• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

Może się przedstawię:

Jestem Natalia. Alias 'Pani Kotełkova'


Trochę o mnie:

Polonistka - z charakteru, zboczeń, prawdopodobnie też z krwi i kości.

Bibliofilka. Kolekcjonerka książek, przede wszystkim encyklopedii i mitologii świata.

Marzycielka, bezustannie z głową w chmurach.

Gaduła, co tylko gada i gada. I gada, i jeszcze raz gada. Lubi gadać.

Trochę blogerka. Niby pisarka (aspiracje mam, oj mam). Kobieta robiąca coś „ponad”.

Trochę więcej o mnie.

Pani Kotelkova

Trochę o Wypstrykando:

Blog osobisty feministki, która nie ma co zrobić ze swoim życiem i wylewa swoje żale w internecie. Niekochana, porzucona, zraniona, szuka zemsty na całej samczej rasie za fakt, że urodziła się kobietą.

Niby prawda, ale z wszystkich znanych mi prawd, to gówno prawda.

Piszę, bo lubię. Bloguję, bo lubię. O życiu, o ludziach, o polityc... Nie, o polityce nie. Gówniany temat.

KATEGORIE

Niezobowiązujące różności || Ważne sprawy || Wpis bardziej osobisty || Prześmiewczo i satyrycznie || Ladies and Gentleman || Feministycznie

AKTUALNOŚCI

Czyli to, co ostatnio udało mi się wyklepać


czwartek, 16 lutego 2017

#195 Czy warto sprawdzać wierność partnera?


Jeśli choć raz przebiegła po głowie myśl, jakby wyglądał wynik testu „wierności” - jest to ciekawość. Jednakże jeśli choć raz pomyślałeś lub pomyślałaś o sprawdzeniu telefonu ukochanego, albo o takim teście sprawdzającym wierność - zastanawiałeś/aś się kto by podjął się tego zadania, kto by się do tego nadał i jakbyś zareagował/a na to, że jednak się skusił - ten tekst jest właśnie dla Ciebie. 

czym jest zdrada?  

To chyba najważniejsze pytanie od którego powinien się zaczynać każdy tekst poruszający temat wierności. Czym jest zdrada? Dla jednych jest to pójście do łóżka z inną osobą niż partner; dla drugich jest to bliskość duchowa (bez kontaktu fizycznego), w której ktoś inny wskakuje na miejsce partnera. Dla jeszcze innych to pocałunek, czy - jak to nie raz przewija się przez internet - „lodzik”. W końcu zdradza się tylko seksualnie, a „lodzik” to nie jest kontakt fizyczny. 
Zdrada, mówiąc pokrótce, to przekroczenie pewnej granicy kontaktu z osobą trzecią - kontaktu fizycznego lub duchowego. Efektem przekroczenia takowej granicy jest cierpienie osoby drugiej, bo - pozwolę sobie na ten pleonazm - czuje się zdradzona. Oszukana. Osoba druga czuje, że jej zaufanie zostało pokrzywdzone; że zawierzyła w „nie zrobi tego”, a okazuje się, że jednak to zrobił/a. Dlatego ważnym na początku, jeszcze przed stworzeniem bliskiej relacji, jest określenie stanowiska „czym jest zdrada”. Może to być szczera rozmowa, może to być wyczytane między wierszami. Choć z drugiej strony ciężko rozmawiać z kimś o zdradach, zwłaszcza gdy nie jest się jeszcze w bliższej relacji z tą osobą. Dlatego też większość z nas kieruje się instynktem, czyli czytaniem między wierszami.

kiedy zaczynamy podejrzewać zdradę? 

Niektórzy z nas są tak ślepo zakochani, tak ufni i bezbronni w swej wierze w „wierność”, że egzystencję nie dotknęła nawet myśl: „a może te późne godziny w pracy to jednak nie nadgodziny”. Może to mieć przyczyny dwie: naiwność lub wiarę w partnera, przy czym jedno drugiego nie wyklucza. Czy to znaczy, że to zła postawa? Absolutnie! Jeśli komuś nawet przez myśl nie przemknęło, że partner może zdradzać, to znaczy że: a) nie zdradza; b) nie ma powodu do obaw; c) zna się drugą osobę lepiej niż dobrze. I w tym miejscu załóżmy, że nadgodziny to faktycznie nadgodziny, i że osoba wierząca w nadgodziny jest po prostu w zdrowym, szczęśliwym związku. 
Ale, co jeśli u kogoś pojawi się wyżej wspomniana myśl? 

Tego typu „spostrzeżenia” czy „wątpliwości” nie rodzą się same w naszych głowach. To nie jest samosiewna roślina; ją trzeba zasadzić. O ironio, bardzo często zostaje zasadzona przez naszego partnera i to całkowicie przypadkiem. Wystarczy jedno, malutkie kłamstewko - nic więcej. Znasz ten bardzo prosty scenariusz: „Hej kochanie, co robisz?” „A, siedzę w domu i chyba pójdę spać”, „Aha, bo widziałem cię przed chwilą na mieście”? A może inny! „Kochanie, kim jest ta osoba z którą tak piszesz?”, „A to, kolega z uczelni w sprawie notatek” i okazuje się,  że kolega ma na imię Grażyna. Scenariuszy jest na pęczki, ale zawsze będą mieć jeden wspólny mianownik: będą to kłamstewka dotyczące osoby trzeciej. Z kim piszemy, z kim wychodzimy, kim on/ona jest.  
Kiedy kłamstewko o „koledze z pracy” imieniem Grażyna pojawi się raz, wiedz, ze wyrażenie „kolega z pracy” za każdym kolejnym razem będzie budziło coraz to większą nieufność. Proste przykłady: „z kim rozmawiałeś?”, „z kim jadłeś lunch”, „kto dzwonił” i „gdzie wychodzisz”. Do każdego pytania dodaj odpowiedź „kolega z pracy” w połączeniu z cichym szeptem „Grażyna”. Voila, w ten sposób rodzi się kobieca paranoja! Paranoja, o którą nie raz ktoś kiedyś będzie robił memy i awantury, żaląc się na internetowych forach jakie to „baby są pieprznięte”. I nie ma się co śmiać! Odwróć rolę i zamiast Grażyny, będzie koleżanka o imieniu Tomek. Przejdź przez ten scenariusz jeszcze raz i zrozum, że męskie fochy mają ten sam mechanizm działania. 

kiedy podejrzewamy zdradę? 

Różnica między tym punktem, a poprzednim skupia się na prostym wyrażeniu: zaczynamy. Tam pisałam o tym, jak zaczyna się podejrzewanie; pisałam o ziarnie wątpliwości, które ktoś zasieje. Może partner, może koleżanka/kumpel. W tym punkcie to już nieważne: w tym punkcie podejrzewamy zdradę. Nie jest to cichy szept z tyłu głowy, gryzący nas od środka i przypominający o sobie od czasu do czasu. Teraz to głos, który każe zerknąć na telefon gdy ten zawibruje; każde wstrzymać oddech by podsłuchać choć fragment rozmowy; każe podpytać najlepszego kumpla/koleżankę o rzekomo wspólny wypad. Tutaj już poszukujemy dowodów. Czegoś, co powie: „stary/a, puknij się w czoło z takimi oskarżeniami” albo „o stary/a, masz przerąbane”. I tutaj zaczyna się sprawdzanie: śledzenie, czytanie wiadomości, przeglądanie rzeczy. Próba doszukania się szczegółów, które zdradziłyby większy fragment. 

czy warto sprawdzać? 

To drugie najważniejsze pytanie, które powinno się pojawiać w artykułach o zdradach. Czy warto? 

Sprawdzasz - telefon, wiadomości, szukasz go/ją czasami po ulubionych knajpach czy kawiarniach. Patrzysz w oczy gdy mówi „wychodzę” i zastanawiasz się z kim, gdzie i  czy aby na pewno nie kłamie. Sprawdzasz, bo nie wierzysz. Nie ufasz, a skoro nie ufasz, to dlaczego z nim/z nią jesteś? Nim zbiegną się obrońcy z okrzykami: bo to związki, bo to tyle wkładu własnego, bo nie można zaprzepaszczać związku samymi podejrzeniami o zdradę; powiem dość krótko. 
Jeśli ten związek byłby warty walki; gdyby partner byłby godzien zaufania, porozmawiałbyś/abyś z nim/nią o swoich podejrzeniach i obawach. I są dwie możliwości: albo porozmawiałeś/aś i nadal masz wątpliwości, ergo, nadal nie ufasz, albo nie porozmawiałeś, bo się boisz reakcji partnera na takie podejrzenie, boisz się że się przyzna, albo po prostu i tak wiesz, że nie uwierzysz na słowo. Tutaj jest martwe koło „braku zaufania”. I to właśnie przez to błędne koło będzie się pojawiało sprawdzanie.  I nim przejdę dalej, pozwolę sobie zacytować tutaj dłuższy fragment nieco innego artykułu: Jak to jest być dziewczyną na deser:
Przez cały czas będzie cię gryzł ten głosik w głowie [...] Będzie cię to stopniowo podtruwać; może nie od razu, [...] To trochę jak ze zdradą. Jeśli zdradził/a raz, będzie to robić zawsze. Jeśli nie w życiu codziennym, nie z innymi ludźmi, to za każdym razem w twojej głowie. Nie pozbędziesz się tego głosiku, choćbyś się starała. W końcu wewnętrzna frustracja, złość i pretensja zacznie rosnąć. Bo starałaś się tyle czasu, jesteś zmęczona bezustannym staraniem się, a świadomość, że jesteś na chwilę przyczyni się do stopniowego upadku. [...] I ta świadomość oraz ten głos w twojej głowie nie opuści cię nawet na chwilę. Będzie regularnie przypominał o swojej obecności; o cenie, jaką zapłaciłaś. O przepłakanych nocach, o zranionych uczuciach gdy widywałaś go z innymi. O urażonej dumie, gdy bez ogródek przyrównywał cię do innych, albo z innymi mylił. TO nie zniknie. Będzie z tobą już na zawsze, gdzieś w głowie, jak echo powracających doświadczeń. I oto jest gorzki smak pyrrusowego zwycięstwa, twojego zwycięstwa
Gdy zaczynasz podejrzewać, to pół biedy. Jednak gdy zaczynasz sprawdzać, pokazujesz to, jak bardzo nie ufasz, a związek bez zaufania wykończy Cię tak, jak piszę o tym w powyższym fragmencie. Będzie to cichy głosik, który nie da się spokojnie wyspać; nie da się skupić na pracy. Nie pozwoli na nic. Będzie tylko szeptać i szeptać, aż w końcu będziesz tym tak zmęczony/a, że poddasz się. Po prostu.

Jak sprawdzasz, to nie ufasz. Możesz kochać bez zaufania, ale jak daleko na tym zajdziesz



Po słowie: nie namawiam w ten sposób do rozstań. Warto walczyć o związki, jednak nie może o związek walczyć tylko jedna strona. Jeśli pojawia się chociaż cień wątpliwości, trzeba rzucić na to światło i nie może to zrobić tylko jedna osoba. Bo sprawdzanie, to naruszanie zaufania drugiej połówki; a ta zacznie mieć coraz więcej tajemnic. Czy warto sprawdzać? Nie warto. Jeśli szukasz pretekstu by odejść - nie potrzebujesz go. Jesteś dorosłym człowiekiem, sam podejmujesz decyzję. Jeśli chcesz uratować związek - rozmawiaj, rozwiązuj i ufaj, ale też nie kłam i nie sadź nasion, których owoc będzie gorzko smakować. 

środa, 8 lutego 2017

#194 Opowiem o butach, które odmieniły moje życie.


