• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

poniedziałek, 10 lutego 2014

#5 Serduszka i róż, czyli Walentynki!



co kupić na walentynki, nie lubię walentynek, co to są walentynki, jak obchodzić walentynki, walę w tynki, romantyczne walentynki
Nadchodzą powolnym krokiem, ciągnąc za sobą niezliczoną ilość różu, serduszek i plastikowego kiczu. Nadchodzą, a wraz z nimi zakochane pary na ulicach, pocałunki, wyznania i moc prezentów. Tak, dokładnie, nadchodzą Walentynki.

Te spacery pod rękę tłocznymi ulicami i lawirowanie między innymi, nierozerwalnie złączonymi parami (do czasu, aż któreś się znudzi). Te subtelne, pełne obietnicy spojrzenia, które mają nadrobić wszystkie dni szarej codzienności i przeciętnego zainteresowania. Piękne róże, pełne czerwieni, mające przekupić obrażone serca i pogodzić zwaśnione strony. Maskotki - misie z serduszkami, serduszka, serduszka everywhere. Wszędzie różowe i czerwone serduszka - lizaki, baloniki, ramki na zdjęcia. Serduszka, serduszka i jeszcze raz, serduszka!

Już widzę te kolejki do kawiarni i restauracji, jakby przez cały rok były zamknięte! Po co chodzić w trakcie roku, po co chodzić w zwykły dzień? Lepiej iść w Walentynki! Już dostrzegam te złączone językami pary; uśmiechających się do siebie ludzi i patrzących tymi cielęcymi oczyma. Kwintesencja walentynek - upodlona i uprzedmiotowiona miłość, zawarta w pustych obietnicach, wyznaniach i tandetnych prezentach. Święto hipokryzji.

Najpewniej, już po wstępie widać mój stosunek do tego dnia, bo nie ukrywam, nie przepadam za tego typu amerykańskimi eventami. Jestem w tej nielicznej grupie społeczeństwa, która przeciwstawia się amerykanizacji, w tym mówię rozpowszechnianiu świąt typu Walentynki czy Halloween. Dlaczego? Najważniejszym, a jednocześnie najbardziej błahym z powodów jest to, że nasze piękne, tradycyjne święta idą w odstawkę i nikt o nich nie pamięta. Mówię tutaj o Nocy Kupały, 21-22 Czerwca.

Dlaczego obdarowywanie się plastikowymi, nic nieznaczącymi przedmiotami jest lepsze od zabaw, które organizowane są w nasze tradycyjne święta? Co pokazuje większe emocje i większe oddanie? Upominki i wspólnie spędzony czas w kinie czy restauracji czy tańce przy ogniskach, puszczanie wianków i nocne spacery w poszukiwaniu paproci (która, bądźmy szczerzy, nie jest głównym celem samotnie spacerujących par). Chodzi o to, by obdarować się plastikiem czy spędzić razem czas w świetle księżyca, śmiejąc się, tańcząc, spacerując?

Oczywiście, sama zapominam o Nocy Kupały - nie hasam po lesie jak Ewa. Jestem bardziej przyziemną osobą i zamiast czekać na jakiś wyjątkowy dzień, okazuję uczucia na co dzień. A to prezentem, kupionym tak o, bez okazji; a to romantyczną kolacją również tak o, bez okazji. Takie drobne gesty mają o wiele większą moc niż cała ta obłudna wyjątkowość. 

Na podstawie dość krzywdzącego porównania dwóch świąt, mogę przejść do głównego wątku: czym współcześnie jest miłość i na czym opiera się związek? Pytanie z pozoru oczywiste, bo przecież chodzi o to, by być razem, spędzać ze sobą czas, a miłość to uczucie. Ale czy na pewno? Czy nadal na tym polega bycie z kimś? Temat wielokrotnie przerobiony, przewałkowany, przemielony jak mięso w parówkach - ale, o czym innym można mówić w kontekście Walentynek? O podwyżce cen drobiu?

