób wyższej szkoły. Ambicja? Po co Ci ambicja? Do sprzątania, gotowania i wychowania dzieci nie potrzebny jest magister. Im mniej wiesz, tym szczęśliwsza będziesz. 
A praca? Jeśli znalazłaś już pracę, broń boże, nie zarabiaj więcej od swojego samca. To dla niego cios nie do zniesienia, bo jakim prawem masz zarabiać więcej? Najlepiej się zwolnij i idź do warzywniaka na kasę, najlepiej pracuj na czarno, bo to go z pewnością uszczęśliwi. A najlepiej nie pracuj w ogóle, siedź w domu, gotuj, pierz, sprzątaj, ceruj skarpetki i klep biedę, prosząc swojego samca o parę złotych na podpaski. 
Poza tym, Twój samiec słusznie wypomina Ci zarobki. Wiesz dlaczego? Bo pewnie dajesz dupy. Kobieta nie może tyle zarabiać; kobieta nie może mieć takiego stanowiska za darmo. Pewnie się puszczasz, i dlatego wpływają dodatkowe zera na Twoje konto. Wykonywane obowiązki, większa odpowiedzialność? Nie zamydlisz mu tym oczu, on wie, że jesteś kobietą i dlatego jesteś za głupia na obowiązki bardziej skomplikowane od zaprogramowania pralki czy zmywarki. 

Naprawdę, kobieto, ogarnij się. W swoim życiu nie potrzebujesz pracy, nie potrzebujesz wykształcenia. Potrzebujesz natomiast samca alfa, który zadba o Twoje potrzeby, który pójdzie do pracy i przyniesie tę jakże zaszczytną wypłatę. Da Ci odliczone co do złotóweczki drobniaki na zakupy, a jak będzie miał gest, dorzuci dyszkę na szminkę albo nowe majtki. 
Pamiętaj, że nie po to masz tyle wolnego by siedzieć na dupie: ma być wszystko ogarnięte, jak to mówi Twój Zdzisiu, i najlepiej skacz wokół niego jak wokół księcia. W końcu to on Ciebie utrzymuje. 


pora na chwilę powagi


Spotkałam się w swoim życiu, że mężczyzna miał do swojej partnerki przysłowiowy ból dupy o dwie rzeczy: że miała lepsze wykształcenie oraz że lepiej zarabiała. I taki partner nie wziął się za siebie: nie poszukał lepszej pracy, nie zapisał się na żadną szkołę, tylko siedział przed telewizorem i bezustannie zawracał gitarę gdy szła na egzaminy, skończyła uczelnię czy wracała późno z pracy.
Kiedyś nazwano mnie roszczeniową kurewką tylko dlatego, że wymagałam czegoś od mężczyzn, którzy chcieli się ze mną umówić. Bo wedle męskiego światopoglądu, jako kobieta nie powinnam wymagać, tylko cieszyć się, że ociekający testosteronem samiec postanowił znaleźć dla mnie pięć minut.
Prawda jest taka, że ilekroć którakolwiek z nas zacznie wymagać, zostanie nazwana roszczeniową kurewką: chcesz by znalazł lepszą pracę - kurewka; chcesz by wziął się za siebie - kurewka; chcesz by ogolił brodę - kurewka; by spędził więcej czasu ze swoim dzieckiem - kurewka; zasugerujesz, że chodzi niechlujnie ubrany i w śmierdzących ubraniach - kurewka.
Zawsze będziesz kurewką. Widać to doskonale na przykładzie: „dasz dupy - dziwka; nie dasz dupy - pierdolona dziwka”.
W drugą stronę to nie działa. Kiedy to on zasugeruje, że powinnaś schudnąć, nie rozumie o co się wściekasz. On tylko chce byś lepiej wyglądała. Zasugeruje, że powinnaś się golić bo jemu wygodniej? Wszystko jest w jak najlepszym w porządku. Jeśli rzuci uwagą, że powinnaś nosić szpilki i większe dekolty, jest to jak najbardziej na miejscu. Jeśli on narzeka, że zarabiasz więcej lub masz lepsze wykształcenie, najlepiej byś rzuciła studia i zmieniła pracę. I jeśli mam być nazywana roszczeniową kurewką tylko dlatego, że mam wymagania: trudno. Mogę nią być, a Ty, moja droga?