Historia nie ma jakiegoś zaskakującego początku. Po prostu, idąc ulicą przez centrum miasta, przypadkowo zobaczyłam je za szybą na wystawie i wiedziałam, po prostu wiedziałam, że to te jedyne. I nie tylko one - cena również była jedyna w swoim rodzaju. Postanowiłam jednak je zdobyć. Dlatego odkładałam każdy grosz; podejmowałam się dodatkowych obowiązków, odmawiałam sobie przyjemności. Każde kieszonkowe przeznaczone na drugie śniadania wkładałam do słoika, stopniowo podliczając kwotę. To trwało. Zrezygnowałam z wypadów do kina ze znajomymi; zrezygnowałam ze spotkania z przyjaciółką w naszej ulubionej kawiarni; dla tych butów, zrezygnowałam z wielu przyjemności. Dlaczego? Bo chciałam je mieć; bo to były te jedyne buty. 
W końcu, po długim czasie pełnym wyrzeczeń, udałam się do sklepu z odliczoną kwotą i zdobyłam je. Były moje. Tylko moje. W końcu moje. Były tak niezwykłe, że koleżanki również mi ich zazdrościły; pytały skąd mam, jak zdobyłam, gdzie można też takie dostać. Chodziłam w nich do szkoły, do kina, ze znajomymi. Stały się nieodłączną częścią mojego życia.

kochałam je i jednocześnie nienawidziłam

Ale jak to w takich historiach bywa, nie wszystko było takie piękne i kolorowe. Prawdopodobnie część czytelniczek już podejrzewa, że był tylko jeden mały problem. No, może nie taki mały. Buty, o których tyle myślałam; o których tak bardzo marzyłam i dla których tak wiele poświęciłam, okazały się cholernie niewygodne. Uśmiechem maskowałam ból; co wieczór przebijałam pęcherze i smarowałam obtarcia. A mimo to, nadal w nich chodziłam; w nadziei, że któregoś dnia rozchodzą się i dopasują do mojej stopy na tyle, bym mogła je zdjąć wieczorem i westchnąć z ulgą, że nie ma kolejnej rany.
Dlaczego chodziłam w nich choć były niewygodne? Ponieważ tak wiele dla nich poświęciłam. Przede wszystkim mój czas, moje przyjemności a na samym końcu moje pieniądze. I myślę, że każda z nas przynajmniej raz w życiu trafiła na wymarzoną parę butów, która przemieniła życie naszych stóp w piekło. Każda z nas chodziła w nich tak długo, jak długo była w stanie wytrzymać ból; tak długo, jak była w stanie toczyć walkę samej z sobą. 

I co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? 

buty to nie buty

Kojarzysz tę koleżankę, która jest z nieodpowiednim partnerem? Co się z nią widzisz, to wypłakuje się w ramię, bo jest z nim nieszczęśliwa; opowiada o tym, jak ją bezustannie krzywdzi na różne sposoby. Wówczas głowisz się i głowisz: dlaczego wciąż z nim jest? Mówisz jej, że jest głupia; że już dawno powinna odłożyć te buty na półkę, a najlepiej je wyrzucić i poszukać innych, wygodniejszych. Co wówczas odpowiada? Że obiecały, że się dopasują? Że przestaną obcierać? Że za dużo zainwestowała w ten związek i nie chce tak szybko się poddać? Smutna prawda jest taka, że póki kobieta sama nie zdecyduje się wyrzucić tej nieszczęsnej pary butów, żadne namowy i otwieranie oczu nie pomogą. Żadne, długie rozmowy; żadne wsparcie. 
Ponieważ my - kobiety - nie odpuszczamy tak łatwo temu, o co tak długo walczyłyśmy. I nie ma znaczenia, czy mówię tutaj o idealnie dopasowanej sukience, pozostawiającej co wieczór odparzenia pachwin. Nie ma znaczenia czy mówię tutaj o przyjaciółce, która okazuje się toksyczną znajomością i ciągnie nas w dół. Nie ma znaczenia czy mówię o cholernie niewygodnej parze butów czy o cholernie niedopasowanym partnerze. 

Prędzej czy później i tak je wyrzucimy - z żalem, że tyle poświęciłyśmy i jeszcze większym żalem, że tak długo z tym zwlekałyśmy. Każda to przeszła lub przejdzie, przynajmniej raz w życiu. Czy więcej? Jeśli tak, to podziwiam. A w jaki sposób buty odmieniły moje życie? Jestem ostrożniejsza w doborze butów. 

sobota, 28 stycznia 2017

#193 Porozmawiajmy jak dorośli: o seksie. Kiedy go uprawiać, z kim go uprawiać i jak go uprawiać.



Istnieją pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi; co więcej, istnieją pytania, które wywołują rumieniec zgorszenia na twarzy. Z pewnością pojawią się gniewne wypowiedzi: „jesteś za młoda by się tym interesować”, albo „o takich rzeczach się nie rozmawia”. 

Seks, podobnie jak antykoncepcja, jest tematem tabu: wywołuje zgorszenie wśród nauczycielek czy matek, a kiedy te decydują się w końcu poruszyć tak drażliwą kwestię, okazuje się, że jest już za późno. Koleżanka z klasy już udzieliła niezbędnych informacji; fora internetowe odpowiedziały zwięźle i - rzekomo - na temat. 
Sama kiedyś byłam osobą, która rumieniła się i opuszczała zawstydzone oczy słysząc rozmowy o seksie; przyznam się szczerze, gdzieś tam nadal czuję się zgorszona lub zawstydzona, gdy ktoś zaczyna te tematy. Jednakże, jestem świadoma, że o tym należy mówić; należy mówić dużo i głośno o antykoncepcji; należy mówić dużo i głośno o gwałtach; należy mówić dużo o seksie. Jeśli się nie będzie o tym mówiło, to ciche dramaty nadal będą mieć miejsce gdzieś w domowym zaciszu, za zamkniętymi drzwiami. 

Seks jest dość ciekawą i kontrowersyjną sprawą, ponieważ uprawiać go można od szesnastego roku życia, a oglądać od osiemnastego; nauczycielki w szkole - jak już powiedziałam - wolą rozmawiać o sadzeniu kwiatków niż o poważnych sprawach. Chociaż nie: u mnie w gimnazjum woleli pokazywać filmy z zabiegów aborcyjnych, włącznie z usg płodu podczas skrobanki, zamiast powiedzieć jak zabezpieczyć się przed niechcianą ciążą. Cóż, lepiej czternastolatków straszyć zabiegiem niż powiedzieć, jak do niego nie dopuścić. Dlatego ostatnio napisałam wpis o antykoncepcji; o faktach i mitach. Dzisiaj idę dalej, a zacznę standardowo od dywagacji:

dlaczego tak bardzo chcemy seksu?


Odpowiedź na to pytanie wydaje się stosunkowo prosta: bo czasy się zmieniły. Choć czy tak jest naprawdę? Współcześnie seksualnością atakuje się nas na każdym kroku: półnagie modelki reklamujące perfumy czy stroje kąpielowe spoglądają na nas z bilbordów (kiedy sto lat temu kobieta w jeansach wywoływała skandal obyczajowy); teledyski nie mogą istnieć bez zmysłowo kręcących tyłkami tancerek, ubranych w obcisłe spodenki lub w przykrótkie spódniczki; powstają liczne filmy, w których dosadnie przedstawiony jest stosunek seksualny (i nie mam na myśli filmów porno).

Seks stał się bożkiem naszych czasów. Szesnastolatek, który „nie umoczył”, jest raczej ofiarą swojego otoczenia; tak samo dziewczyna, która jest dziewicą. Nie wiem na ile jest prawdą, że dziewictwo jest przekleństwem i nastolatki rozdziewiczają się same, byleby nie narobić sobie „obciachu”. Dlatego powiem to tutaj: dziewczyno, dziewictwo to nie jest obciach; a raczej pokazuje ono siłę twojego charakteru, twoją silną wolę, twój odpowiedzialny stosunek do życia. Dlaczego? Ponieważ nie ulegasz presji! (I w tym miejscu pragnę najmocniej przeprosić, że pomijam męską część czytelniczą.)
Niemniej, współcześnie człowiek bez seksu żyć nie może, i o nim mówi się już wśród najmłodszych; kiedyś najmłodszymi byli licealiści, a dzisiaj to już gimnazjaliści są normą (choć nie wiem, czy to już nie podstawówka?). Trochę jak w tym dowcipie:
Przychodzi chłopaczek do przedszkola, pierwszy rok. Bawi się grzecznie z innymi dziećmi, ale w końcu nabiera odwagi i pyta kolegi obok:
- A dziewice to tu macie?
Kolega zaczyna się śmiać.
- Na dziewice, to do żłobka. 
Prawda jest taka, że nie interesuje mnie ile masz lat; jeśli przyszedłeś tutaj, jesteś zainteresowany/a tematem seksu: tematem kontrowersyjnym, gorącym i nęcącym. Może przyszedłeś dla beki, może nie dowiesz się niczego nowego, a to co napiszę będą wielokrotnie wałkowane „tekściki”. Może. A może nie? Nawet jeśli, to nic nie szkodzi: o tych rzeczach należy mówić dużo i głośno, by właściwe słowa trafiły do odpowiednich osób.
Dlaczego chcemy seksu? Pominę na chwilę „molestowanie” nas seksualnością, a powiem to, na co wiele osób się oburzy. Jesteśmy zwierzętami, a zwierzęta mają naturalny pociąg do rozmnażania się. Jednocześnie, my nie chcemy się rozmnażać - bo nie chcemy zobowiązań w postaci drącego nadbagażu (wiem, że mówię brzydko o dzieciach). Nawet jeśli świadomie nie chcemy dzieci, to podświadomie chcemy uprawiać seks; czyli nasza podświadomość wpływa na to, co chcemy. Podam niesamowicie głupi przykład, ale doskonale obrazujący to, co mam na myśli.
Świadomie samobójca chce się zabić, ale nieświadomie jego ciało dąży do życia; więc kiedy wskakuje do wody by utonąć, w pewnym momencie wygra podświadomość, która zacznie walczyć o oddech. Między innymi dlatego człowiek nie jest w stanie utopić się sam. Ciało podczas popędu seksualnego działa w podobny sposób: nieświadomie wpływa na naszą chęć rozmnażania się, nawet kiedy świadomie nie chcemy mieć potomstwa. Oczywiście, mówię tutaj o sytuacji, która całkowicie pomija fakt, że na świecie istnieją tylko dwa gatunki zwierząt uprawiające seks dla przyjemności: są nimi delfiny oraz ludzie. Bo nie ma co ukrywać: seks JEST przyjemny. (właśnie dostałam wiadomość, że szympansy też uprawiają seks dla przyjemności; ale to niepotwierdzone).

Powrócę teraz na chwilę do naszych zapędów do rozmnażania się: seks był, jest i będzie (inaczej by nas nie było). Istnieje w nas przekonanie, że szesnastolatek uprawiający seks to dziecko, które bawi się w dorosłego (mówię nas - ludzi „starej generacji”); prawda jest taka, że w naturze moment, w którym dziewczyna zaczyna miesiączkować, jest jednocześnie momentem „dorośnięcia”, czyli płodności. Hormony buzują, presja otoczenia i bezustannie widziane seksualne konteksty sprawiają, że coraz młodsi sięgają po to, co jest: przyjemne, i dla dorosłych. 

kiedy uprawiać seks?


Wbrew pozorom, pytanie nie jest takie proste; zwłaszcza w czasach „parcia na szkło”; w czasach, w których nie pierścionki, nie kwiaty, nie romantyczne kolacje są wyznacznikiem uczuć, ale to, czy uprawiało się już seks. Jeśli nie było seksu - nie kocha, nie zależy, wodzi za nos; jak nie ma seksu, to jest się niedojrzałym, jest się „dzieckiem”. A na czym zależy najbardziej w młodym wieku? By być „dorosłym”; by ludzie traktowali poważnie, a nie z góry; by głos w dyskusji dorosłych miał znaczenie. Dlatego też już nie farbowanie włosów, noszenie szpilek i chodzenie na dyskoteki jest wyznacznikiem „dorosłości”, ale to, czy ktoś uprawia seks
Wymalowana, wyzywająco lub przynajmniej kontrowersyjnie ubrana nastolatka jest czymś normalnym; podobnie normalne jest palenie papierosów, picie piwa (nawet jeśli to tylko smakowy sikacz), chodzenie na wagary i imprezki. W moich czasach tylko naprawdę „wyzwolone” dziewczyny pozwalały sobie na mini, szpilki i ostry makijaż. Moje czasy - jakkolwiek to brzmi - były dekadę temu, i przez tę dekadę wiele się zmieniło (albo też nie zmieniło się nic, bo nie zwracałam na to uwagi).
Niemniej, kiedy wszyscy chcą być „dorosłymi”, wywierają presję na tych, którzy nie do końca chcą nimi być. Przykładowo, uczeń nie przekonany do picia piwa, bo mu nie smakuje, pije je tylko dlatego, że kumple tego oczekują; dziewczyna, która nie lubi się malować i nie uważa tego za coś „niezbędnego”, maluje się by koleżanki dały jej spokój. Presja społeczna, o której pisałam w kontekście związków, jest niewiarygodnie silna i widoczna u młodej generacji. Jednostki nie chcą się wyróżniać i jednocześnie chcą (to jest taki paradoks; chcą być inni niż wszyscy, ale tak jak wszyscy chcą) być dorośli. A przynajmniej by za dorosłych ich uważano. Między innymi społeczeństwo młodego pokolenia wywiera presję; presję na seks. Dlatego, jeśli zastanawiasz się nad stosunkiem, dam kilka koleżeńskich rad ze starej generacji.