Pierwszym i nieodzownym elementem Walentynek jest nadmiar pocałunków. Zakochane pary można spotkać, oczywiście, na ulicy o każdej porze dnia, jednak właśnie w ten dzień następuje tak zwany wysyp, przez co jest ich niezliczona ilość. Gdzie się nie spojrzy, tam ludzie całują się i wymieniają bakteriami jamy ustnej. Nie brzmi to już tak romantycznie, prawda? Romantycznie również nie wygląda, zapewniam. Pocałunki subtelne, jak muśnięcie wargami czy cmok w policzek nie wzbudzają społecznego zgorszenia, ale namiętne, zakrawające o grę wstępną pocałunki francuskie? Błagam, nie jesteśmy w Paryżu. Jesteśmy w Polsce i Walentynki to nie jest nasze święto.

Dlaczego w pierwszej kolejności zwróciłam uwagę na pocałunki? Prawdę mówiąc, to była pierwsza rzecz, która przyszła mi na myśl. Pocałunki podchodzą pod wyznania miłosne, są bardziej mową ciała. Jestem dość sceptycznie nastawiona do ust, które mówią słodkie, niestworzone rzeczy, obiecując gruszki na wierzbie. Mężczyźni powtarzają dwa magiczne słowa co dwie minuty, niestety. Współcześnie nie mają one żadnego większego znaczenia, nie mają już tej głębi jak kiedyś - ot, puste frazesy, ogłupiające niczego nieświadome dziewczęta. Sugeruję, że mężczyźni wykorzystują je do manipulowania kobietami? Używając kwantyfikatorów - nie wszyscy, ale pewna część społeczeństwa na pewno bawi się emocjami naiwnych, łatwowiernych istot. Nie krytykuję konkretnej strony, bo jestem świadoma, że to zjawisko pojawia się zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn.

Kontynuując, wyznania miłosne w pewnym stopniu są puste, nieprzemyślane i rzucane na wiatr. Jesteś miłością mojego życia; zasłyszane przeze mnie już kilka razy w życiu. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie; kolejna kwestia w kategorii ulubione. Nie rozliczam tutaj nikogo z ilości partnerów i związków, jednak niech każdy pomyśli, ile razy słyszał obietnice miłości aż po grób, albo ile razy je składał? Ile par przetrwało większy okres czasu? Rozumiem, że szukamy tego jedynego/tej jedynej i wymaga to sprawdzania, ale dlaczego marnować potęgę takich słów na związki, które są niepewne?

Oczywiście, nigdy nie jesteśmy pewni, że ta osoba to ta jedyna, prawda? Dlatego nigdy nie powinniśmy obiecywać rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zrealizować. Bo gdybyśmy mieli się wywiązać ze wszystkich tego typu obietnic, związki poligamiczne byłyby codziennością. Co więcej, po co obiecywać coś za pomocą słów, skoro to nasza postawa - my sami - powinniśmy być obietnicą. To nie obietnice w świetle księżyca mają znaczenie, ale to, że co roku z tą jedną osobą patrzymy na ten sam księżyc. Do tego nie potrzeba obietnic, a jednocześnie nie zobowiązujemy się do niczego. Czyż wolność w tym przypadku nie jest bardziej... Romantyczna?

Często przy wyznaniach i pocałunkach, pojawia się łapanie za ręce. Nie, nie, nie uważam tego za coś złego, absolutnie! Uroczy sposób na pieszczotę, delikatną sugestię zainteresowania - to coś naprawdę przyjemnego w obserwacji, jak i w odbiorze. Są jednak ale, choć są one znacznie mniej krzywdzące. Pomijając, że bawi mnie widok potężnego mężczyzny o rozbudowanej muskulaturze, idącego pod rączkę jak przedszkolak z miłością życia. Osobiście preferuję chodzenie pod ramię, bo wydaje mi się bardziej dostojne i romantyczne. Nikomu niczego nie narzucam!, absolutnie. Chodzenie pod rękę czy pod ramię to kwestia bardzo subiektywna i nikt nie powinien zgłaszać przeciwwskazań, nawet ja. Bardziej irytujące jest, gdy idą pary na wąskim chodniku i trudno je wyminąć. Nie twierdzę, że to ich wina, podobnie jak tego, że chodnik jest za wąski - to po prostu irytuje. Ot, tak dla zasady, bez nienawiści czy złości.

Powszechnie wiadomo, że na spotkanie z partnerem lub partnerką nie wypada pójść bez prezentu, więc trzeba się uzbroić w coś ładnego, plastikowego i najlepiej różowego, w kształcie serduszka. Z tym nie ma większego problemu, ponieważ to jest wszędzie. Dosłownie - wszędzie. Jeszcze nie ma Walentynek, a już portale typu Kwejk przedstawiają obrazki, zdesperowane zdjęcia singli, dla których Walentynki bez partnera to koniec świata.

