• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

czwartek, 13 lutego 2014

#6 Autobusowe irtytacje w dziesięciu punktach



Nie ma chyba osoby, która nie korzystałaby z usług publicznych środków lokomocji, znaczy z autobusu. Każdy chyba raz w życiu jechał tym środkiem lokomocji i wkurzyła go chociażby jedna rzecz. A to zamknięte okna, kiedy w środku sauna. Albo też rozklekotane siedzenia, popisane fotele, niesprawne drzwi. Sam autobus potrafi zirytować, ale najbardziej irytujące są osoby, które wspólnie z nami korzystają z tego typu środka transportu.

Nie wiem jak to wygląda w tramwajach, bo jechałam takim tylko raz. Nie mam pojęcia też jak to wygląda w pociągach, bo tym jechałam dwa razy w życiu. Autobusem natomiast jeżdżę od lat i oto dziesięć typów ludzi lub zachowań, które drażnią większość, a jednocześnie tę samą większość opisują. 


1. Dowcipny kierowca.

Ile razy zdarzyło się, że biegłeś na autobus. Widziałeś go stojącego na przystanku, widziałeś, że kierowca czeka. Starasz się biec tak, by widział Cię w lusterku i jesteś pewien, że tak właśnie jest. Biegniesz uradowany, że zdążysz, a tu nagle myk i pod samym nosem zatrzaskują się drzwi. Oczywiście, to nie żart i kierowca odjeżdża. Na nic się zdaje biegnięcie równolegle z nim i pukanie w szybę z błagalną miną. Pozostajesz zziajany na przystanku. Przecudowne uczucie furii temu towarzyszy, prawda? Zwłaszcza, gdy kolejny autobus za jakieś półtorej godziny.

Znałam kilku takich kierowców i dzięki nim wyrobiłam sobie nawyk, że jestem co najmniej pięć minut przed czasem na przystanku. Lepiej dmuchać na zimne, prawda?

Równie denerwujący jest ten typ, który twierdzi, że nie ma biletów. W większości owszem, nie ma, ale nauczyłam się przy niektórych, że mają, tylko im się nie chce wydawać reszty. Ręce opadają, doprawdy. Przez lenistwo jednego kierowcy można załapać mandacik za bagatela, sporą kwotę. 


2. Biedne dzieci bez słuchawek.

Przeważnie jeszcze mają spodnie spuszczone tak do kolan, bo pampersy niestety trochę miejsca zajmują. Choć też możliwe, że do łazienki nie zdążyli dobiec i im co-nieco przeszkadza. Prawie zawsze towarzyszy im dźwięk zarzynanego głośnika telefonu, z którego dobiega uroczy rap przeplatany łaciną. Na sam widok kwitną przekleństwa w umyśle, ale lepiej takiego nie upominać, bo neandertalczycy chodzą stadnie i są skłonni do awantur. No bo jak możesz nie lubić wspaniałego i nieomylnego Peję? Jakie rzycie¸ taki rap.

Ostatnio jednak zauważyłam spadek tego typu zachowań na rzecz swagowców i hipsterów. Czyli gigantyczne, różowe słuchawki w czaszki. Albo jakiś inny złom za kilkaset złotych. Dlaczego? Bo modne. Za tę kwotę miałabym nowe meble do pokoju, a przydałyby się. Nie wiem co gorsze. Widok faceta, co ma nasrane w spodniach czy widok chłopczyka w rurkach, który twierdzi, że jest facetem. Jak facet może chodzić w rurkach? No jak?

3. Psiapsiółeczki

Spotkają się w autobusie i fakt, dawno się nie widziały, więc sobie trajkoczą. To jestem w stanie zozumieć, ale praktycznie na pół autobusu obgadują wszystko i wszystkich, chwaląc się, jakie to kupki robi dziecko jednej z nich, podczas gdy druga zachwyca się nad technikami samogwałtu świeżo poznanego faceta. Człowiek aż ma ochotę demonstracyjnie wsadzić sobie korki do uszu. No gdyby te dyskusje miały jakieś merytoryczne znaczenie, ale ogranicza się do obgadania wszystkich, których nie lubią i wyciągania tajemnic - w końcu, w autobusie nikt nie słucha.