Nie rób tego, kiedy on/ona od ciebie oczekuje, a ty czujesz się niegotowa/y. Dlaczego? Ponieważ pierwszy raz - prawię banały - jest bardzo ważny i może zadecydować o późniejszym współżyciu. Większość kobiet z którymi rozmawiałam w swoim życiu, żałowała pierwszego razu, zrobionego wtedy, kiedy nie czuły się gotowe. Stan psychiczny jest bardzo ważny; bo jeśli ktoś cię do tego zmusza, zrazisz się, a z tego może ciężko się „wyleczyć”. Pomyśl, jaką frustrację może to wywoływać w późniejszych latach; jak nowy partner nie będzie rozumiał twoich niechęci. Wiem, że „gotowy - niegotowy” to banały, o których się mówi często, jednak coś w nich jest. Wierz mi. 

Zrób to ze stałym partnerem, czyli z kimś, kogo kochasz i co ważniejsze, komu ufasz; bo miłość i zaufanie nie zawsze idą w parze, choć powinny. Niemniej, zrobienie tego na szybko, bo masz potrzebę, bo chcesz się wyżyć seksualnie nie tylko wywoła w późniejszych latach poczucie wstydu, to jednocześnie pokazuje, że jesteś zwierzęciem; zwierzęciem, które ulega prymitywnym instynktom. Chcesz być dorosłym lub dorosłą, więc zachowuj się jak dorosły. Pomijając jednostki, które uprawiają seks z byle kim i byle gdzie, większość dorosłych szuka stałego partnera; kogoś, z kim się zwiąże i z kim prawdopodobnie stworzy rodzinę. 
Uprawianie seksu jest oznaką dorosłości; ale oznaką zdziecinnienia jest przekonanie, że uprawianie seksu z byle kim nie przyniesie żadnych konsekwencji. Po pierwsze, społeczeństwo może zwyzywać od puszczalskich szmat lub „lowelasów”; a taka łatka zostanie na zawsze. Powiedz mi, chłopaku, jeśli zaliczysz mnóstwo dziewczyn, i w końcu będziesz chciał stworzyć związek, która tak naprawdę ci uwierzy? Która ci zaufa na tyle, by powierzyć ci swoje serce? Każdą „potencjalną żonę” będzie odstraszało społeczeństwo słowami: „uważaj na niego, to pies na baby”. Nie ma słów, które nie działałyby mocniej na dziewczynę. Podobnie jest w drugą stronę; dziewczyno!, jeśli będziesz miała wielu partnerów seksualnych, „potencjalni kandydaci” będą mieć cię za łatwą, za puszczalską, a nie za kogoś, z kim warto się wiązać. 
Stały partner seksualny pozwala zabezpieczyć się przed potencjalnymi chorobami; wierz mi, bardzo łatwo złapać jakiś syf. Tak jak pisałam w temacie antykoncepcji - seks bez zabezpieczeń i seks z antykoncepcją hormonalną niosą takie same ryzyko, nawet jeśli tym ryzykiem nie jest ciąża, a rzeżączka, kiła i inne takie. Pamiętaj, że z których nie można się wyleczyć, nigdy.
Mówiąc jeszcze o partnerze, pamiętaj, że po „po wszystkim” możesz zostać rzucona, bo spełniłaś swoje zadanie. Dałaś się „przeruchać”. Wiem, że teraz wyolbrzymiam problem, ale prawdopodobnie tak jest. Nie słyszałaś nigdy o tym, że z dnia na dzień zostawił dziewczynę? A wiesz dlaczego to zrobił? Bo dostał to, co chciał. Zaliczył, narysował kolejną kreskę na ścianie. Kolejne trofeum. Pisałam o tych mężczyznach <<tutaj>>.

Powiedziałam już o gotowości psychicznej, o odpowiednim partnerze - pozostała trzecia rzecz, a mianowicie: miejsce. To trzeci czynnik wpływający na nie tylko nieudany pierwszy raz, ale i każdy kolejny. Tak jak mówiłam wcześniej w artykule o <<gwałtach>>, nie jesteśmy prymitywnymi zwierzętami, które „nabierają ochoty” i po prostu tu robią. Nie ulegamy presji chwili; jeśli chcemy TO zrobić, po prostu to w jakiś sposób planujemy.
Odpowiedni czas - by nie wypraszać zaraz po wszystkim. Jak się poczuje druga połówka? Wykorzystana, z całą pewnością. Albo co gorsza, wyobraź sobie, że ktoś wejdzie do pokoju. Romantyczny nastrój prysł, prawda?
Odpowiednie miejsce - czyli nie w samochodzie na pustym parkingu, nie w przymierzalni w markecie, ale gdzieś, gdzie jest ciepło, bezpiecznie i macie zapewnioną intymność. Gdzie nikt nie wejdzie, nie zapuka w szybę albo nie odsłoni kotary, prezentując wszystkim gołe tyłki. Oszczędź sobie wstydu i niewygody.

jak uprawiać seks?

Pytanie natychmiast wywołuje głupie uśmieszki i złośliwe komentarze. Zresztą, najpewniej pamiętasz z czasów szkolnych reakcję chłopaków gdy poruszany był temat seksu. Jakby ktoś podmienił chłopaków na stado małp - małp wydających dzikie wrzaski i nieokreślone dźwięki. Prawdopodobnie znasz ten obraz z życia, bo nadal chodzisz do szkoły i widzisz skrępowane twarze nauczycielek, gdy muszą przerobić materiał o prąciach, pszczółkach i kwiatkach.
Nie będę rozpisywała się o technikach seksualnych, bo ktoś to zrobił za mnie w książce o wdzięcznym tytule Sztuka kochania Michaliny wisłockiej. Zapewniam, że jest w niej więcej niż tradycyjny misjonarz i warto do tego dzieła sięgnąć, chociażby dla własnej ciekawości (jednocześnie większość doświadczeń seksualnych męskiej strony czytelniczej opiera się na fantazjach filmów pornograficznych, więc książka może wydać się przestarzała). Jednocześnie Sztuka kochania zawiera sobie więcej prawd niż „sam seks” - książka mówi o kochaniu: kochaniu siebie, kochaniu drugiej osoby. Sięgnij do tej pozycji, naprawdę. I nie mówię o filmie, który miał premierę; mówię o książce. Kieruję te słowa również do męskiej części czytelniczej, jeśli jakakolwiek do tego miejsca dotarła.

Wrócę jednak do tematu i skupię się przede wszystkim na Paniach, bo... Bo z nami, moje drogie, jest pewien problem. Marzy nam się dziki seks - świadczy o tym chociażby popularność Pięćdziesięciu twarzy Greya - a jednocześnie w łóżku niczym nie różnimy się od dmuchanej lali. Położymy się, rozłożymy nogi i na tym kończy się nasza inwencja twórcza.
Dlatego to my - kobieciny - ku własnej satysfakcji, powinnyśmy sięgnąć po jakieś urozmaicenia. Nie dla uciechy drugiej strony, choć zapewniam, że i drugie połówki będą zadowolone, ale dla nas samych. Byśmy nie były znudzone, bo - kiedy będziemy znudzone - przestanie nam na tym zależeć. I wtedy pojawiają się brzydkie stwierdzenia: „Mężczyzna który nie je w domu, stołuje się na mieście”. Gardzę takimi stwierdzeniami, jak i ludźmi, którzy mają taką filozofię życia. Bo - jak pisałam - nie jesteśmy zwierzętami ulegającym prymitywnym potrzebom. Jednocześnie wiem, że gdzieś to funkcjonuje w społeczeństwie i za część rozpadów związków odpowiada kobieta, a raczej jej „brak ochoty”. Zechcę jednak podkreślić, że rozpad związku a zdrada to nie to samo. Dlatego warto sobie poczytać, poznać więcej szczegółów swojego ciała, znaleźć „radość” z partnera a nie z książkowego Greya. 

Seks w tych czasach jest i nie jest tematem tabu. Starsza generacja zamyka oczy, zatyka uszy i usta. Udaje, że tego nie ma - że nie ma seksualności wśród młodzieży. Że młodzi nie uprawiają seksu, że nie ma potrzeby mówić o antykoncepcji, o chorobach jakie można „złapać”. To co pisałam dotychczas jest banałem - banałem, który trzeba powtarzać. Bo - niestety - żyjemy w dziwnych czasach. Jakich? W czasach wyzwolenia, bo każdy może uprawiać seks z kim chce, jak chce i kiedy chce, a to co pisałam wcześniej, większość traktuje jak dyrdymały „cnotki-niewydymki”. Prawda jest taka, że młodzi chcą być dorośli, więc uprawiają seks jak najszybciej, byle by było. Dorośli chcą być młodzi, więc eksperymentują, zdradzają, szukają „ekscytacji”. Doprowadziło to do smutnego faktu, że nie szanujemy się. I nie mówię tutaj o „złym prowadzeniu się”, bo trudno określić jednoznacznie co jest dobrym, a co złym „prowadzeniem się”. Dla jednych sex-friends jest nie do pomyślenia, jest powodem zgorszenia i oburzenia, tak dla kogoś jest to coś całkowicie... naturalne. Z kolei naturalne dla kogoś jest zdradzanie partnera z każdym, kto tylko wyrazi chęć, bo uważa monogamię za sprzeczną z naturą.
Nie przestrzegasz swoich zasad - nie szanujesz się. W ten sposób działasz wbrew sobie. Upokarzasz siebie. Sprawiasz, że nie będziesz mógł spojrzeć sobie w oczy. Prawda jest taka, że nie chcesz uprawiać seksu? Niczego nie udowodnisz, uprawiając go. Będziesz się tylko źle czuć i to nieważne, czy jesteś kobietą czy mężczyzną. Niestety, sztuką samą w sobie w tych czasach jest znalezienie osoby, która ma podobne zasady w tych sprawach. Która na seks - jego brak lub jego potrzebę - zapatruje w podobny sposób. Jeśli ludzie nie współgrają w tej dziedzinie, prędzej czy później dojdzie do sytuacji, w której jedna ze stron będzie zraniona. Jedna, bo będzie nieszczęśliwa z „braku”, lub też druga, bo będzie zdradzana.
I nie powiem, że jest to coś złego, ale nie powiem, że zachwalam taką postawię. Powiem natomiast, że złe jest dostosowywanie się do nowych obyczajów tylko dlatego, że społeczeństwo tego oczekuje. Jeśli nie czujesz się gotowy, jeśli nie chcesz robić tego co inni - jeśli nie chcesz uprawiać seksu z byle kim, nie chcesz go uprawiać w ogóle - masz do tego pełne prawo. Jednocześnie masz prawo ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Właściwie, nie prawo a obowiązek. Jeśli to co robisz dla społeczeństwa jest gorszące, nie miej pretensji do społeczeństwa, że jest zgorszone. Podjąłeś decyzję i takie są ich konsekwencje, czy tego chcesz, czy nie.

po co to wszystko?

Pewnie się zastanawiasz po co pisałam te „dyrdymały”, banały powtarzane wszystkie internetowe fora. Otóż: seks cementuje związek. Jeśli coś zaczyna się psuć w tej sferze, wszystkie pozostałe również się sypią. Jednocześnie, sfera seksu zbudowana jest z innych, niezwykle ważnych elementów. Jakich? Ponownie powiem o banałach: poczucie bezpieczeństwa, poczucie spełnienia, pożądanie i bycie pożądanym, zadowolenie, samoakceptacja i akceptacja. Jeśli w związku pojawi się zachwianie którejkolwiek z tych sfer, wszystko - za przeproszeniem - pierdolnie.
Jak można być z kimś i uprawiać z kimś seks, jeśli się mu nie ufa? Jeśli się mu nie ufa, jak można być spełnionym? Jeśli nie ma samoakceptacji, nie ma poczucia bycia pożądanym; jeśli nie ma akceptacji, nie ma pożądania. By być spełnionym, trzeba doceniać drugą połówkę - nie tylko w łóżku, ale i w codziennym życiu. Właśnie dlatego pisałam o tych banałach: o odpowiednim miejscu, odpowiednim czasie i odpowiednim partnerze: to te trzy sfery zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Jeśli go nie ma, seks nie będzie udany, a co za tym idzie, związek nie będzie „zdrowy”. Dlatego pisałam o „szanowaniu się” - jeśli się ma poczucie, że się zdradziło samego siebie, nie będzie istniała samoakceptacja. Jeśli nie ma samoakceptacji, nie ma się pewności siebie, nie będzie pożądania i bycia pożądanym.
I mogę to wyliczać bez końca wszystkie zależności, bo to jedna, wielka powiązana ze sobą sieć. Mam lepsze porównanie! Seks to łańcuch, który wiąże partnerów; a ten łańcuch jest tak silny, jak silne jest najsłabsze ogniwo. Jeśli ono pęknie, łańcuch jest bezużyteczny. Wówczas dochodzi do zdrad, do burzliwych rozstań...
Ale oczywiście, prawię banały.