Co więcej, chcesz przeżyć swoje życie na garnuszku, a raczej łasce lub niełasce? Nie pozwól się stłamsić tylko dlatego, że godzi to w czyjeś ego; bo gdyby Cię naprawdę kochał, nie tylko nie wypominał Ci wykształcenia i zarobków, ale wspierałby. I zamiast narzekać i oczekiwać, że zmienisz pracę i rzucisz studia, sam wziąłby się za siebie, swoje zarobki i wykształcenie. 
Artykuł w pierwszym momencie brzmiał: Mężczyzno, nie bądź roszczeniową kurewką. Bo tym właśnie dla mnie jesteś, kiedy narzekasz na wykształcenie lub zarobki swojej dziewczyny. Ogarnij swoje życie, a nie dyryguj czyimś. 

So Much Nope.

dobra, teraz naprawdę na poważnie


Przyznaję, cały artykuł brzmi mocno feministycznie i nie ukrywam, że taki jest. Jest przede wszystkim satyryczny; temat jest o tyle poważny, że wymaga ode mnie trochę szerszego komentarza. Przede wszystkim, nie uważam kobiet z wymaganiami za roszczeniowe kurewki; uważam, że jest to określenie krzywdzące. Dlaczego? Ponieważ wszyscy mają wymagania odnośnie drugiego człowieka: żeby o siebie dbał (nikt nie lubi śmierdzących ludzi w autobusie); żeby jadł przyzwoicie (bo od fast-foodów można dostać zatoru żylnego) i żeby nie był nudny do mdłości (warto mieć swoje zdanie chociażby w kwestii pójścia do knajpy). Wszyscy mamy wymagania: zarówno kobieta, jak i mężczyzna,  i nikt tu nie jest roszczeniową kurewką.
Również nie uważam mężczyzn za „odpowiedzialnych” za całe zło świata. Celowo we wcześniejszych fragmentach użyłam „samiec alfa”; bo samiec to nie mężczyzna. Mężczyźni to dla mnie osoby o normalnych poglądach, normalnie patrzący na świat, a nie tylko poprzez swoje ego i skaczący poziom testosteronu. Samce zaś są... są parodią, albo patologią, która mentalnie nadal tkwi gdzieś w świecie zwierząt.

Jednocześnie, nie ma tylko „samców” i tylko „mężczyzn”; świat nie jest ani czarny, ani biały, dlatego wiem, że każdy ma w sobie coś z samca i każdy ma sobie coś z mężczyzny. W końcu, wariat czasami przejawia zdrowy rozsądek; a normalny obywatel potrafi od czasu do czasu zrobić coś szalonego. Z powyższymi sytuacjami i zarzutami w stosunku do kobiet spotkałam się ze strony, wydawałoby się, normalnych obywateli.
Nie ociekali testosteronem, nie mieszkali w dziczy, nie posiadali skrajnych poglądów. Każdy z nich był jak przeciętny Kowalski. Dlaczego więc tak marudzili na dziewczyny (że lepiej wykształcona, lepiej zarabia)? Ponieważ bolało ich...

ego.


Grałam nie tak dawno w Dragon Age: Inkwizycja, i tam po raz kolejny byłam zmuszona zastanowić się nad pewną kwestią. Jednym z pierwszych bossów był potężny Demon Dumy; i zastanawiałam się, dlaczego „duma” jest przedstawiana jako coś złego? W końcu, Duma może być zarówno orężem, jak i tarczą. Już tłumaczę, co mam na myśli:
Duma-tarcza jest potrzebna każdej osobie, bo jeśli nie, zostanie zmiażdżona przez innych. Należy znać swoje mocne strony i nie pozwolić sobie wejść na głowę: gdybym nie posiadała swojej dumy, z pewnością stroną mógłby sterować każdy komentator. „Za długie”; „za krótkie”; „za rzadko”; „za często”; „za mądrze” - każdy z nich lepiej wiedział jak powinnam to prowadzić. Nie pozwalam im dzięki mojej tarczy. W życiu codziennym każdy ma taką tarczę: „lepiej by ci było w krótkich”, „powinnaś pójść na prawo” i wiele, wiele innych, w których ktoś chce decydować za mnie. Wiem kim jestem, wiem jakie są moje mocne strony, więc to moje decyzje.
Duma-oręż - może być zła, gdy mówimy o przeroście formy nad treścią; gdy duma zaślepia zdrowy rozsądek i kieruje życiem. Nikt z nas nie lubi człowieka zadufanego i zapatrzonego w siebie; człowieka, który nie dopuszcza do siebie myśli, że może się mylić, może mu coś nie wyjść. Taka osoba najczęściej zrzuca winę na kogoś, nawet nie myśląc, że to może być jej wina. Dla mnie duma-oręż to po prostu ego.

