• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

sobota, 22 lutego 2014

#7 Ars bene moriendi

Ars bene moriendi, rzecz znana już w średniowieczu. Sztuka dobrego umierania. Nazwa straszna, przyznaję z ręką na sercu, ale nie taki diabeł straszny jak go malują. Rzekomo trudne teksty średniowieczne związane ze śmiercią wydają się nieprzystępne i bardzo przygnębiające. Prawda jest taka, że wcale nie są ciężkie. Śmierć jest przedstawiana w sposób satyryczny i komiczny (Rozmowa mistrza Polikarpa ze śmiercią), a ostatnie chwile człowieka nie muszą być wypełnione bólem i cierpieniem.
Słysząc Ars bene moriendi może nam się wydawać, że to stare teksty, dla których nie ma miejsca współcześnie. W końcu, ilu z nas parsknęłoby śmiechem pod witryną księgarni, gdy na wystawie widniałaby książka Jak umrzeć godnie, albo, co lepsze, Wesołe oblicze śmierci. Jeśli mam być szczera, ja z pewnością zatrzymałabym się i zaczęła śmiać, zmuszając osobę towarzyszącą do wyśmiania podobnego projektu.
Jednakże, pod tymi smutnymi słowami, pod tą pesymistyczną maksymą jest ukryty przepis na to, jak żyć, a nie jak umierać. Są to pierwsze poradniki życia, pierwsze zbiory porad (dość religijnych, jak to w średniowieczu bywało) dotyczących tego, jak być dobrym człowiekiem i jak dostąpić zbawienia (jeśli ktoś w nie wierzy). Teraz pomyślmy, ile widzieliśmy poradników w księgarniach? Dotyczących żywienia, trybu życia, ćwiczeń. Jest ich zatrważająca ilość, ale czy różnią się wiele od średniowiecznego ars moriendi?
Moim zdaniem, nie. Obejmują znacznie większą sferę naszego życia, ale każdy z tych poradników ma sprawić, byśmy się czuli dobrze. Zarówno z własnym ciałem i z samym sobą. Co z wnętrzem? Są podręczniki, jak być dobrym człowiekiem? Nie wiem, ale są podręczniki savoir-vivre, które przyczynią się do dobrego wychowania. Nie jest to to samo, ale z pewnością wpływa na to, jak jesteśmy postrzegani.
Ars bene moriendi. Sztuka dobrego umierania. Zaczynam lubić to sformułowanie, ponieważ wyznacza jeden z wielu celów. Cel. To on jest właśnie jednym z dwóch tematów mojego felietonu i dlatego pozwolę sobie przejść do sedna sprawy. Drogi Czytelniku, czy chciałbyś znać dokładną datę swojej śmierci? Wierzysz, że dałbyś rade spożytkować ten czas? Czy przemógłbyś lęk przed śmiercią, przed odejściem na rzecz dobrego życia?
Te same pytania zadali sobie twórcy filmu The Bucket List (Choć goni nas czas). Tak, dokładnie, zamierzam opowiedzieć trochę o filmie. Jest to nietypowa forma przekazywania porad, trafiająca do ludzi bardziej niż suchy podręcznik czy poradnik. Czy trafia lepiej niż książka? Nie wiem, nie mnie to oceniać, bo lubię literaturę średniowieczną. Opinię pozostawiam tym, którzy chcieliby obejrzeć właśnie ten film.
Zacznę od obsady aktorskiej, która do mnie przemówiła jak nic innego. Jack Nicholson w roli cynicznego bogacza, który uważa, że życie dało mu wszystko to, czego mógłby chcieć i niczym go nie zaskoczy. Morgan Freeman z kolei gra prostego mechanika z niezrealizowanymi marzeniami, który dał swojemu światu - rodzinie - wszystko, co było im tylko potrzebne. Te dwie, skrajnie różne, postacie tracą swój świat, swoją pewność siebie w momencie całkiem podobnym, a nawet identycznym. Bo w końcu, jakie znaczenie mają okoliczności, kiedy dowiadujemy się, że cierpimy na raka? Lub kiedy dowiadujemy się, że pozostało nam pół roku życia? Rak, choroba naszych czasów, zbierająca całkiem liczne żniwa każdego roku.
Dwóch zupełnie obcych sobie ludzi zostało połączonych przez wspólną chorobę i wspólną salę, a w dalszym ciągu praktycznie wszystko ich różniło. Sposób traktowania przez lekarzy, przepływ informacji dotyczących postępu choroby, oczekiwania na chemię czy operację, a nawet liczba gości. Jednak mimo to, potrafili nawiązać nić porozumienia i stać się, bagatela, przyjaciółmi. Postanowili zrobić coś, o czym my, zwykli ludzie, tylko marzymy.
Stworzyli swoją listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Rzeczy, wydawałoby się, dość trywialnych, a jednocześnie wykraczających poza granice przeciętnego człowieka. Nie zmienia to faktu, że idea takiej listy jest piękna, bo nadaje życiu cel wtedy, kiedy się go traci. To tworzenie podwalin rzeczywistości od nowa, to jak nauka chodzenia po tym, jak utraciło się nogi.