Na sam koniec pozwolę sobie dopowiedzieć, że pisałam całość z myślą o kobietach i dla kobiet - dla młodszych i starszych. Nie dlatego, że uważam mężczyzn za prowodyrów, naciskających na kobiety. Nie dlatego, że uważam mężczyzn za biorących to co chcą i kiedy chcą, jak nie od tej to od innej. Piszę to wszystko, ponieważ kobiety są mi bliższe. Bliższe są mi łzy kobiety zdradzonej; bliższe są mi łzy kobiety wykorzystanej, upokorzonej i porzuconej. Przede wszystkim, bliższe są mi problemy samotnych matek, pozostawionych z „problemem” macierzyństwa. Dlatego w dużej mierze pominęłam męską część czytelniczą, choć część tego co pisałam, jest dla obu stron.
I tym małym akcentem pragnę zakończyć temat seksu, z ponownym odesłaniem do Michaliny Wisłockiej.

Udostępnij ten wpis by każda dziewczyna na rozdrożu wiedziała, którędy pójść dalej. 

niedziela, 22 stycznia 2017

#192 „sex zoo zmuszane” czyli najgłupsze pytania do Wujaszka.


... przez które ktoś, jakoś, trafił na moje Wypstrykando. 


Wyszukiwarka Google to doskonały... Hm. Donosiciel. Informuje mnie o tym, jacy ludzie wchodzą na moją stronę - ile mają lat, jakie zainteresowania, skąd są czy z jakiego sprzętu korzystają. Większość z Was korzysta z Chrome, systemu Windows i aż 14% użytkowników ma podpisaną umowę z dostawcą neostrada plus. Odkryciem nie będzie, jak powiem o dominującym mobilnym systemie Android, ale z pewnością zaskoczę wiedzą, że 18% korzysta z sieci Play i jest to największa grupa czytelnicza. O żesz w mordę, właśnie dowiedziałam się, jaka jest rozdzielczość ekranów! Najczęściej wyświetlana rozdzielczość mojej strony wynosi... 360x640. Czyli Wypstrykando jest najpoczytniejsze na telefonie...
Cóż, właśnie zdobyłam nowe informacje i wiem, że muszę przysiąść do mobilnego oblicza. Niemniej, właśnie to daje mi Google Analitycs i właśnie o tym myślałam, pisząc artykuł o anonimowości w sieci. Nie płacę za usługę, a tyle danych otrzymuję. Jednakże, nie chcę pisać o takich mało interesujących szczegółach, a raczej poświęcić się innemu zagadnieniu: jak do mnie trafiacie przez Wyszukiwarkę Google. 
90% to zapytania o Badoo - mechanikę strony, ich użytkowników i „dlaczego nie odpisuje”/„jak zagadać”. Następnie pojawiają się pytania związane z tematami, o których pisałam - artykuły o gwałcie czy o otyłych kobietach. To jakieś... 5%. Następne 3% to obraźliwe i nie mające żadnego sensu zapytania, związane z seksem. Jest jednak 2%, które niby wlicza się w poprzednią kategorię, ale... Ale. Przeczytajcie sami. 

nawet dziewczyny z badoo mnie nie chca
Drogi Internauto - one nikogo nie chcą. One tam są dla komplementów, nie dla ciebie. 

czy kosciol zakazuje glanow
Zakazuje glanów, słuchania muzyki metalowej i wrzucania do puszek Wielkiej Orkiestry. Jesteś wyklęty/a. 

co robi facet ktura chcę się zrobi umuwic
Czy możesz powtórzyć pytanie? 

alkoloh brzydka kibieta
Tak. Alkohol to brzydka kobieta. 

film o dwóch kobietach i mezczyznie ktorzy uprawiaja sex
Fachowo nazywa się to porno. Z trójkątem. 

czy metajezykiem da sie ztobic metaminetke
Prawdę mówiąc, też zadaję sobie to pytanie.

cnotki jak lubią być pieprzone
Chciałabym udzielić fachowej porady, ale... *khem*

facet z cipka
Pisze się „facet z brodą”, opcjonalnie: Conchita Wurst. 

dlaczego powypiciu drika bolą mnie łydki gdy się położę spać
Na to pytanie odpowiedzieli już moi drodzy czytelnicy. Do wyboru są:
- złe krążenie;
- alkohol wypłukuje magnez;
- tęsknią za rozłożeniem. 

czy jak pies zgwałci mnie to trafie do wiezenia?
Jeśli to młody pies, to nie dość, że zoofilia, to jeszcze pedofilia. Krzesło elektryczne jak nic.

jak rozbawic swojom cipke
Nie wiem. Moja nie ma poczucia humoru ( ͡° ͜ʖ ͡°)

jeśli kobieta po powiedzeniu czegokolwiek pieje jak kura śmieje się to
Skoro pieje, to kura, prawda? Czy to podchwytliwe pytanie?

sposoby na obejrzenie profilu fb osoby ktora nie udostepnia informacji nieznajomym
Na to akurat chcę poznać odpowiedź. Naprawdę! Ktoś wie i podzieli się wiedzą w komentarzu?

internet proszę cię szybko skontaktuj się ze mną i chcę obejrzeć kot
Biegnę z pomocąąąą!


Przy odrobinie szczęścia - i kreatywności internautów - być może pojawi się kolejna część. 

sobota, 21 stycznia 2017

#191 Zniszczone dłonie: powód do wstydu czy dumy?

Wstydziłam się swoich dłoni odkąd pamiętam: suche, popękane, z krótko obciętymi paznokciami. Próbowałam wszystkiego: hybrydy, piling, nawilżanie milionem kremów. Wszystko na nic. To sprawiło, że nie lubiłam dotykać innych ludzi, bo bałam się, że poczują twardą, chropowatą, szorstką skórę. Teraz? Teraz mam powód do dumy. 

Wiesz, czego najbardziej się wstydziłam? Tego, że gdy już ktoś to zauważył; kiedy dotknął moich dłoni i wyczuł to, jak bardzo są zniszczone, udzielał rad. Padały różne stwierdzenia: „nie dbasz o nie?”, „może spróbuj jakichś kremów”. Nie było to za często, ale było. Jednakże czarę goryczy przelała sytuacja, w której pewien chłopak (mężczyzną bym go nie nazwała, nawet jeśli wiekowo wpasowywał się w ten schemat) który stwierdził, bez żadnych oporów, że ma bardziej zadbane dłonie ode mnie. Możesz sobie nie wyobrażać tego uczucia, może wydaje ci się to śmieszne, ale pomyśl. 
Jestem dziewczyną, być może kobietą. Lubię o siebie dbać. Kupować nowe ciuchy, przymierzać je i kompletować ładne zestawy - na uczelnię, na randkę czy na wyjście ze znajomymi. Zawsze mam coś ładnego, przygotowanego na czarną godzinę (dlatego też mam kilka szafek z ubraniami i brak miejsca na nowe). I wyobraź sobie, że wszystko współgra. Ubrania leżą jak należy, włosy układają się jak trzeba, buty nie obcierają. Wszystko gra. Prawie wszystko, bo dłoni nie ukryjesz. Fałdkę na brzuchu, przebarwienia na skórze czy zacięcie powstałe podczas depilacji nóg - ukryjesz. Zniszczonych i popękanych dłoni już nie.
Dlatego przez lata miałam kompleksy na tym punkcie, choć starałam się tego nie pokazywać. Ukrywałam ból jaki zadawały mi pytania o to, dlaczego o nie nie dbam. Ukrywałam to, jak bolały stwierdzenia, że mam dłonie jak jakaś babcia. Na szczęście, czasy się zmieniły. Nie, nie moje dłonie, ale moje nastawienie. 

W domu pomagam jak mogę - mam obowiązki, z których się wywiązuję na miarę moich możliwości. Robienie i wieszanie prania, czyszczenie dwóch łazienek czy zmywanie po obiedzie. Fakt, mamy zmywarkę, ale mamy też naczynia, których do niej nie wkładamy w obawie przed ich zniszczeniem. Taka nasza, niepisana zasada: ładnie malowane kubki, naczynia dla gości czy komplet zastawy myjemy ręcznie. Do tego uwielbiam pracować i uczyć się w kuchni, a jednocześnie nie jestem w stanie tego zrobić gdy jest bałagan. Dlatego odpowiesz sobie sam jak często ją sprzątam. No i pewnie robię dużo innych, mniej istotnych rzeczy, których teraz nie jestem w stanie przywołać, a które z pewnością wpływają na stan moich dłoni. 
Co więcej, nie tylko pomagam w domu - przez całe życie, jeśli chciałam sobie coś kupić, dorabiałam. Na początku, od najmłodszych lat pomagałam w firmie rodziców. Praca ze środkami czyszczącymi, gorącą wodą i czasami zimnym powietrzem (zima, nie zima, trzeba było wykonać zadanie). Nikt mnie do tego nie zmuszał - chciałam, bo wiedziałam, że to będą moje, uczciwie zarobione pieniądze i będę mogła je wydać na co chcę. W ten sposób dorobiłam się pierwszych sprzętów - aparatu, ipoda czy laptopa. Zarobiłam. Sama. Swoimi dłońmi. 
W późniejszym etapie życia - w czasie studiów - podjęłam pracę na wykładaniu towaru w markecie. Tam przestałam mieć tylko zniszczone dłonie, ale i skórę po same łokcie. Wiesz jak boli zacięcie się kartką papieru? To wyobraź sobie jak boli rozcięcie kartonem. Wyglądałam (i nadal wyglądam) jak emo, które się tnie. Nie pracuję tam już od dwóch miesięcy, ale niektóre blizny jeszcze są widoczne. Nie mówię ani o wykładaniu produktów typu mąka czy ocet, które - częściej niż rzadziej - były w jakiś sposób otwarte. Mąka wysusza skórę, a ocet na świeżych rozcięciach boli, jakbyś moczył rany w spirytusie (i to też sprawa, że tak cholernie trudno goją się niektóre rozcięcia). 
Był czas też czas, gdy pomagałam mamie w sklepiku szkolnym - a to miałam wolne w szkole średniej, a to dorabiałam gdy studiowałam zaocznie a biznes prosperował naprawdę dobrze. Praca z żywnością ma jednak minusy - praktycznie co chwilę trzeba myć dłonie. Twarda woda, mydło - czasami podłej jakości - i szorstki ręcznik. Niby nic, ale kiedy przez godzinę myjesz ręce około czterdziestu razy (po każdym kontakcie z pieniędzmi), a pracujesz przez sześć godzin, pięć dni w tygodniu, twoje ręce wyglądają... Strasznie. I żadne kremy na to nie pomogą. 

Taka jest historia moich dłoni. Nic specjalnego - żadnych efektów specjalnych, żadnych ckliwym wyznań. To historia pomocy w domu, pomocy w pracy rodziców czy pracy jako takiej. Piszę o tym, bo moja codzienność nieco się zmieniła. Zmieniła się praca. Co w niej robię? Siedzę za biurkiem i sprzedaję gry na konsole. Nie mam kontaktu z żywnością, nie muszę myć dłoni co pięć minut; nie otwieram żadnych pudeł, nie siłuję się ze zgrzewkami octu czy mąki. Przez cały ten czas nie przestałam smarować dłoni kremami czy robić pilingu. I wiesz co? Są w dużo lepszym stanie. Przyłapałam się na tym, że lubię się gładzić po dłoniach by przekonać samą siebie, że skóra - dotychczas sucha, chropowata, nieprzyjemna - stała się normalna. Po prostu: normalna. Nie jest super-hiper cudowna jak reklamują wszystkie środki. Jest normalna i się z tego cholernie cieszę. 