I myślę, że gdyby twórcy gry mogli ponazywać demony jeszcze raz, podpowiedziałabym im „ego”, a nie „duma”;
bo duma nie jest ani dobra, ani zła - wszystko zależy od tego, kto ją dzierży.

O co chodzi z tym ego?


Chyba nie możesz zaprzeczyć, że wcześniej zarysowane sytuacje nie są „typowe”, a mężczyźni mają wyraźny problem ze sobą. Bo jak można mieć pretensje do dziewczyny, która ma dobrze płatną pracę i lepsze wykształcenie? Tym bardziej, że wyższego wykształcenia nie można kupić (wiem, że można, ale to są patologiczne wyjątki), a dobrze płatna praca jest niczym mityczny jednorożec?
Panowie z powyższych sytuacji obarczali winą za swoje lenistwo kobiety: bo gdyby chcieli, mogliby pójść na studia i zrobić zawód, dzięki któremu mogliby zarabiać więcej. Najczęściej jednak padało pytanie: po co? Po co zrobić kurs cukierniczy i zostać cukiernikiem? Albo piekarzem? Lepiej sprzątać albo wykładać towar do końca życia, pracując na czarno bo pracodawca chce oszczędzać na pracowniku. Oczywiście, można pracować na wykładaniu towaru, można sprzątać w wieżowcach - to wszystko są zawody, ale czy warto spędzić na nich całe życie? Nie lepiej sezonowo, na szybko znaleźć pracę na kasie, byleby była i byleby były pinionszki?

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że po co tyrać za minimalną krajową kiedy człowiek się uczy; z końcu, po szkole będzie tyrać czterdzieści lat do emerytury. I choć wydawałoby się, że jest w tym logika, pozostanę przy wydawałoby się. Jeśli mam możliwość pójść do pracy i zarabiania dodatkowo kilkuset złotych miesięcznie, chociażby na swoje wydatki, ma to o tyle sens, o ile nie narzekam na brak pieniędzy. Znałam osoby, które nie robiły nic, „ceniąc” swój czas; czas, za który nikt im nie zapłacił. A minimalna krajowa przez rok to sumka większa, niż rok na bezrobociu, prawda?
No ale, „ambicja” nie zawsze idzie w parze z „ego”.

Wracając do tematu ego: panowie woleli rościć sobie prawa i pretensje do swoich panien, obarczając je winą za swoje lenistwo i nieogarnięcie życiowe. Mogłabym się z nich śmiać, wytykać ich palcami bez końca i wyliczać patologiczne myślenie. Mogłabym, ale tego nie zrobię, ponieważ każdy z nas ma przerost ego, w mniejszym lub większym stopniu. 
Kto lubi, kiedy zostaje wytknięty błąd? Albo kiedy ktoś pokazuje, jak bardzo się mylimy? Albo kiedy ktoś dostaje lepszą ocenę; ma lepsze ubrania? Boli nas to, że ktoś ma lub miał lepiej; boli nas, ale nie zrobimy nic, by zmienić swoją sytuację. Potrafimy tylko narzekać i hejtować. Tylko mi nie mów, że tak nie jest - ile razy hejtowałeś jakiegoś Youtubera? Ile razy „poznęcałeś” się nad blogerem? Albo jakimś rysownikiem?
Możesz być profesjonalistą i udzielać rad, a możesz być bólodupcem i hejtować tylko dlatego, że ktoś coś robi ze swoim życiem. Wiem o czym mówię, w końcu każdego dnia usuwam komentarze osób, które zamiast znaleźć ciekawsze zajęcie, wolą śledzić każdy wpis tylko po to, by mi nawrzucać. Wiem o czym mówię, patrząc na hejty po grupach: „też bym tak potrafił”; „naucz się rysować” albo „naucz się pisać”. Jest jeszcze gorszy poziom wypowiedzi: „ten post dał mi raka”. Rozejrzyj się wokół i przyjrzyj się, ilu ludzi musi leczyć swoje ego kosztem zdrowia i szczęścia innych?