Równie irytujące są męskie grupy. Wchodzą, pełna wulgarność zarówno w tym jak wyglądają, jak się zachowują oraz w sposobie mówienia. Najpewniej rozmówki, kto ile nie wypił na ostatniej imprezie, albo kto kogo nie przeleciał. Przy czym większość to historyjki z palca (kolegi) wyssane, niemające żadnego pokrycia w rzeczywistości. Leczenie własnego ego.

4. Dupna pani. (Nie dotyczy wagi)

Czyli wtacza się pełno gabarytowy Titanic do autobusu (żeby nie było, dupna nie odnosi się, broń Boże, do wagi). Są trzy miejsca wolne - dwójeczka i jedno miejsce. Jeśli jesteś sam, to nie ma problemu z tymi paniusiami, ale gdy masz koleżankę, to wiadomo, chciałoby się usiąść razem z nią. Udaje Ci się przecisnąć przed Dupną Panią, ale Twoja koleżanka niestety zostaje na tyłach. Zajmujesz miejsce, kładziesz torbę jako rezerwację, a babsko zrzuca ją na ziemie i sobie łaskawie płaszczy dupę. Ładnie upominasz, że miejsce było zajęte, to jeszcze awanturę robi, od idiotek, chamów i prostaczek Cię wyzywa. Co z tego, że gdzieś tam jest JESZCZE JEDNO WOLNE miejsce! Bo ona musi siedzieć właśnie TU, mimo, że byłeś pierwszy. Dyskusja bezcelowa, wierzcie mnie, bo jak cycem odwinie, to znokautuje. O dziwo, przeważnie Dupne Panie są ubrane w krzykliwe kolory, mają ostry makijaż na twarzy (co niestety nie maskuje upływającego czasu).

Przeważnie te kobiety mają w sobie to, co denerwuje w punkcie piątym.

5. Komora gazowa.

Nie oszukujmy się, autobus potrafi być szczelną puszką, która nie wypuszcza i nie wpuszcza powietrza, chyba że pojazd zatrzyma się na przystanku i łaskawie otworzy drzwi. Szybka wymiana tlenu niestety to za mało, by zabić odór perfum. Perfumy niby pachną, ale jak jedna, druga i trzecia wykąpie się w całej fiolce, a każda do tego zastosuje innego aromatu... Uh!

Oczywiście, nie wspominam o tych, co uważają dezodorant za prysznic z puszce. Niestety, to tak nie działa. Mówię to zarówno w stosunku do kobiet jak i mężczyzn. Sama w takich przypadkach chowam nos w arafacie i modlę się, by mi oczu nie wyżarło. Pot + dezodorant = kwaso-podobna substancja gazowa.

Jest to problematyczne nie tylko latem, naprawdę.


6. Żul żulowi nie równy.

Wiem, że życie nie jest proste i nie każdy jest w stanie podołać wyzwaniom rzeczywistości, ale bądźmy szczerzy, żul/menel każdego irytuje. Na ulicy, gdy zaczepia o drobniaki czy jak wsiądzie sobie do autobusu. Jeśli autobus jest pełny, to pojawia się magiczne zjawisko kompresji i natychmiast tworzy się pole siłowe na około pół metra od osobnika o którym mówię. Stojący mogą uciec, siedzący niby też, ale odstąpić miejsce siedzące w godzinach szczytów to niejako samobójstwo. Zatem co mądrzejsi, wtykają nos w szaliki czy arafaty i oddychają perfumami. Swoimi. To jeszcze można znieść.

Na przestrzeni lat zauważyłam, że takie osoby siadają głównie z tyłu, z dala od pola węchowego kierowcy. Więc siadając z tyłu, masz większe szanse na takiego natrafić.

7. Chrząknięcia nad uchem.

No, skoro z tyłu siadają menele, to w sumie dobrze zająć miejsca z przodu. Teoretycznie. Kto wie, dokąd jeżdżą wszystkie babcie i dziadkowie o siódmej rano? Prawdopodobnie o szóstej też zajmują miejsca, bo wówczas sporo studentów z moje okolicy rusza w kierunku uczelni w Katowicach czy Gliwicach. Kultura wymaga, by ustąpić starszej osobie miejsce, ale wiadomo, jak to w autobusach wygląda. Niektórzy nie ustąpią, bo się dobrze siedzi, ale też niektórzy nie ustąpią z racji na pewne stany (mówię o sobie).