Pewnie zastanawiasz się, po co to wszystko piszę? Dlaczego opowiadam taką sobie historię moich dłoni, która nie jest w żaden sposób porywająca? Otóż, wydaje mi się, że większość kobiet ma ten sam problem i kompleks co ja. Kompleks zniszczonych dłoni. Pewnie więcej kobiet ma dość słuchania rad „może pora o nie zadbać” ze świadomością, że co miesiąc wydają miliony monet na kremy, pilingi i inne zabiegi pielęgnacyjne. Piszę to wszystko by powiedzieć wprost:
Zniszczone dłonie nie znaczą tyle, że o siebie nie dbasz. Wręcz przeciwnie, pokazują, że potrafisz o siebie zadbać. Nie boisz się ciężkiej pracy; że nie boisz się - przysłowiowo - „pobrudzić sobie rąk”. Dbasz o siebie, a nie tylko o swoje ciało; dbasz o swoich bliskich, o ich dobro. Gotujesz, sprzątasz, pierzesz. Twoje dłonie pokazują, że przetrwasz, że dasz sobie radę. Czy to samo mogą powiedzieć ci, których dłonie są idealnie nawilżone, z przyciętymi skórkami, pielęgnowane kremami? 
Dlatego - jeśli do tej pory wstydziłaś się zniszczonych dłoni - przestań. To powód do dumy, nie wstydu. I powiem szczerze, że po tym czasie współczuję tej osobie, która odważyła się powiedzieć, że „masz dłonie bardziej zniszczone ode mnie”. Tym bardziej współczuję, że powiedział to mężczyzna. Bo... co to o nim świadczy? Odpowiedz sobie, bo ja nie muszę. 

czwartek, 12 stycznia 2017

#190 Ma kutasa, ale nie jest mężczyzną.

Nie mogę go znieść, bo jest taki jak dziesiątki tysięcy kolesi w Warszawie.
Ma kutasa, ale nie jest mężczyzną. Nie szanuje kobiet. Nie słucha ich. Pieprzy je po to, aby odznaczyć kolejną kreskę na ścianie, pozacierać ręce przez chwilę, że teraz jest ich już trzydzieści siedem, a nie tylko trzydzieści sześć. Jest ciotą, której trzeba podcierać dupę, gotować obiadki, robić za nią pranie. Wszystko, co mówi, brzmi piskliwie jak prośby małego dziecka o zabawkę. Tym głosem, pozornie niskim, ale ze schowanym gdzieś pod spodem piskiem, każdemu opowiada wszystko. Przykleja się do ludzi lepkimi, trzymanymi przedtem w gaciach paluchami, wpycha im do głów wątpliwej jakości, informacje, aby wzbudzić ich zaufanie. Żongluje sekretami. Krótko trzyma w ustach, a następnie wypluwa wstydliwe fakty. Kłamie. Łasi się. Wije. Jest miękki. Jest z tego złego miotu, który nigdy nie ma własnej myśli, suchej ręki, pełnego wzwodu.*
Z bólem głowy i gorączką nie najlepiej się myśli, tyle powiem na wstępie.

Może zabrzmi to feministycznie, a z pewnością zabrzmi - ten cytat opisuje nie tylko „kolesi”, a co więcej, nie „tylko” z Warszawy. Spotykam takich każdego dnia, w Katowicach i w Tarnowskich Górach. Spotykam ich na studiach, spotykałam ich w szkole średniej. Spotkam ich jeszcze nie raz i nie dwa. Każda z nas - kobiet - takiego spotka. Jedne z spędzą z nim całe życie, inne będą mieć z nim dziecko i nigdy więcej go nie zobaczą. Jeszcze inne doprowadzą siebie do ruiny - anoreksja, uzależnienia, dopasowywanie się w jego gusta. Pisałam już o nich - kiedyś, wcześniej - ale nie mówiąc o nich wprost. Mówię o tym artykule.

Mówi się o okrutnych kobietach - o tych, które mają wymagania, które mają cele w życiu. Czytam na różnych forach, że kobiety nie powinny mieć ambicji, że mają siedzieć w domu i wychowywać dziecko. Czytam, że rozwódka z dzieckiem to kobieta z bagażem, którego nikt nie chce. Czytam, że kobieta, która nie chce dziecka jest wybrykiem natury. Czytam co piszą w internecie „prawdziwi” mężczyźni. Swojego czasu tłumnie przybyli tu użytkownicy strony „Samce alfa”, wylewając na mnie wiadro pomyj. Byli z siebie dumni, bo dokopali, zwyzywali i grozili gwałtem, śmiercią. Pisali to przykładni obywatele, prawdopodobnie zapatrujący na siebie jako na porządnych katolików - siedzący w pierwszej ławce w kościele i traktujących inne religie jak herezje. Najpewniej przeciwnicy uchodźców, bo muzułmanie, bo gwałcą i nie szanują kobiet. W dalszym ciągu czytam komentarze pod starymi artykułami - komentarze z bólem dupy, mniej lub bardziej kulturalne.
I w takich chwilach zastanawiam się: kto je pisze?
Naprawdę taki samczy ktoś, kto potrafi wszystko zrobić wokół siebie? Ktoś, kto nie czuje potrzeby kochania i bycia kochanym? Ktoś, kto wymaga szacunku, a nie szanuje innych? Czy też ktoś, kto odreagowuje w ten sposób swoje niepowodzenia? Niepowodzenie w miłości - wina kobiety, bo zołza, bo wymagała, bo oczekiwała, bo chciała robić karierę i nie usługiwała? Niepowodzenie w pracy - dostała awans, bo dała dupy; bo przez równouprawnienie i feministki szef bał się awansować kogoś innego? Niepowodzenie wśród znajomych - bo każdy ma „dupę” i nie ma czasu iść pić, nie ma czasu szlajać się po mieście i w sumie każdy stał się pantoflarzem?
Większość internetowych samców nie jest samcami, ale lubią tak o sobie myśleć. Powtarzać sobie te kłamstwa, karmić swoje ego ludźmi słabszymi od siebie. Lubią stroszyć piórka, pokazywać jacy to oni nie są. A nie są.

Znam kogoś, kto uważał siebie za honorowego człowieka, za prawdziwego mężczyznę, a zostawił swoją dziewczynę z dzieckiem i ma do niej pretensje, że wyjechała na drugi koniec świata.
Znam kogoś, kto zalicza kobietę za kobietą czekając na tę właściwą, a gdy w końcu ona się pojawi, ma pretensje do niej, że nie chce z nim zostać.
Znam kogoś, kto zamiast akceptować swoją dziewczynę taką, jaką jest, próbuje ją zmienić pod kopyto swojej matki i znajomych, pod swoje kopyto.

Jest ich trzech, to nie są te same osoby i nie znają się. Każdy z innej części Polski, każdy w innym wieku, ale wspólna cecha. Uważają siebie za prawdziwych mężczyzn - za osoby godne zaufania, za odpowiednich partnerów i przyszłych mężów, ojców. Są tacy?  To nie są internetowe znajomości - to są ludzie, którym patrzyłam w oczy, z którymi rozmawiałam. Widziałam jak są przekonani o swojej białości, o swoim niesplamionym honorze. To są te „samce alfa”. Ci internetowi bohaterowie, piszący o uciekających z dzieckiem kobietach i o alimentach, których się domagają. Samce alfa mówiący, że jedna kobieta to za mało a później zdziwieni, że ta właściwa ich nie chce. Bohaterowie wiedzący lepiej co kobieta może a co nie, jaka jest prawdziwa kobieta a jakie są wybrykami natury.

Mówię o trzech, a być może znam ich więcej.
Na pewno znam ich więcej - tych, z którymi nie rozmawiałam, nie patrzyłam w oczy i nie słuchałam kłamstw, jakie wmawiali sobie. Znam ich z opowieści: tych, powtarzanych przez pocztę pantoflową, oraz tych powtarzanych bezpośrednio, z pierwszej ręki. O złamanych sercach, o kłamstwach, zdradach, porzuceniach. O niepłaconych alimentach, o proszenie się o odrobinę uwagi dla dziecka. Słyszałam wiele - o wielu kochankach przewijających się przez małżeńskie łoże, o „trofeach” (zdjęciach) skrzętnie ukrytych na laptopie. O ograniczaniu finansowym, o znęcaniu się psychicznym - o podkopywaniu pewności siebie, o wmawianiu wad, o wpychaniu kompleksów w przełyk.
Słyszałam. Nie będę mówić o historiach, które czytałam, bo one są już mniej wiarygodne, jak i mało wiarygodna jest poczta pantoflowa. Jednakże są historie opowiedziane słownie lub pisemnie, przez kobiety znane bardziej lub mniej. Znam takich mężczyzn - bez kutasa - wielu. Zbyt wielu.
Być może też ich znasz - bohaterów, chwalących się pieniędzmi, furami, zaliczonymi dupami, którym ktoś pierze, gotuje i ceruje skarpetki? Pewnie doradzają w sprawie kobiet, pewnie uważają się za znawców - powtarzają, że nie ta to inna. Myślisz, że jeśli ktoś wie coś o miłości, to powie coś takiego na głos krótko po rozstaniu? Owszem, kobiet jest wiele. Mężczyzn też jest wiele. Jest nas wiele i zawsze się ktoś znajdzie. Ktoś, ale nie TEN ktoś.
 
Tyle z wynurzeń, nie mam sensownego podsumowania, bo ten temat wróci na wokandę jeszcze nie raz, jak i będę go przywoływać wstecz.

*Jakub Żulczyk, Ślepnąc do świateł.

środa, 28 grudnia 2016

#189 Jak nie dać dupy z kupowaniem prezentu?



Kupowanie prezentu - nie tylko na święta - to nie lada wyzwanie. Zaczyna się bieganie po sklepach, oglądanie, przeglądanie, intensywne myślenie, aż w końcu zadanie pytania: co kupić? Skąd o wiem, że to problem? Jest popyt, jest podaż - wysyp tekstów o kupowaniu prezentów mówi samo za siebie. 

 na ostatni moment

to pierwszy krok w dawaniu dupy

Ostatni moment to nie tylko dzień przed świętami, ale i tydzień a nawet dwa. Od dawna jest znana data świąt albo urodzin, dlatego przygotowania powinny się zacząć jakiś miesiąc do przodu. Jednym z czynników jest to, że jeszcze dwa tygodnie przed świętami zarówno poczta, jak i kurierzy pracują w miarę punktualnie, i oszczędzisz sobie nerwów czekania na paczkę. Co więcej, ominie cię zadanie sobie pytań: a co jak nie przyjdzie? No właśnie, jak nie przyjdzie? Warto zorganizować sobie wcześniej wszystkie pakunki, by sobie leżały grzecznie w szafie, z dala od wścibskich spojrzeń.

co kupić?

To pytanie, które zadaje sobie każdy - mąż i żona, dziewczyna i chłopak, brat i siostra. Każda kompilacja zadaje sobie to samo pytanie: co mu kupić? I jeśli nie zna się odpowiedzi albo nie wymyśli się jej w mniej jak tydzień, to już się dało dupy. Dlaczego? Bo to znaczy, że nie zna się obdarowywanego. Nie zna się zainteresowań, nie zna się pasji, hobby; nie wie co lubi druga strona. Czasami wystarczy strzelić ślepo mniej więcej w stronę zainteresowań, a trafi się - mniej lub bardziej celnie - ale trafi się. Kociara czy psiarz; gracz czy bibliofil; blogerka modowa czy blogerka muzyczna. Same nazwy krzyczą: KUP COŚ ZWIĄZANEGO Z...
Wystarczy posłuchać, co mówi o sobie druga osoba.

na ostatni moment

I znów pojawia się pojęcie: na ostatni moment. Tym razem chodzi nie tyle o kupowanie, co o myślenie o prezencie. Nie dość, że na szybko trudno coś wymyślić, to jeszcze niekoniecznie będzie to prezent trafiony. A okazuje się, że wystarczy posłuchać i poobserwować obdarowywanego odpowiednio wcześniej. Kiedy? Czy to na zakupach, czy to podczas oglądania filmu. Często mówimy: "kurde, fajne to to", albo "kochanie, patrz na to". Oglądamy rzeczy i chcemy je, ale często ich nie kupujemy, bo szkoda nam ciężko zarobionych pieniędzy. Jednakże, gdyby ktoś postanowił nam coś sprezentować - to co innego, prawda? 
Ta zasada działa w obie strony. Coś, czego sobie nie kupi, a będzie się cieszyć, gdy będzie mieć. 

prezenty mniej lub bardziej osobiste

 

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która żaliła się na to, że musiałaby kupić sobie żelazko. Dobre żelazko to kwota rzędu 150-200 złoty, a jej nie stać na ten moment by sobie sprawić. Bo prezenty dla innych, a jednocześnie nie wyobraża sobie, by ktoś miał jej te żelazko kupić. 
I jak dla mnie, żelazko byłoby doskonałym prezentem (gdybym dzięki temu zaoszczędziła na coś innego), tak dla niej żelazko to nie jest dobry pomysł. Znów pojawia się kwestia, jak dobrze kogoś znamy. Stąd też należy ostrożnie dobierać pojęcie użyteczności prezentu i rozważnie decydować o prezentach typu "trzeba kupić". Nie każda kobieta będzie się cieszyć z mopa, prawda? 

czego NIE kupować

Większość blogerów pisze o prezentach, o tym co kupić, gdzie kupić i za ile kupić. Mówią o cenie, jaka jest odpowiednia na prezent i że poniżej to nie warto nawet się starać. Nie będę pisać takich farmazonów, bo dla mnie prezent nie liczy się w cenie, a jakości. W tym, na ile jest od serca i na ile ktoś się postarał przy nim. I nawet jeśli będzie za darmo, albo za robociznę - jest to prezent z myślą o mnie. W końcu, właśnie o to chodzi w świętach, prawda?