Niedługo wszędzie będzie głośno o tym święcie, w sklepach robi się różowo, na wystawach pojawią się serduszka i upominki. Wszyscy ruszą na poszukiwanie prezentów dla tej jedynej, prowadząc wewnętrzne kłótnie: kupić różowego króliczka za piętnaście czy tę ramkę za dwadzieścia? A może ten breloczek do kluczyków? Choć nie, zbyt tani, jeszcze pomyśli, że mi nie zależy... Dlaczego miarą miłości nagle stają się prezenty, kupione na szybko w markecie lub w kwiaciarni, niemające większego wkładu poza kieszonkowym lub oszczędnościami? Samodzielnie zrobiony prezent przestaje mieć znaczenie, bo w końcu to, co znajdziemy w markecie wygląda estetyczniej i nie ma znaczenia, że podobny upominek dostanie XXX innych osób.

Prezenty tego typu napędzają gospodarkę pomiędzy dwoma najpotężniejszymi świętami - Wielkanocnymi i Bożonarodzeniowymi. Właśnie o to chodzi w Walentynkach. Mają ruszyć gospodarkę, pchnąć ludzi do kupowania, zmusić ich do wydawania pieniędzy - nie raz ciężko zarobionych - na kino, restaurację i prezenty. Spędzenie wspólnego czasu nie ma już takiego znaczenia, bo w końcu spędzamy go razem na co dzień. Kiedy myślimy o Walentynkach, to cieszymy się z tego, że spotkamy się z tą osobą? Czy z tego, że idziemy razem do kina? Że w końcu zaproszono nas do restauracji? Ciekawi nas co dostaniemy i czy nasz prezent się spodoba? Nagle całe piękno tego święta, święta zakochanych, traci urok.

Prezenty - markety znów będą pełne świeczek zapachowych, gier dla zakochanych (często erotycznych). Ogrom pluszaków, ramek, pudełek, szkatułek, biżuterii, perfum. Wszystko na rzecz jednego dnia. Kiedy nie zejdzie w przedziale 13-14 lutego, wszystkie te rzeczy leżą gdzieś w koszykach z promocjami, bo sklep chce się jak najszybciej tego pozbyć. Właśnie tyle warte są te prezenty.

Wiem, że w piątek na pewno nie wyjdę spokojnie na ulicę oraz że widok zakochanych jest nieunikniony. Na pewno nie uda mi się zająć ulubionego miejsca w ulubionej kawiarni, ponieważ ludzi będzie pełno, po brzegi wręcz. Właśnie to jest plusem tego święta - restauracje i kawiarnie mają niezwykłe wzięcie. Nagle wszystkie stoliki są zarezerwowane, a romantyczne kolacje przekraczają zdroworozsądkowe rachunki. Kasjerzy zacierają ręce w przerwach przed zatykaniem sobie uszu, (byleby nie słyszeć tego romantycznego trajkotania). Czy ktoś pomyślał, że kelnerzy, kucharze, kasjerzy również mają partnerki i partnerów, mężów i żony? Oraz że większość z nich czas spędza na obserwowaniu innych zakochanych par i usługiwaniu im, niż na spędzaniu czasu z własną połówką. Pocieszam się właśnie tym, że nie pracuję w żadnym z wyżej wymienionych zawodów.

Romantyczne gesty, spacery pod rękę, prezenty i wspólne wyjścia mają pokazać uczucie, zainteresowanie i cel jest naprawdę szczytny. W końcu każdy pragnie czuć się wyjątkowy, pragnie być docenionym i cieszyć się z tego, że na świecie jest ktoś, kto widzi nas w innym, lepszym świetle. Zastanawia mnie jednak czy potrzebny jest konkretny dzień otulony nazwą święto zakochanych, by pokazywać zainteresowanie, oddanie i miłość? Smutne dla mnie jest to, że niektórzy czują się wyjątkowi właśnie w ten dzień, i w żaden inny. Są ignorowani, są szarą jednostką - pomijając spacery pod rękę i buzi od czasu do czasu, lub rzucone w powietrze wyznanie miłości, nie ma nic więcej. Muszą czekać rok, by wyjść do restauracji, do kina na film, który sami będą mogli wybrać. Tak, potępiam wychodzenie w Walentynki, a jednocześnie krytykuję tych, co nie wychodzą wspólnie. Różnica polega właśnie na tym, że wszystkie wyjścia nagle są w ten jeden, konkretny dzień! (Dla dobra nas wszystkich, przemilczę Dzień Kobiet). Dlaczego nie ma tego zainteresowania kiedykolwiek?