Niezależnie jednak od wszystkiego, starsza pani nie podejdzie i nie powie „Przepraszam, ale czy ustąpi mi pan/pani miejsce?”. Oczywiście, że tego nie zrobi. Woli stać nad Tobą i Ci charkać, czkać i bekać do ucha, bylebyś podniósł na nią oczy. A ja? Tym bardziej udaję, że jej nie widzę. Kiedy po prostu podchodzi i widzę, że podchodzi, to ustąpię. Jednak kiedy nadchodzi z tyłu jak assassin, niech nie myśli, że łatwo ustąpię miejsca, zwłaszcza gdy mnie nie przeprosi, tylko będzie mi smarkać do ucha. Nie, absolutnie nie. Najprostszym sposobem są słuchawki; głośna, heavy metalowa muzyka i tępy wzrok w szybę.

Nie rozumiem też tego, że gdy czytam, co poniektórzy obierają sobie właśnie MNIE na to, bym ustąpiła miejsca. Wokół siedzi w trzy i trochę ludzi nie robiących nic, kiedy ja mam papier w dłoniach i CZYTAM, co współcześnie podchodzi pod niepełnosprawność. Ja, osoba niepełnosprawna, mam ustąpić miejsca, kiedy wokół tyle sennych, obojętnych ludzi?

Dlaczego też nie bardzo jestem skłonna oddać swoje wolne miejsce? Zwłaszcza, gdy są godziny szczytu i człowiek stoi na człowieku? Źle reaguję na tłumy, źle reaguję na tłoczne miejsca, źle reaguję na duchotę. Mdleję. Mam mdłości. Tak więc, wolę siedzieć, bez ścisku i z odrobiną powietrza, niż stać i najpierw komuś porzygać plecy, a potem wpaść w ramiona jakiemuś mężczyźnie (znając moje szczęście byłby to czterdziestolatek z brzuchem piwnym i mieszkający z mamą). Dlatego bardzo przepraszam wszystkie osoby jadące w godzinach szczytu i widzące mnie na miejscu siedzącym - nie ustąpię dla dobra społeczeństwa.

8. To moje miejsce.

Skoro, z przodu czają się babcie z chrząknięciami, a z tyłu menele z aromaterapią, to najlepiej sobie usiąść/stanąć gdzieś pośrodku? Pół na pół. Babcie swoim zasięgiem obejmują również środek, więc posiedzieć się nie da. Można zatem wygodnie stanąć, bo jest dużo miejsca. Teoretycznie.

Właśnie na ten typ gościa komunikacji miejskiej trafiam najczęściej, co więcej, ZAWSZE w godzinach szczytu. Czyli, kiedy człowiek stoi na człowieku; chcąc nie chcąc, przytula się do pleców spoconego dziada (albo też ma inne, traumatyczne przeżycia) i nie ma co palca wściubiać w drzwi, pojawia się ONA. Matka z wózkiem.

Ja rozumiem, że dziecko to obowiązki, ale i przywileje. Rozumiem, że jest zmęczona życiem, bezsennością i najpewniej ma męża troglodytę. Ja rozumiem, naprawdę rozumiem. Niech jednak się zlituje nad światem i jak już musi jeździć autobusami, to nie w godzinach szczytu, bo normalny człowiek już się nie wciśnie, a co dopiero kobieta z WÓZKIEM. Podziwiam te kobiety, które widząc tłok, wycofują się i postanawiają poczekać na inną linię. Jeśli jeszcze pogoda jest niesprzyjająca, to już w ogóle podziwiam. Jednak irytują mnie całkowicie te, które MUSZĄ wejść. Przy czym drą się na cały autobus, że gdzieś tam jest dla niej miejsce (dla niej i na wózek, oczywiście) i że ludzie MUSZĄ ustąpić.

Co z tego, że człowiek nie może się nawet odwrócić by nie otrzeć się o kogoś. Co z tego, że ktoś chcąc nie chcąc, maca tyłek obcego. Liczy się to, że ona ma swój wózek i swoje miejsce, więc ludzie MUSZĄ jej ustąpić. Chociażby mieli wyskoczyć przez okno. Żeby tego było mało, używa wózka jak tarana i popycha ludzi jak tylko może. Nosz cholera jasna!