TANIOCHY / TANDETY

Największą zmorą naszych czasów jest kupowanie tandety za grosze. Mówię o rzeczach z targowiska, od chińczyka, niewiadomego pochodzenia i co gorsza, niewiadomego czasu działania. Zero gwarancji, właściwie bezwartościowa zabawka. Dla najbliższych warto jednak zainwestować porządne pieniądze, a jeszcze lepiej - zrobić rodzinną zrzutkę. Tym sposobem moja mama pewnego razu na święta dostała od wszystkich olbrzymi zestaw obiadowo-kawowy. Wierz mi, cieszyła się bardziej z jednego takiego prezentu, jak z miliona małych. 

- kosmetyków

Są blogerki, które uważają to za doskonały prezent, ale pomyśl: lubisz dostawać zestaw mydeł pod prysznic? Nie lubisz. Dlaczego? Bo odbierasz to jako sugestię, albo po prostu wiesz, że ktoś kupił na odczepnego, byle by było. 
Spornie bywa z perfumami i wodami po goleniu. 

- książek

Niby prezent dla bibliofila to prosta sprawa, ale każdy z nas ma inny gust. I tak jak kocham książki, tak nie ucieszę się tak z powieści Kinga, jak cieszyłabym się z powieści Koontza. I tak mnogość, przez nazwiska, gatunki, jak i same wydania. Z książkami ostrożne, bo to śliski temat.

- zwierząt

Zwierzęta były, są i będą złymi prezentami. Dlaczego? Bo z prezentem otrzymuje się odpowiedzialność, a jej sporo ludzi nie podoła. Dlatego istnieją schroniska, dlatego mówi się o porzucaniu zwierząt w lesie. Dlatego NIE kupujemy zwierząt. Fajnie dostać, a jakże, ale niefajnie jest porzucić.

- pluszaków

Naprawdę, oryginalniej nie szło? CHYBA że to pluszak tematyczny. Z gry, z bajki, z filmu; jest to pluszak w tematyce obdarowywanego. Przykładowo: każdy pluszak kota to pełnia szczęścia dla mnie.

- zestawu perfekcyjnej pani domu / pana domu

Wspominałam o żelazku i o wiadrze? Z takimi prezentami bardzo ostrożnie. Mówię o zestawach do sprzątania, o zestawach do szycia. Jeśli kogoś szycie nie interesuje, nie kupujmy mu maszyny do szycia. Chyba że lubi szyć, a nowa maszyna się spodoba. 
Podobnie jest z zestawami do remontu - ktoś, kto nie lubi remontować, nie ucieszy się z zestawu śrubokrętów, podczas gdy złota rączka będzie skakać z radości. No i wiadomo, punkt pierwszy - nie u chińczyka. 

HANDMADE zawsze w cenie

Zdarza się tak, że naprawdę nie wiadomo co kupić. No bywa, trudno, zdarza się. Wówczas warto ofiarować komuś coś, czego nie mamy za wiele w naszym zabieganym świecie: czas. Warto poprzeglądać blogi DIY, które krok po kroku pokażą, jak zrobić wartościowy prezent. Nie musi być to nie wiadomo co, nie wiadomo jak drogie. Tutaj chodzi o czas i siły jakie włożymy w podarek. 


Kupując cokolwiek, pomyśl z egoistycznej strony: cieszyłbyś się z tego prezentu? Tak szczerze, wywołałoby to uśmiech na twarzy? Czy prędzej myśl: "nie wiedział co mi kupić". Bo często jest to drugie - nie wiemy co kupić drugiej osobie. W tych czasach nie znamy potrzeb drugiej osoby, jej zainteresować, jej pasji. Nie wiemy o niej tego, co najważniejsze, a co za tym idzie, nie wiemy co tej osobie kupić. Bo każdy czegoś potrzebuje: czegoś, czego nie kupi sobie sam.
I właśnie takie okazje to idealny sposób na stwierdzenie, czy ktoś nas zna czy też nie. A wiem, że sporo osób mnie zna. Dlaczego? Bo dostaję zdjęcie kocich kubków, maskotek, biżuterii. Ktoś podsyła mi coś, co - w jego przekonaniu - mi się spodoba. I spodoba na pewno. 

Ale mam dużą rodzinę

nie stać mnie na kupowanie drogiego prezentu każdemu:

I to jest faktycznie problem. Nie stać nas na prezent za 200złoty dla każdej osoby, dlatego warto - jak wspomniałam wcześniej - zrobić rodzinną zrzutę. Dziesięć osób po 50 złoty daje prezent za 500. Nie trzeba samodzielnie organizować całej kwoty, a co jeszcze lepsze, można zrobić burzę mózgów co kupić. Co dziesięć głów, to nie jedna.
Może jednak zdarzyć się tak, że rodzina nie zgodzi się na zbiorowy prezent. Wówczas warto zaproponować bramkę numer dwa: losowanie. Wszystkich wypisać na pojedynczych karteczkach, i każdy losuje po dwie osoby. Tak, by było sprawiedliwie: każdy otrzyma i wręczy dwa prezenty. To można łatwo przekalkulować, a dzięki temu nikt nie wykosztuje się nie wiadomo jak i ile. Grunt, by wszyscy przestrzegali zasad.

No ale, wiadomo, fajnie się o tym pisze, a trudno wprowadzić w życie. Dlatego, powodzenia z prezentami, niezależnie od okazji. Czy to urodziny, czy święta - czeka Cię niezła przeprawa. Bez sensownego podsumowania, badabumtss.

czwartek, 15 grudnia 2016

#188 Uważaj co mówisz i piszesz - nie jesteś anonimowy.


Każdego dnia natrafiam na przynajmniej jedną osobę, która jest przekonana, że nikt jej nie widzi, nie słyszy, nie czyta co pisze i co ważniejsze, że nikt jej nie zna. To przekonanie może zniszczyć wiele, ale - od początku. 

komunikacja publiczna?

niewidzące oczy widzą, niesłyszące uszy słyszą

Z oczywistych względów podróżuję autobusem, sporadycznie tramwajem. Jest to komunikacja tania i... na tym właściwie kończą się zalety korzystania z publicznego transportu. Niemniej, nie ma tego złego i staram się znaleźć coś ciekawego, głównie temat na artykuł. I powiem szczerze, ostatnio złapałam temat za rogi. Czyli, zwróciłam uwagę na pewien fakt: 
Kiedy rozgrywa się jakiś dramat - dziewczyna jest zaczepiania przez nachalnego zboczeńca; chłopak jest atakowany słownie przez współpasażera, który okazuje się rasistą; kiedy ledwie umiejąca ustać na nogach babcia wchodzi do pojazdu i nie ma dla niej miejsca siedzącego - to ludzie nie widzą i nie słyszą. Dostają zaćmy i głuchoty. Odwracają wzrok w stronę szyby, udają że ich nie ma, że nie widzą, że to ich nie dotyczy. I to jest fakt. 
Ale kiedy dwie kobiety rozmawiają o czymś interesującym, ciekawskie uszy zaraz to wyłapują. Skąd o tym wiem? Rok temu - może więcej, może mniej - wracałam z uczelni z koleżanką, która zapytała standardowo o mojego bloga. O to, jak mi idzie, co nowego przygotowuję. I jakoś tak wyszło, że zaczęłam jej opowiadać o artykule o antykoncepcji. I akurat wspomniałam o - niechybnie z mej strony - podsłuchanej rozmowie z autobusu, podczas której dwie nastolatki omawiały metody antykoncepcyjne. Moja rozmówczyni zadała mi pytanie: 
„Nie uważasz, że jest to oklepany temat? Wszędzie się o tym mówi i wszyscy wszystko wiedzą.”
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą:
„Podsłuchałam rozmowę dziewczyn w autobusie. One święcie wierzyły, że ocet dodany do kąpieli zapobiega ciąży”.
Zaśmiała się koleżanka, pasażerka za mną i dwóch pasażerów rozmawiających obok. A pani na siedzeniu obok skuliła się i próbowała nie wybuchnąć. Tak więc, tyle jeśli chodzi anonimowość rozmów w autobusie. 

Innym przykładem jest historia opowiedziana przez Humanistkę na obcasach. Ostatnio podczas zajęć omawialiśmy ciekawe zagmatwania językowe i kiedy szłyśmy na autobus, szturchnęła mnie i z szerokim uśmiechem zaczęła opowieść. 
Wracała z uczelni i pech chciał, że zapomniała słuchawek. Opodal stały czy też siedziały dwie młode dziewczyny, które zaczęły rozmawiać o rozterkach sercowych. Co jak co, ale to jest ciekawy temat. No i jedna z nich się żali. Poznała chłopaka, a jej brat poznał dziewczynę - przez internet, jak można się domyśleć. Cały kwartet zdecydował się spotkać wspólnie, w domu dziewczyny, przy jej rodzicach. Nie wiem jak innym, mnie się zaraz ciśnie uśmiech na usta. Jednakże podczas spotkania, nowa koleżanka brata podrywała nowego kolegę siostry. Opowieść trwa i żaląca się dziewczyna informuje wielce zaaferowaną koleżankę, że po jakimś czasie ów kolega wysłał wiadomość o treści, że potrzebuje przerwy. Pada pytanie: jakiej przerwy? (bo nie byli jeszcze parą, a przerwy są właśnie w „związkach”). Odpowiedź rzuciła na kolana: no przerwę w chodzeniu
Humanistka musiała ugryźć się w język by nie zapytać: to co, teraz będzie się czołgać? Przyznam się szczerze, jak słuchałam tej historii, na myśl mi przyszedł inny komentarz: trudne sprawy na żywo. No ale, nieładnie jest podsłuchiwać. Bardzo nieładnie. Jednakże czasami taka rozmowa jest jedyną rozmową w autobusie - bo część czyta, część słucha muzyki, część śpi - i chcąc nie chcąc, „podsłuchuje się”. 

Co więcej, wczoraj podczas powrotu z uczelni zdecydowałam się usiąść na tak zwanej „czwórce”. Nie lubię mieć pasażerów obok, zwłaszcza w liczbie więcej niż jeden, ale jakoś tak wyszło, że nie miałam wyjścia. Naprzeciwko mnie siedziała Pani i Pan - Pan bezustannie sprawdzał coś w telefonie. Właściwie, prawie każdy pasażer siedział z nosem w telefonie i nie zwracał uwagi na to, co się dzieje. Przeglądał Facebooka, kwejki, gagi i inne strony. Dlaczego wspomniałam, że Pan zapatrzony był w telefon? Pani obok również - w jego telefon. 
Zaobserwowałam to nie raz i nie dwa - wścibskie/ciekawskie spojrzenia, szybkie zerknięcie (czasami mimowolne). I odpowiedz sobie sam - szczerze, tylko przed sobą - ile razy odpisywałeś na oficjalnego maila, opowiadałeś intymną historię na czacie albo wpisywałeś hasło podczas logowania? Nigdy nie wiesz co widzą oczy i co słyszą uszy pasażera obok.

[ktoś] Anonimowy to ja jestem w sieci.

[ja] No chyba nie. 