Choć na niektórych romantyczność i celebrowanie tego święta jest wymuszona. Troszeczkę ironizując (bardziej niż do tej pory), gniewna kobieta jest najniebezpieczniejszym zwierzęciem na ziemi. Dlatego lepiej jej nie wkurzać i posłusznie kupić jej tego misia i ramkę (niech ręka boska broni przed kupieniem taniej tandety!), zabrać do kina, później do pizzerii i przez cały ten czas uśmiechać się, i udawać, że nas to bawi. Sytuacje te oczywiście są sporadyczne, bo większość chce świętować wspólnie, jednak nie możemy wykluczyć takiego scenariusza. W końcu, nie każda kobieta jest negatywnie nastawiona do Walentynek i znaczna część pragnie uwagi, zainteresowania i romantyczności.

Tak, dokładnie, nie lubię Walentynek i nie rozumiem idei tego święta. Widziałam, stosunkowo niedawno, gównoburzę na pewnym portalu społecznościowym. Moja dobra znajoma umieściła krótki post negujący sens i wagę tego święta: 
Walentynki to jeden wielki banał naszej rzeczywistości. Miłość jest w nas przez cały czas, więc dlaczego szczególnie świętujemy ją 14 lutego?

Oczywiście, w dwóch zdaniach ujęła to, co ja piszę przez cały ten tekst. Jednakże ładnie przedstawiony stosunek do święta, negacja rzeczywistości i popularności, bez krytyki względem ludzi i ich zachowania. Ot, pytanie retoryczne, które - teoretycznie - nie mogło stać się celem ataku. Teoretycznie, nie miało wzbudzić emocji negatywnych; praktycznie wzbudziło niechęć i agresję społeczeństwa. Oczywiście, nie jakąś wyjątkowo wielką, ale jednak.

Kłótnie nie są fajne, dyskusje są bardzo fajne. Różnica polega na tym, że dyskusje nie opierają się na argumentach „Zazdrościsz” lub „Nie lubisz, bo jesteś sama”. Takie argumenty są jak najbardziej nietrafione, bo stosunek do święta zakochanych a samotność w większości przypadków nie ma powiązania. Ludzie lubiący to święto a będący sami, ubolewają nad tym, że nie mogą go świętować z kimś. Ci, którzy go nie lubią, po prostu go nie lubią. Niemniej, dyskusja opierała się na przerzucaniu racji w dwie strony - konsumpcyjne święto a święto dla zakochanych. Przecież te dwie strony tego samego medalu, ludzie!, po co od razu ciągnąć tę linę absurdu? Najważniejsze, to wiedzieć o tym i świętować świadomie, bo jeśli ktoś chce dalej świętować Walentynki, to niech świętuje. Proszę tylko, by ludzie dostrzegli w swoim zachowaniu obłudę, niech zrozumieją prawdziwy cel tego dnia (tak, jestem idealistką nawracającą świat na właściwą drogę). 

Wracając jednak do głównego wątku, ludzie mają tendencję do nawracania innych na swoją drogę (w tym przypadku nawet ja to robię). Wmuszają Walentynki, opowiadając o swoich planach, zachwalając to albo tamto, a na stwierdzenie, że ktoś nie ma planów lub ich to nie obchodzi, odpowiadają: ale jak to tak? Nagle osoby niecelebrujące stają się wyrzutkami społecznymi, tymi dziwnymi, którzy są zbyt dziwni, by rozumieć ideę tego święta. Single są za to zbyt brzydcy lub głupi by kogoś sobie znaleźć na ten czas (doprawdy, spotkałam się z takim myśleniem, choć wiem, że to naprawdę mało spotykane). Czasami dzieje się to nie w rozmowie, a po tablicach - wielkie wyznania miłosne na portalach społecznościowych, rozpisywanie wspólnych planów. Co prawda, to temat na osobny felieton o ekshibicji uczuć i życia prywatnego.