Skok ze spadochronem, jazda na motorze po chińskim murze, zrobienie sobie tatuażu, jazda drogim samochodem po torze wyścigowym. Tak, na zrealizowanie takich punktów potrzeba ogromnego zastrzyku gotówki, trzeba być majętnym obywatelem, ale czy  to naprawdę sprawi, że nasze życie w ostatnich dniach będzie lepsze?
Bardziej przekonywały mnie punkty: śmiać się do łez, dokończyć coś za kogoś innego, pocałować najpiękniejszą kobietę na świecie, zobaczyć coś majestatycznego. Teraz, kiedy skończyłam oglądanie tego filmu, zadałam sobie pytanie: czy dokonałam czegokolwiek z ich listy? Mieli ją dość pokaźną, a ja nie jestem pewna czy w moim życiu mogłabym wykreślić chociaż połowę z tego, co tam było.
Rzeczy powiązane z codziennością, z ludźmi, którzy nas otaczają. Dzięki tym drobnym gestom życie staje się lepsze. Jednak czy to znaczy, że mamy realizować te punkty tylko wtedy, gdy wiemy, że umrzemy? Nie. Powinniśmy brać wzór ze średniowiecznego ars moriendi, gdzie całe życie jest naszą walką o lepsze jutro. Nie wiemy, kiedy przyjdzie śmierć. Jak to ładnie powiedział Nicholson: Mój Boże, gdzieś tam, w tej chwili, jakiś szczęściarz ma zawał. Przewlekła choroba męczy, ale daje szansę na zrekompensowanie wyrządzonych krzywd. Nagła śmierć taka już nie jest, a prawdę mówiąc, większość z nas raczej czeka właśnie taka.
W tym filmie spodobało mi się to, że motyw dance macabre (taniec śmierci) został bardzo dobrze zarysowany. Główni bohaterowie mają różne życie, mają różny status majątkowy, są zupełnie różni, a jednak śmierć traktuje ich tak samo. W obliczu jej smętnej, rzekłabym, twarzy, stają się przyjaciółmi. Właśnie ona sprawia, że wszelakie różnice znikają. Pieniądze stają się nieistotne, kolor skóry nie ma znaczenia. Dlaczego ludzie nie mogą patrzeć tak przez cały czas? Bo - nie oszukujmy się - patrzymy na ludzi poprzez ich bogactwo, kolor skóry, intelekt.
Wszechobecność śmierci... Ilekroć rozstaję się z pewnym nietuzinkowym mężczyzną, mówiąc mu do zobaczenia jutro, odpowiada mi mniej więcej: Zobaczymy. Wiem, że bardziej niż ja dostrzega ars moriendi, bo ja planami wychodzę w przyszłość, czasami nawet bardzo odległą. On również, a jednak powtarza, że nie wiadomo czy dożyje. W tym przypadku mam postawę taką, jaką  ma większość - ludzka natura właśnie taka jest. Wypieramy się śmierci, traktując ją jako coś złego, coś wynaturzonego. Ludzi chorych oddajemy od ośrodków, pozostawiamy w szpitalach. Szczęściarze mają szansę pożegnać się ze światem we własnym łóżku, wśród rodziny. Dlaczego? Dlaczego śmierć stała się czymś brudnym, hańbiącym?
Uważam, że powinniśmy się uczyć sztuki dobrego umierania. Nie twierdzę, że mamy codziennie wyczekiwać jej ze wszystkich stron, ale powinniśmy być świadomi, że jutro jest niepewne i każda nasza decyzja, czynność, może być tą ostatnią. Warto ryzykować? Warto odkładać proste cele na później?
Zagadam ją następnym razem. Nie będę startować na to stanowisko, później będę mieć lepsze kwalifikacje. Kupię to później. W ars moriendi (momento mori) kryje się carpie diem, dlatego nie rozumiem tych, którzy rozdzielają jedno od drugiego. Przecież jedno wynika z drugiego! Są ze sobą nierozerwalnie złączone. Czy świadomość kruchości życia nie sprawia, że potrafimy czerpać z niego jeszcze bardziej, jeszcze lepiej?
Jest wiele filmów i mnóstwo książek, które mogłyby nas uczyć tej zasady. Myślę, że każdy z nas potrafiłby wskazać więcej tego typu poradników, niebędącymi poradnikami, w różnych książkach, filmach a nawet grach. Skoro popkultura atakuje nas z tym z tak wielu stron, dlaczego o tym zapominamy?
Niech rolę podsumowania pełni pewien dialog z filmu:

- Wiesz, starożytni Egipcjanie mieli piękne przekonanie o śmierci. Gdy ich dusze przychodziły do bram nieba, bóg zadawał im dwa pytania. Odpowiedzi decydowały czy wejdą czy nie.
- Ok, kupuję to. Jakie to pytania?
- Czy znalazłeś radość w swoim życiu? Odpowiedz.
- Ja?
- Tak.
- Odpowiedzieć, czy znalazłem radość w moim życiu?
- Tak.
- Tak.
- Jak twoje życie przyczyniło się do radości innych?
- To jest pytanie. Nie wiem. Nie myślałem jak ludzie to oceniają. Zapytaj ich.
- Pytam ciebie.


A Ty, drogi Czytelniku, potrafisz odpowiedzieć?


0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.