Przynajmniej raz dziennie spotykam w internecie osobę, która jest przekonana o swojej anonimowości - o tym, że nikt nie wie co komentuje, jak komentuje; co czyta i co lajkuje. Taka osoba pisze co jej ślina na palce przyniesie. Zwyzywać, obrazić, opluć? Nie ma sprawy. Pisać rasistowskie i seksistowskie opinie? Na zawołanie! Chwalić się zdjęciami z całonocnych popijaw? Pf, codzienność. Większość aplikacji i stron wymaga rejestracji, a że nam się spieszy, to klikamy: zarejestruj przez Facebooka. I korzystamy, przewijamy, lajkujemy, udostępniamy. 
I raz dziennie widzę pana lub panią, którzy klną, wyzywają... Zresztą, każdy z nas widuje różnego typu „gównoburze”. I równie często, gdy patrzę na komentujących, widzę pewne dane. Kto to jest, ile ma lat, gdzie mieszka, jakich ma znajomych i uwaga, gdzie pracuje. Aż się prosi o screen „uprzejmości” i wysłanie do firmy maila z „Uprzejmie donoszę, że Pana/Pani pracownik to burak”. I wierzcie mi, ktoś kiedyś tak zrobi - jeśli nie ja, to ktoś inny. O jeden komentarz za dużo, o jedną obelgę ponad czyjeś siły i ktoś zdecyduje się przenieść kłótnię z internetu do rzeczywistości. Cios poniżej pasa? A wyzywanie od najgorszych już nie?
Co więcej, nawet jeśli nie ma wpisane na Facebooku, wyszukiwarka Google robi cuda. Skąd wiem? Bo na mojego bloga wchodzą osoby poprzez wpisanie moich danych osobowych. Można? Można. Wystarczy, że choć raz - na stronie, na Facebooku - zostały wypisane. 
Zresztą, w ostatnich dniach rozesłałam sporo CV i wiem, że współcześnie nie tylko one mają wpływ na to, czy ktoś mnie zatrudni czy nie. Mój list motywacyjny może być doskonały; moje doświadczenie bez zarzutu, ALE jeśli mój Facebook jest... cóż. Współcześnie niebieski gigant jest trzecim „materiałem” sprawdzanym przez potencjalnego pracodawcę. Wówczas decydują udostępniane zdjęcia, informacje, poglądy. Niby nie powinno mieć to wpływu na zatrudnienie, ale de facto, postaw się w sytuacji pracodawcy. Mając do wyboru dwóch pracowników o podobnym doświadczeniu i umiejętnościach, różniących się tym, że jeden z nich lubi dać sobie w kanał, z dwóch kandydatów robi się jeden. Ten, na którym można - przynajmniej tak się wydaje - polegać. Prawda, że każdy z nich lubi popić, poszaleć i przyjść do prac na kacu, ale tylko jeden z nich się tym chwali

A wiedziałeś, że można wyszukać kogoś po wpisaniu numeru telefonu albo adresu e-mail? Pomocą służy nie tylko wujek Google, ale i wyszukiwarka Facebooka. Podałeś e-mail do rejestracji? Można Cię po nim znaleźć. Podałeś numer telefonu? Jesteś pod nim dostępny. Dlatego jeśli chcesz kogoś ponękać telefonicznie, pomyśl dwa razy. 

dobra, a co z innymi stronami? 

Powiedz mi, z jakiej przeglądarki korzystasz, a powiem kto cię szpieguje. Nie szpieguje? A czytasz może „regulamin”, który akceptujesz? No ba, nikt tego nie czyta! A w tym nieczytanym regulaminie kryje się informacja, że przeglądarka Chrome śledzi każdy ruch. Które strony odwiedzasz, jak często je odwiedzasz; jakie masz hasła, a to wszystko przesyła na statek-matkę. Nie wierzysz? To pomyśl, dlaczego reklamy Googla mniej więcej sugerują „interesującą” cię treść? 
Raz - jeden, jedyny raz - weszłam na Zalando, a przez kolejny tydzień reklamy tego sklepu pojawiały się wszędzie. Wszędzie. Facebook wiedział, Google wiedział. Facebook też śledzi twoje działania - jeśli jest włączony gdy korzystasz z innych stron, bezczelnie podgląda.  
Brzmi źle, ale aż tak źle nie jest - po prostu zainteresowania są sprzedawane firmom, i to za zarówno grube pieniądze, jak i psie pieniądze. A czasem i za darmo.  Skąd wiem? Korzystam z Google Analitycts. Wiem, jakie osoby wchodziły na moją stronę - ile mają lat, jakiej są płci, jakie jest top 10 wyszukiwań z wyszukiwarki, z jakiego województwa/wojewódzkiego miasta są. Wiem ile byli na stronie, z jakiego sprzętu korzystali (co do modelu telefonu i tabletu). 
Wiem to ja - niszowa blogerka nie płacąca za taką usługę. A czym mogą się pochwalić korporacje, które zarabiają takie pieniądze, że stać ich na speców od „tych spraw”? Myślisz, że jesteś anonimowy przeglądając czyjegoś bloga? Nie, nie jesteś, nawet teraz. 

Straszę? Grożę?

Nie, tylko ostrzegam. 

Ostrzegam przed konsekwencjami „ekshibicjonistycznego” trybu życia; przed chwaleniem się ilością wypitego piwa; przed „otagowanymi” zdjęciami z imprezy, na której schlało się jak dzika świnia i leżało w łazience pod zlewem w kałuży własnych wymiocin; przed rozmowami toczonymi w autobusie, zarówno pisanymi jak i głosowymi. Po prostu ostrzegam, w myśl zasady: lepiej zapobiegać jak leczyć. 
Przed szpiegowaniem przeglądarek, poczty i wpisywanych fraz się nie uchronisz - korporacje żyją z tych danych. Sprzedają je, targują nimi i nie mamy na to wpływu. Wszystko tkwi w kodzie, w szyfrach, w innych pierdołach. No trudno, bywa. Ale to od CIEBIE zależy o czym rozmawiasz w autobusie, z czego korzystasz w autobusie. Ale to od CIEBIE zależy, co pojawi się na Twojej osi czasu; jakie informacje udostępnisz. Facebook to inna wizytówka, więc zapytam: jaka jest Twoja? 

środa, 7 grudnia 2016

#187 Jesteśmy rywalami - nie wrogami.

Znasz to powiedzenie: jak pies z kotem? 

Większość ludzi słysząc ten tekst, widzi oczyma wyobraźni psa atakującego kota; zażartą wojnę rasową, kontynuowaną z generacji na generację. W końcu, pies i kot to odwieczni wrogowie, walczący o... O co? Powiem ci, z czym mi się kojarzy obraz kota i psa. Mianowicie, kiedy byłam dzieckiem, w moim domu zawitało dwóch nowych lokatorów - szczeniak i kociak. Teoretycznie, powinny nienawidzić siebie nawzajem i bezustannie walczyć o wszystko. Praktyka pokazała zupełnie inne oblicze ich natury. Zimą spali w jednej budzie, grzejąc się nawzajem; jedli z jednej miski, z czego kot stał między nogami swojego dużego przyjaciela. Bo szczeniak wyrósł i przerodził się w owczarka podhalańskiego - dla niewtajemniczonych, jest to wielkie, białe ciele pasterskie. I jedno trzeba przyznać - owczarek pilnował swej trzody, a kot zawsze miał bramkarza za sobą, przez co był lokalnym panem i władcą. Wspominam bardzo ciepło ten duet, bo oni pokazali, że nie są wrogami. Kot i pies - dwa światy, gatunkowi „wrogowie”, ale potrafili ze sobą współpracować. I większość ludzi powinno się uczyć od tego duetu. Dlaczego? Bo my - przedstawiciele tego samego gatunku - nienawidzimy siebie bardziej niż koty i psy nienawidzą siebie.
Siedzę w licznych grupach facebookowych, zrzeszających nie tylko ludzi o różnych zainteresowaniach, ale i ludzi z różnych subkultur. Zresztą, wielokrotnie wspominałam w artykułach, że należę do grup metalowo-rockowych i właśnie tam bardzo często widzę, że ludzie się gnoją i nienawidzą za to, że ktoś słucha tego zespołu, albo tego zespołu nie lubi. Co z tego, że lubią podobne brzmienia; że lubią nosić się na czarno, że mają długie włosy. Pomijają całe gros podobieństw, bo ważniejsza się różnica i to mała. To, że ktoś jednak nie ma długich włosów; to, że ktoś słucha Sabatonu (ten zespół jest bardzo nielubiany w środowiskach). Ludzie wszczynają gównoburze i wykłócają się, obrażają, zrównują z ziemią w sposób prymitywny. Dlaczego? Nie wiem. Wiem natomiast, że tam nie ma miejsca na merytoryczną dyskusję. I moje pytanie brzmi: z kim oni walczą?
Ludzie uważają subkulturę metalową za bandę satanistów pożerających koty; gwałcicieli chodzących na czarne msze. Za ćpunów. Za „brudasy”, bo mężczyzna z długimi włosami nie może o siebie dbać. Społeczeństwo tak właśnie o nich myśli i oni, zamiast walczyć ze społeczeństwem i przekonywać, że nie są zwierzętami pieprzącymi się w orgiach, walczą między sobą o to, że Sabaton to muzyka dla gimnazjalistów. Po co, pytam się, po co ta walka?
Z pewnością każdy gracz kojarzy wojnę między konsolowcami a pecetowcami; między x-boxem a playstation. Przynajmniej raz dziennie trafiam na mema - czy to w polskim, czy zagranicznym „internecie” - który wspomina o tym, że ta konsola lepsza od tej, a najlepszy to w ogóle jest zwykły, stacjonarny komputer. Sama jestem graczem i jakoś nie mam zamiaru z nikim wojować o to, co jest lepsze i że frajerzy grają na czymś innym niż ja. Dlaczego? Bo każdy gra na tym, co uważa i gra na tym, na co go stać. Więc po co ta dyskusja, skoro 90% gier jest wspólna. 
No i ostatni przykład, jaki przychodzi mi na myśl i w sumie to on ruszył całą lawinę myśli:
Od kilku dni pomagam w tworzeniu dużego fanpage zrzeszającego graczy World of Warcraft - jak pisałam wielokrotnie w artykule o uzależnieniu i o premierze filmu warcraft. I tak jak wspominałam w którymś z artykułów, gracze wewnątrz gry wybierają jedną z dwóch rywalizujących ze sobą stron. Później jako gracze mogą się z sobą ścierać nie tylko na neutralnych terytoriach, jak i na specjalnych rozgrywkach - areny czy pojedynki. Chodzi o sprawdzenie umiejętności, o organizację większej grupy czy o współpracę między sojusznikami. Niestety, pojedynki i areny przeradzają się w czystą nienawiść i jestem skłonna użyć pojęcia: nienawiść rasową. „Bo on jest Ally, a ja jestem z Hordy. Jeb*ć Ally” to najprostszy i co gorsza, najpopularniejszy schemat myślenia. I gdyby ta wzajemna nienawiść pozostała w grze, ale nie. Ona przechodzi na kolejny poziom, bo ludzie na fanpage'u bezustannie rzucają obelgami i wyzwiskami skierowanymi w graczy po drugiej stronie barykady. Atakują się poza grą. Hordziakami i Alliantami poza wirtualną rzeczywistością. Tu nie chodzi o obrażenie fikcyjnej frakcji i pikselowej postaci, ale człowieka z krwi i kości po drugiej stronie. Bo śmiał zagrać w to samo, ale wybrać inną frakcję.
Stereotypem za moich czasów było to, że po stronie Hordy grają głównie gimnazjaliści - bez kultury osobistej, niezbyt błyskotliwi i mało inteligentni. Patrząc na komentarze internautów, jestem przekonana, że ten stereotyp nie wziął się znikąd. Nie ma sporu na tle merytorycznym - jest wojna. Wojna między graczami, która wychodzi poza wirtualną rzeczywistość. Oto kilka przykładów z ostatniej chwili:
Pisownia oryginalna.

jak z hordy to na pewno jej te nogi śmierdzą gównem z którego zbudowała chatke
I tak nie poruchasz zoofilski taurenie wracaj wpierdalac trawę
Nie obraziłaś ale kurwa mniej mózg i wstawiając zdjęcia siebie jako krowy nie ucz mnie dojrzałości
(biorąca udział w dyskusji użytkowniczka miała zdjęcie z Halloween, gdzie była w przebraniu krowy. Dyskutant oczywiście pobrał jej zdjęcie z profilu, udostępnił w komentarzach z powyższą... wypowiedzią?)

Ale, ale, o co chodzi z tymi komentarzami? Już tłumaczę:
Na stronę podrzucane są memy - mniej lub bardziej zabawne - jak i zdjęcia fanów, chwalących się swoimi zdobyczami internetowych zakupów. Bardzo często pojawiają się zdjęcia fanek - tak tak, fanek - ubranych w sukienki czy koszulki z logiem jednej ze stron. I zamiast cieszyć się, że jednak grające kobiety nie są tak bardzo zagrożonym gatunkiem w takich środowiskach, walczą z nimi. Walczą, bo noszą barwy wroga. Przemilczę oczywiście komentarze „na poziomie”, w stylu jeb*łbym albo jebać ally nabiera innego znaczenia. Nie liczą się uczucia ludzi - liczy się to, by dosrać Alliantowi czy Hordziakowi. 

I moje pytanie brzmi: co to da? 
Człowiek, który po prostu lubi grać, może się zniechęcić, albo zwątpić. Może powielać stereotypy, jakie krążą o graczach. Jakie? Że to zamknięte środowisko, pełne życiowych nieudaczników. Dziewczyna gracza? To mitologiczne stworzenie. Wygląd gracza? Gruby i pryszczaty, niewidzący słońca od tygodni. A patrząc na poziom dyskusji stwierdzam, że to neandertalczycy. 