dostał lepszą pracę - kontakty - zamiast ciężkiej pracy
kupił nowy samochód - pewnie nakradł - zamiast ciężkiej pracy i przedsiębiorczości
szczupła dziewczyna - ma lepsze geny - tylko te geny nie biegają o szóstej rano i nie dbają o linię
poszła na studia - tylko po to, by nie pójść do pracy - zamiast zdobyć dobre wykształcenie
„brzydki facet” z „ładną dziewczyną” - pewnie ma kasę / leci na jego kasę - a może po prostu jej zaimponował?
ma lepsze wyniki - fart - jeśli fartem nazwie się naukę po nocach
dziewczyna mająca zainteresowanie płci przeciwnej - szmata - choć może być mniej problematyczna

Ile razy sam krytykowałeś kogoś, nie znając go i nie wiedząc o nim za wiele tylko dlatego, że zazdrościłeś mu sytuacji życiowej? Odpowiem na to pytanie: zdarzało się. Zdarzało mi się krytykować i zazdrościć innym ludziom; nadal to robię, ale zazdrość przestała być zawistna, a koleżeńska. Zazdroszczę blogerom, którzy odnoszą większe sukcesy ode mnie, a jednocześnie cieszę się, że komuś się udało (zwłaszcza, gdy to koledzy blogowi). 
Nadal zazdroszczę tym, którzy odnieśli sukces; ale nie życzę im źle. Od jakiegoś czasu panuję nad swoim ego i przyznam się szczerze, życie przestało być takie smutne i kwaśne, a zaczęło byś kolorowe. Bo zamiast siedzieć i patrzeć, jak to innym wychodzi, zakasałam rękawy i wzięłam się za siebie. Teraz, jeśli coś mi nie wyjdzie, będzie to moją winą; a nie niesprawiedliwości tego świata. Odpowiedz sobie teraz sam: może najwyższa pora wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zacząć działać, a nie tylko siedzieć i złorzeczyć, zazdrościć i porównywać się do innych? 

Czy chcesz być przez całe życie roszczeniową kurewką?



Autopromocja

Reklamuję, bo mogę.


  • Polecane artykuły

    Pozwolę sobie na niehybną autopromocję. Chciałabym zaprezentować tuzin artykułów, z których jestem dumna. Nie wszystkie są świeże, niektóre są dopieszczone w szczegółach, ale w myśl motta >>

  • Czarny protest? Sorry, to nie moja sprawa. || LINK
  • Niedziela wolna od handlu? W dupach się poprzewracało! || LINK
  • Gwałt? Jaki tam gwałt! To 20 minut zabawy! || LINK
  • Typowa Polka patrząca z wyższoscią, bo jej cipka jest taka cenna... || LINK
  • Są dwa rodzaje kobiet - te, z którymi się sypia i te, z którym się jest. || LINK |
  • Jestem białym, heteroseksualnym mężczyzną i wiem lepiej. || LINK
  • Motto:

    Jeśli chce się być dobrym, trzeba być pierw kiepskim.

    By być lepszym, trzeba być dobrym.

    By być bardzo dobrym, trzeba być lepszym.

    By być najlepszym, trzeba wszystkich po drodze pozabijać

  • LINK || Przyjaciółka przyznała się, że szuka dziewczyny.

  • LINK || O miejscu, w którym żyją ideały i jak je znaleźć.

  • LINK || Teksty, który usłyszy każdy artysta - nawet Ty.

  • LINK || A czy ty jesteś gotowy na sezon wakacyjny?

  • LINK || Hobby? Pasja? Po co angażować się w to wszystko?

  • LINK || Grube kobiety nie mogą być kochane, bo są grube.

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.