Romantyczność walentynek wpycha nam telewizja, odtwarzając komedie romantyczne, które nie są ani komediami, ani nie są romantyczne. No naprawdę! Czy ktoś zwrócił uwagę, jaka jest dramatyczna różnica między komediami romantycznymi XX a XXI wieku? Zazwyczaj nie oglądam tego gatunku, ale zdarza się, że włączę telewizję. Co prawda, nie jest to stricte o walentynkach, a raczej o szczęśliwych zakończeniach, które demoralizują ludzi i sprawiają, że stają się zarozumiałymi egoistami. Taki mały, tematyczny skok w bok.

Pomijając, że tego typu dzieła filmowe niszczą postrzeganie miłości, romantyczności i stwarzają niemożliwe do sprostania wymagania, mają one również destruktywny wpływ na relacje społeczne.

Komedia romantyczna A (nie pamiętam tytułów), sfilmowana w XX wieku opowiada o kobiecie, która uświadamia sobie, że kocha swojego przyjaciela. Problem jest taki, że jest on zaręczony i lada dzień ma mieć ślub. Cała seria wydarzeń mająca na celu odbicie tego mężczyzny kończy się fiaskiem i kobieta rezygnuje z miłości dla dobra nowożeńców. Współcześnie byłby to SAD END.
Identyczny film B, nakręcony w XXI wieku kończy się tak, że kobieta odbija mężczyznę, bierze z nim ślub i już nigdy nie rozmawia z przyjaciółką. To jest HAPPY END. Nie, nie wymyśliłam tego, faktycznie widziałam taki film i byłam niewiarygodnie zbulwersowana.

Czy jest mi ktoś w stanie wyjaśnić, dlaczego kilka lat tak zmieniło postrzeganie miłości? Dlaczego szczęśliwym zakończeniem jest zniszczenie dobrze prosperującego związku na rzecz niezdecydowanej kobiety, ślepej przez tyle lat? Później nie dziwię się, że związki się rozpadają, skoro kobiety są święcie przekonane, że to ich szczęście jest najważniejsze i po trupach dążą do celu. Nieszczęśliwe związki, zdrady... Co się z tym światem dzieje? Przedmiotowe traktowanie drugiego człowieka: mój chłopak, będzie mój, zdobędę go. Przecież tak się mówi o przedmiotach, nie o świadomym człowieku.

Koniec odbiegania od tematu, pora przejść do meritum i podsumować to, co do tej powstało. Nie mam zwyczaju powtarzania tych samych treści, więc skupię się na ostatnim punkcie stworzonej przeze mnie listy. Tak, zrobiłam punkty, o których chciałam rozmawiać i wyszło tego więcej, niż się spodziewałam. Ostatni element tej listy podesłała przyjaciółka, uświadamiając mi, dlaczego irytuje mnie to, co wszystko do tej pory wytknęłam.

Wiadomo, że cała idea Walentynek jest piękna, ponieważ idee zawsze są doskonałe. To my - ludzie - niszczymy je wewnętrznym złem i nawet tak szlachetne święto nie jest w stanie uciec zgniliźnie. Każde zachowanie - spacery, pocałunki, wyznania i ekshibicja na portalach społecznościowych - ma jeden cel. Ma pokazać, jak bardzo jesteśmy szczęśliwi. Jak nasze życie jest udane, partner idealny. Maskujemy niedoskonałość, która nie pasuje do naszego postrzegania miłości.

Przecież w filmach, książkach i serialach jest całkowicie inaczej! Nie możemy przyznać się, że nasz związek nie jest doskonały, że życie nie jest takie, jak nam pokazują. No niestety, nie nic jest takie, jak rysują media i telewizja. To nie jest plan filmu, to scena teatru. Przedstawienie grane raz, bez prób, bez powtórek. My jesteśmy aktorami, który nie znają swojej roli i muszą improwizować w nadziei, że trafią właśnie w to, w czym są dobrzy. Tutaj możemy maskować niedoskonałości, jednak one dalej są. Nie ukrywajmy, widownia o tym doskonale wie, więc... Dlaczego to ukrywać? Dlaczego w ogóle grać kogoś, kim nie jesteśmy, zamiast być po prostu sobą?co kupić na walentynki, nie lubię walentynek, co to są walentynki, jak obchodzić walentynki, walę w tynki, romantyczne walentynki




Photo credit: Sister72 via Foter.com / CC BY



0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.