Raz miałam sytuację, gdy małżeństwo takim sposobem wtoczyło się do autobusu (dzięki niebiosom, nie było godzin szczytu) i zrobiło awanturę małej grupce młodzieży, że tam jest ICH miejsce i że Ci MUSZĄ ustąpić. No, tylko że młodzież się nie stawiała i już wcześniej stopniowo się ewakuowała. Tylko trudno wyminąć dwa wózki. Małżeństwo jednak musiało zrobić awanturę, że to są miejsca zarezerwowane dla nich i że każdy musi ustąpić. Jeden argument mnie urzekł wówczas: Płacę za bilet, to mi się należy .

Na następnym przystanku weszli kontrolerzy. Ci, którym się „należało”, nie zapłacili jednak za bilety. No i oczywiście zrobili awanturę „co to za kraj?”. Cóż, jacy ludzie, taki kraj, doprawdy.

9. Quasimodo.

Każdy chyba wie, że wchodząc do autobusu, należy zdjąć plecak i albo trzymać go między nogami, albo położyć na ziemi. Na przestrzeni lat przekonałam się, że nie każdy. Rozumiem dzieci z podstawówki, które ładnie upomnisz, wyjaśnisz i jeśli są z normalnej rodziny, zdejmą plecak i przeproszą. Nikt im nie wytłumaczył, zdarza się. Jednak wytłumacz to samo grupce chłopaków z gimnazjum lub technikum. Technikum jeszcze ładnie wysłucha, jak jest się ładną, młodą dziewczyną. Może obejdzie się bez wyzwisk. Z gimnazjum bym nie próbowała, bo to to za krztę szarmanckości nie posiada.

Oni nie przejmują się tym, że taki plecak na grzbiecie to jedno miejsce zajęte. Nie interesuje ich to, że bezustannie szturchają ludzi, albo uderzają tych siedzących. Bo co? Skoro nie chcą ustąpić miejsca, to niech cierpią? Kobiety mało kiedy mają takie sytuacje, bo wiadomo - torebka lub torba. Od gimnazjum kończy się era plecaków, a jeśli są, to kostki. Kostka, to metalówa pewnie, więc ja osobiście się dogadam. Chyba.

Nie zmienia, że nikt takiej grupy nie upomni „Przepraszam, zdejmiecie plecaki?”. Dlaczego? W gimnazjum rośnie hołota z przerostem liczebnym, z którą lepiej nie zadzierać, bo nie mają żadnych oporów. Hip hip hura dla bezstresowego wychowywania.

Choć ostatnio spotkałam grupę dziesięciolatków, które posiadały tak rozbudowany słownik przekleństw, że faceci z męskich techników mogliby im pozazdrościć. W sytuacjach takich jak ta utwierdzam się w przekonaniu, że macierzyństwo mi nie grozi. 

10. Bliźniaki syjamskie.

Rzadko je widuję, ale przez pewien czas jeżdżenia do liceum miałam przyjemność widzieć parę, chłopaka i dziewczyny, zrośniętych dość nietypowo. Bo językami. Autobus jechał trzydzieści minut, to ta dwójka trzydzieści minut trwała w nierozerwalnym uścisku, dokonując mało przyjemnej dla oka wymiany bakterii. Wiem, że wszystkim to przeszkadzało, ale nikt nie upomniał tej dwójki. Choć niewiele osób może miało przyjemność słyszeć jak rozmawiają.

Moje podsumowanie? Wolałam jak się całowali, bo wystarczyło skierować oczy za okno. Natomiast, gdy słyszałam żabie, mało inteligentne „ehe” jako odpowiedź na każde stwierdzenie chłopaka, modliłam się, by znów jej zatkał te usta. W sumie teraz dochodzę do wniosku, że on po prostu robił wszystkim przysługę, blokując jej możliwość komunikowania się! Yay.

W sumie wypisałam tylko dziesięć najbardziej drażniących mnie elementów, a pewnie to nie wszystkie. Każdy, kto przeczyta ten wpis, będzie miał swoje własne przemyślenia i nie mam nic przeciwko, by podzielił się nimi w komentarzu. Jednocześnie mam apel do wszystkich!

Pamiętaj! Wszystko powyżej napisane jest prześmiewczo i nie należy brać tego personalnie, inaczej szkodzi to Tobie o osobom w Twoim otoczeniu. Zamiast mieć ból dupy, uśmiechnij się odrobinę i nie bierz życia zbyt poważnie. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.