• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

środa, 23 lipca 2014

#26 Julie&Julia - recenzja



Zazwyczaj nie oglądam tego typu filmów. Uważam je za naiwne, przerysowane i takie idylliczne, a fabuła nigdy mnie nie urzeka. Tym razem jednak coś mnie pokusiło. Nie coś, przepraszam najmocniej, ale ktoś. Meryl Streep to jedna z niewielu aktorek, które darzę szacunkiem, a którą rzadko oglądam na ekranie. Największe wrażenie zrobiła na mnie w Diabeł ubiera się u Prady, więc gdy zobaczyłam zwiastun Julie&Julia, stwierdziłam, że to nie może być prawda. Nie chciało mi się wierzyć, że kobieta, która zagrała tak wyniosłą i zimną kobietę z wyższych sfer, potrafi umiejętnie zagrać pełną radości gospodynię domową.
O dziwo, już od pierwszych scen pokochałam filmową Julię (Julia). Po prostu nie da się nie pokochać tej postaci, która wysokim tonem zachwyca się Paryżem. Jej optymizm, niezmącony przeciwnościami losu, wzbudza we mnie nie tylko zachwyt, ale sprawia, że też chcę taka być. Też chcę być pełna tej dziecięcej radości, pomimo, że wcale nie jest tak pięknie i kolorowo. 


O właśnie! Jakie nieszczęście może spotkać tytułową Julię w Paryżu, gdzie ma bogatego męża, uczy się gotować i ma całe dnie dla siebie, czas na zakupy, spacery? Jakie nieszczęście może spotkać kobietę, która ma kochającego męża? Otóż, może. Każdy ma swoje małe dramaty; wewnętrzne demony, które dźgają ludzkie serca i sprawiają, że w oczach pojawiają się łzy. Oczywiście, że wszyscy to mamy, nawet Julia. Nie będę zdradzała szczegółów, nie będę zdradzała fabuły, bo nie przystoi pisać o tym w recenzji.
Powiem tylko, że ludzie uważają za cel swojego szczęścia pieniądze, dobrą pracę, piękny dom. Mogę zdradzić, że główna bohaterka to wszystko miała, ale nie przywiązywała do tego większej uwagi. Jej szczęściem było gotowanie, kochający mąż i Paryż. Gdy przeprowadziła się, tęskniła za miastem, ale nigdy nie powiedziała, że jest jej źle. Nigdy nie usłyszałam z jej ust, że jest niezadowolona, że czegoś nie lubi. Wiem również, że nienawidziła tylko jedną osobę. Właśnie to podobało mi się w kreacji tej postaci - Julia potrafiła udusić wewnętrzne demony radością i niepoprawnym optymizmem.
Zupełnie inną kreacją jest postać Julie, która mnie - naprawdę - nie urzekła. Pierwsza moja opinia brzmiałabym tak: to typowa bohaterka romansów, niespełniona trzydziestoletnia kobieta, która nie realizuje marzeń i żyje w cieniu dużo lepiej zarabiających koleżanek. Mieszka w biednej dzielnicy, a do późnej pory słyszy hałasy z pizzerii na parterze. Wiecznie narzeka, wiecznie niezadowolona ze swojego życia. Na początku nie robi tego otwarcie, dopiero później zaczyna gderać jak typowy cebulaczek. Teoretycznie prowadzi życie zupełnie inne od życia jej idolki, o której pisałam w poprzednich akapitach. Pomimo, że posiada wszystko to, co posiadała Julia. Uważny obserwator zobaczy coś jeszcze, coś, co jest wisienką na torcie czekoladowym. 
Co mogę powiedzieć o samej fabule? Cóż, nie jest zbyt ambitna. Otóż Julie-Cebulaczek prowadzi proste, szare życie niespełnionej życiowo i zawodowo kobiety, mieszkającej w małym mieszkaniu w biednej dzielnicy. Któregoś dnia wpada na pomysł, że mogłaby pisać bloga - przy czym nie wpada na ten pomysł sama. Mianowicie, czyta bloga swojej przyjaciółki i stwierdza, że też potrafiłaby coś takiego pisać. Z początku chciała utrzeć nosa przyjaciółce, więc tylko utwierdziło mnie, że to taki cebulaczek. 
Nim zaczęła prowadzić stronę Internetową, nie potrafiła sobie znaleźć tematyki, co już w ogóle pokazało jak mało kreatywną jest osobą. Dopiero jej mąż znajdywał kolejne propozycje, które odrzucała, jedna po drugą, aż w końcu padło na gotowanie. W ten sposób postawiła sobie dość ambitny cel - w jeden rok przygotować i opisać proces przygotowywania (524 dania / 365 dni). Niby to jest najważniejszą częścią tej opowieści, a historia lubianej przeze mnie Julii jest tylko tłem, „echem przeszłości”, nadającym całości pikanterii. Jak dla mnie, ta „współczesna” historia mogłaby zostać wycięta. Choć z drugiej strony, gdyby została wycięta, film byłby jeszcze bardziej nudny niż jest teraz. 
Właśnie za to uwielbiam Julie&Julia- nie ma zwrotów akcji, nie ma zdrad, nie ma podejrzeń i niewierność i wybuchów zazdrości. No, chyba że to zazdrość o jedzenie (czyt. o miłość głównej bohaterki do gotowania), a tak to historia... Jest nudna. Jest nudna i tak naprawdę, to jest jej największy atut. Pomimo prawie nierealnych zdarzeń, wszystko jest przedstawione tak, jakby to działo się naprawdę. Co najlepsze, to prawdopodobnie działo się „naprawdę”, bo film oparty jest na dwóch autentycznych historiach. Fakt faktem, ekranizacje odbiegają często od tego, co się działo, ale w tym przypadku nie jest to rażące.
Film zawiera w sobie dwie równolegle toczące się historie, choć według linii czasowej, może je dzielić nawet pół wieku. Dwie bohaterki, zamiłowanie do gotowania i francuska kuchnia - w pierwszym przypadku we Francji, w drugim w Bostonie. Dwóch kochających mężów, problemy i różne metody sprostania wyzwaniom. Wszystko niemalże identyczne, a jednak tak bardzo różne, że wprost kocham ten kontrast zbieżności.
Historia napawa optymizmem, dodaje wiary w siły i przede wszystkim, wzbudza ochotę na szybkie zakupy i zagospodarowanie przestrzeni w kuchni. Naprawdę, mam ochotę gotować! Może nie luzowaną kaczkę, która była postrachem zarówno Julie, jak i Julii, ale takie bitki mięsne... Mmm, palce lizać. Nie polecam oglądania filmu przy jedzeniu, bo wszystko zaraz straci smak. 

Chciałabym dodać, że film ten leci w ten czwartek (tj. 24 lipca) na Polsacie, choć osobiście polecam obejrzenie go w oryginalnej wersji językowej. Nic nie zastąpi podniesionego tonu Julii i jej radosnego okrzyku "bon appétit". Z mojej strony to wszystko, BON APPÉTIT, filmożercy! 











0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.