Czasami zastanawiam się czy to wina ludzkiej natury, czy też przekonania, że w internecie jesteśmy anonimowi i nic nam nie grozi. Za stalking, za obrażanie i zniewagę grozi odpowiedzialność karna, o czym pisałam nie raz. Współcześnie ludzie czują się bardziej sfrustrowani, niedoceniani i osamotnieni niż kilkanaście lat temu. Dlaczego? Bo w czasach, gdy to ja byłam graczem, również istniało „jeb*ć hordę” czy „jeb*ć ally”, ale na tym się kończyło. Wszyscy tkwiliśmy w tym samym bagnie (jak pisałam w artykule o uzależnieniu), wszyscy szukaliśmy tego samego - akceptacji i wewnętrznego spokoju. Dla mnie środowisko graczy czy metali było środowiskiem, w którym czułam się dobrze. Miałam się czuć. Akceptowana, tolerowana, równa. A dzisiaj? Czy cytowane wcześniej komentarze gwarantują poczucie bezpieczeństwa i świadomości „bycia akceptowanym”? 
Internet był ucieczką od środowiska naturalnego, od znajomych, którzy nie nadawali na tych samych falach. Wraz z rozpowszechnieniem się internetu oraz - co gorsza - coraz większą znieczulicą społeczną, miejsca i środowiska, które z początku miały łączyć, dzielą ludzi na gorszych i lepszych. Nie ma już azylu, w którym jest się po prostu akceptowanym. Bo jest się w Ally. Bo jest się w Hordzie. Bo słucha się Sabatonu, albo nie słucha się Black Sabath. I co z tego? Mamy tyle wspólnych mianowników, że powinniśmy zapomnieć o tym, że różnimy się liczebnikami. Świat jest przeciwko nam - imprezowicze są przeciwko graczom, hip-hopowcy przeciwko metalom. Fani książek walczą z fanami filmów; a kina z teatrem. Toczymy wystarczająco wiele „wojen” na co dzień - z innymi kierowcami, pasażerami autobusu o wolne miejsce - że na stronach i grupach zrzeszających ludzi o podobnych zainteresowaniach powinniśmy się czuć bezpiecznie. 
My - w obrębie środowiska, subkultury czy „bycia graczem” - jesteśmy rywalami, nie wrogami. Kojarzysz może te przyjemne dla oka gify, na których to gracze MMA albo boksu mierzą się wzrokiem, a następnie przybijają piątkę, albo robią sobie wspólne selfie? To są rywale. Walczą między sobą na arenie, ale poza nią są ludźmi, a może i znajomymi. Więc w grupach metalowach możemy rywalizować między sobą o to, który zespół jest bardziej lub mniej metalowy; w wirtualnej rzeczywistości możemy być „Ally” i „Hordą” walczący o punkty honoru; możemy kłócić się o to, że playstation jest gorsze/lepsze od stacjonarki. Ale poza wirtualną rzeczywistością, poza grupą - w naszej rzeczywistości - jesteśmy ludźmi o podobnych zainteresowaniach, którzy znaleźli inne osoby o podobnych zainteresowaniach. Naprawdę, mamy o co walczyć? Bo ja uważam, że nie, bo w myśl mojego ulubionego powiedzenia:

racja jest jak dupa - każdy ma swoją


I jeśli ktoś nie chce, to żadne argumenty na świecie jej nie zmienią,

- nawet, jeśli wepchnie mu się tę rację do gardła przed odbyt. 


I jeśli myślisz, że obracam się w patologicznych grupach, zastanów się: do których należysz Ty i czy nie ma tam wojen? Nie ma lepszych i gorszych ugrupowań; nie ma mniej lub bardziej lubianych postaci, książek, filmów? Na pewno są, niezależnie czy należysz do fandomu Harry'ego Pottera, czy do grup dla tarocistów i wróżbitów, czy do grup plus size. Wszędzie będą lepsi i gorsi. Gorsi, bo nie lubią Snape'a albo nie wzruszyła ich jego historia; gorsi, bo nie odwracają kart albo korzystają z run; gorsi, bo są za szczupli do plus size. Przyjrzyj się uważnie następnym razem widząc internetowy spór. 


środa, 5 października 2016

#186 Dlaczego nie piszę o polityce? Bo mama mi nie pozwala...


Gdybym miała prowadzić bloga o polityce, z pewnością miałabym dużo większe statystyki pod każdym względem. Każda afera sprowadzałaby nowe twarze z wypiekami na policzkach, podekscytowane najnowszymi wydarzeniami; każda kontrowersyjna sprawa wywoływałaby kolejną falę pochwał „w końcu ktoś gada z sensem” jak i fejtu „lewacka kurwa”. Mówiłam już, że uwielbiam to określenie? Lewacka kurwa. Nie byle jaka, a lewacka! Oczywiście, mogłabym prowadzić stronę polityczną, bo każdego dnia czytam wiadomości, śledzę aktualne wydarzenia, a i polityka sprzed dekady nie wydaje mi się zamierzchłymi dziejami (w przeciwieństwie do wielu ludzi mojego pokolenia). 
Zatem, Drogi Czytelniku, mógłbyś się zapytać: dlaczego o niej nie piszesz? Odpowiedź jest stosunkowo prosta: 

mama mi nie pozwala. 


Oczywiście, nie mam czterech lat, a dwadzieścia cztery, i mama nie może mi tego zabronić. Ale nim do tego przejdę, chciałabym podywagować jeszcze chwilę o korzyściach pisania o polityce, bo takie - poza statystykami - z pewnością chyba istnieją. Jakby tak się rozejrzeć po całej blogosferze, ciężko byłoby znaleźć rzetelnie prowadzoną stronę o polityce. Taką, gdzie dany temat byłby rozpisany od początku, do końca, a nie po łebkach, z „aktualnych mediów”. Co prawda, znam kilka stron politycznych, ale ich tematyka rymuje się również z satyrycznych. Aczkolwiek, czyta się je przyjemnie. 
Z polityką jest tak, że do swojej racji nigdy nikogo nie przekonam; nawet kiedy nie przekonuję, a raptem przedstawiam swoje argumenty, ktoś przekonuje mnie do swojej racji... a raczej nawraca, słowem i agresją. Trochę jak z wyprawami krzyżowymi, o których ostatnio jest głośno w memicznej stronie internetu. Bo racja jest tylko jedna, i po tylko jednej stronie, a wszystkie inne się mylą. 

- Istotnie, nigdy, w żadnej kwestii nie ma jednomyślności, a przecież prawda jest tylko jedna. To paradoks, nieprawdaż? Nie zastanawiałeś się nigdy, dlaczego tak jest?
- To proste... - Andremil zamyślił się na chwilę - Zwykle jest tak, że każdy ma trochę racji. Tym samym każdy posiada jakąś część prawdy.
- Właśnie! - wykrzyknął Sokrekot - Ale nikt nie może ogarnąć rozumem całości. Tych, którzy są w stanie połączyć zaledwie kilka okruchów, zwykliśmy nazywać geniuszami. Pełnia prawdy zawsze wymyka się naszemu umysłowi.
 Konrad T. Lewandowski, Most nad Otchłanią

Pisanie o polityce, niestety, wymaga zmysłu filozofa; zmysłu, o którym mówią bohaterowie jednej z moich ulubionych powieści.  I nie ma co ukrywać, spora część naszej populacji nie uwzględnia tego, że druga strona może mieć część racji. Skąd ten wniosek? Każdego dnia czytam wystarczająco internetowych kłótni, w których celem nie jest osiągnięcie większej prawdy, ale nawrzucanie przeciwnikowi tak, by w końcu przyznał: „masz rację”. W stylu, moja racja jest bardziej mojsza. 
Nie wiem czy to domena ludzi jako takich, czy to domena nas - polaczków-cebulaczków - ale wejście w czyjąś parę kaloszy nie należy do naszych mocnych stron. Właściwie, to my nawet nie próbujemy wczuć się w drugą osobę; wymagałoby to od nas uwzględnienia myśli, że być może nie mamy racji, a kto z nas jest w stanie to uznać? Pozostawię to pytanie bez odpowiedzi. 

nie piszę o polityce, bo...


Bo polityka nie jest dla ludzi mądrych. Po czym to wiem? Ilekroć zaczyna się dyskusja polityczna, w większości ogranicza się do siły argumentu głosowych. Wywlekanie brudów, niedotrzymanych obietnic, przerzucanie odpowiedzialności „za to” albo „za tamto”. I zasada jest prosta: kto krzyczy głośniej, ten ma rację. No i wypadałoby w dyskusjach, jak już pisałam, uwzględniać rację drugiej osoby, brać pod uwagę argumenty i weryfikować własne. Co się robi, gdy argument zostanie obalony? Krzyczy jeszcze głośniej. Przecież w polityce nie chodzi o to, by wspólnie rozwiązać problemy obywateli! Chodzi o to, kto ma rację. 
Bo, choć nie żyłam w czasach komuny, wiem o niej wystarczająco dużo. Wiem wystarczająco dużo o władzy inwigilującej obywateli; o podsłuchiwanych rozmowach, czytanych listach; o donosach, o znikających w tajemniczych okolicznościach ludziach, o więzieniach pełnych politycznych „pensjonariuszy”. Kiedy inni mojego pokolenia nie lubili słuchać opowieści starszych, ja po dziś dzień lubię usiąść przy stole z dorosłymi, i słuchać w milczeniu opowieści i wspomnień, mniej lub bardziej makabrycznych. 
Bo jestem na bieżąco z aktualnościami politycznymi, i co za tym idzie, wiem o nowych ustawach i zakresach tych ustaw. Media trąbią o jednym, a po cichu przechodzi drugie. I wiem, i czytam, i zapamiętuję najważniejsze wątki. Dlaczego? Powiem w następnym akapicie. 
Bo znam historię, choć nie znam jej wystarczająco dobrze, by mówić o niej otwarcie. Naczytałam się, nasłuchałam się, i co ważniejsze w mojej opinii, nauczyłam się wyciągać wnioski.I połączenie tych czterech punktów daje mi prosty obraz, krzyczący do mnie swoimi barwami prosty przekaz: nie pisz o polityce. Bo to niebezpieczny temat; bo ludzi nie zmienisz i ich spojrzenia na świat; bo to co się dzieje, działo się kiedyś i jest niebezpieczne dla tych, którzy krzyczą za głośno. Między innymi, dlatego piszę ogólnikami. 

Co więcej, nie wiem czy przeżyłabym kolejną falę hejtu. Jestem kobietą, która prowadzi bloga; jestem kobietą, która ma własne zdanie i nie zawaha się nim podzielić; jestem kobietą, która nazywa sprawy (w miarę) po imieniu; jestem feministką. Jak zauważył w pewnym wywiadzie Lexpressive, to wystarczy, by stać się wrogiem publicznym; bym musiała kasować hejty i pełne nienawiści wiadomości. To wystarczy, by nazywać mnie „lewacką kurwą”. Czy potrzebuję kolejnej fali hejtu? 
Osobiście, cenię sobie względny spokój, i kiedy - pewnego dnia - przeleje się fala, zablokuję możliwość komentowania. I tyle. 

I nie piszę o polityce, bo mama mnie o to prosi. 

Dobra, czasami piszę, bo muszę, po prostu muszę. 

Autopromocja

Reklamuję, bo mogę.


  • Polecane artykuły

    Pozwolę sobie na niehybną autopromocję. Chciałabym zaprezentować tuzin artykułów, z których jestem dumna. Nie wszystkie są świeże, niektóre są dopieszczone w szczegółach, ale w myśl motta >>

  • Czarny protest? Sorry, to nie moja sprawa. || LINK
  • Niedziela wolna od handlu? W dupach się poprzewracało! || LINK
  • Gwałt? Jaki tam gwałt! To 20 minut zabawy! || LINK
  • Typowa Polka patrząca z wyższoscią, bo jej cipka jest taka cenna... || LINK
  • Są dwa rodzaje kobiet - te, z którymi się sypia i te, z którym się jest. || LINK |
  • Jestem białym, heteroseksualnym mężczyzną i wiem lepiej. || LINK
  • Motto:

    Jeśli chce się być dobrym, trzeba być pierw kiepskim.

    By być lepszym, trzeba być dobrym.

    By być bardzo dobrym, trzeba być lepszym.

    By być najlepszym, trzeba wszystkich po drodze pozabijać

  • LINK || Przyjaciółka przyznała się, że szuka dziewczyny.

  • LINK || O miejscu, w którym żyją ideały i jak je znaleźć.

  • LINK || Teksty, który usłyszy każdy artysta - nawet Ty.

  • LINK || A czy ty jesteś gotowy na sezon wakacyjny?

  • LINK || Hobby? Pasja? Po co angażować się w to wszystko?

  • LINK || Grube kobiety nie mogą być kochane, bo są grube.

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.