• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

wtorek, 16 września 2014

#30 O zaufaniu w sieci kłamstw...



Dzisiejsza notka będzie różnić się od pozostałych. Zazwyczaj tego typu przemyślenia publikuję na moim prywatnym blogu, do którego nikt nie ma wglądu, jednak wyjątkowo postanowiłam się podzielić tym, co dzisiaj mnie naszło w trakcie porannego sprzątania. 

Opowiem pewną historyjkę, choć uprzedzam, w historyjkach nie jestem najlepsza. Wyobraźcie sobie człowieka, który od dziecka żyje w kłamstwie. Nie mam na myśli tutaj rodzinnych kłamstw 
jesteś adoptowany, a raczej grę pozorów. Najprościej, z rodziną najlepiej na zdjęciu doskonale odzwierciedlałoby to, co działo się w życiu tego człowieka. Pokłócona, wiecznie zawistna i pełna nienawiści rodzina, zerkająca na siebie nawzajem z uśmiechem. Za uśmiechem ukryty sztylet, który ma utkwić w plecach po rękojeść.
Z dwulicowością dużo osób spotyka się w szkole, wśród koleżanek, ale niektórzy dużo wcześniej, w rodzinie, już od dziecka. Dziecko nie potrafi grać w grę dorosłych, więc dostaje baty, chcąc lub nie chcąc. Nawet gdy nie ma oberwać; nie można uderzyć w kogoś tak, by nie zranić dodatkowej osoby. Czasami trafiamy w najmłodszych nawet o tym nie wiedząc.

Czy to patologiczna rodzina? Nie. To zwykła, polska rodzina, borykająca się ze swoimi problemami w mniejszym lub większym stopniu. Jedyną patologią jest kłamstwo i gra pozorów, uśmiechy, całusy w policzek i uściski dłoni. Zawistne spojrzenia ukryte za serdecznością, kąśliwe uwagi schowane za przesłodkimi komplementami. Dziecko w końcu zobaczy grę pozorów, obecną w jego życiu od najdawniejszych chwil, i zacznie grać. Z początku niepewnie, ostrożnie dobierając kłamstewka i sprawdzając, które zostaną połknięte. Później coraz lepsze, coraz bardziej wyrafinowane, aż oderwie się od jednej sieci i stworzy swoją własną. Wpadną w nią nowe znajomości - z przedszkola, szkoły, studiów a później pracy. Nikt nie pozna prawdziwej twarzy tej osoby, która nauczona doświadczeniem, wie, że okazywanie słabości będzie porażką.

Smutek maskuje uśmiechem, łzy zbywa żartem. Ból pozostawia w swoim sercu, choćby rozrywał od środka, na strzępy, strzępki. Nie poprosi o pomoc, bo to okazanie słabości, a słabość to przegrana. Życie staje się jedną wielką rywalizacją, od początku do samego końca. I taki człowiek, pomimo ogromu znajomych, mnóstwa otaczających go ludzi, pozostanie sam. Samiutki. Sam stworzył sobie ten klosz, klosz bezpieczeństwa. Ci którzy nie znają prawdy, nie mogą zranić, bo kłamstwa nie ranią. Są ułudą.

Nie mam zakończenia dla tej historyjki, kończy się właściwie w tym momencie. Mogłabym powiedzieć coś więcej, korci mnie by dopisać inną historyjkę, innego człowieka, który również jest sam, ale to nie jest historia, którą mogę pisać, bo nie należy do mnie w żadnym stopniu. Ten wstęp... Cóż, notka wychodzi bardziej chaotyczna niż mogłabym przypuszczać, lecz jest to strumień świadomości, nieprzemyślany i skupiony na wnętrzu. Kto napisał kiedyś taki tekst, wie o czym mówię.

Załóżmy jednak hipotetycznie, stricte hipotetycznie, że osoba uwikłana w siatkę kłamstw spotyka na swej drodze kogoś, kto nie kłamie. Brzmi tak surrealistycznie, tak nierealnie, że sama uśmiecham się na tę myśl. Jednak teoretyzowanie pozwala zakładać wszystkie, nawet te nieprawdopodobne teorie. Dlatego załóżmy, że ta osoba spotka kogoś, kto nie kłamie.

Załóżmy, że tę jedną osobę pragnie utrzymać poza siatką kłamstw, poza pajęczą siecią, którą uwiła. Postanawia być szczera. Składa nawet obietnicę, że nie będzie kłamać. Łatwa to obietnica? Cóż, z mogłaby się taką wydawać, ale ktoś, kto całe życie opiera na kłamstwie, nie postrzega jej w ten sposób. Każda szczera rozmowa, każdy przejaw szczerości jest walką samego z sobą - chęcią ucieczki na łatwiejszą drogę, schowanie się w bezpiecznym kłamstwie, które nie może zranić. A jednak, załóżmy hipotetycznie, że każdy przejaw szczerości prowadzi do kolejnego i kolejnego.

Szczerość to zaufanie.

[...] Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli [...]* 

Zaufanie to ryzyko.

Załóżmy, że nasz bohater zdjął skórę i mięśnie, i pokazał swój słaby punkt. Powiedział prawdę o sobie, zdjął maskę pierwszy raz w życiu. 
Ktoś, komu powierzył swoje sekrety i ktoś, kto  wysłuchał bez krytyki, bez złośliwości i bez tego jadu, stał się niejako przyjacielem, choć tytuł ten jest dość bolesny. Pojawiła się i nadzieja, że dla tej osoby również stał się przyjacielem lub chociaż kimś, kto mógłby nim być. Mógłby. Pojawia się jednak tysiące przeciw, a za ani jednego. Jak to tak? W końcu ktoś, kto kłamie całe życie, może nie zasługiwać na zaufanie. Świadomość tego boli najbardziej. 

Tak sobie myślę, że samo zapewnienie ufam ci nie jest równoznaczne z ufaniem. Dlaczego? Wczujmy się w naszego bohatera, w kłamstwa jakie mu towarzyszą od samego początku. Każdy komplement to obelga, każda chęć pomocy to próba wbicia sztyletu. Poranek zaczyna się myślą o ludziach, którzy chcą zranić. Dlaczego nagle ktoś miałby powiedzieć szczerą prawdę? 
Nie mam nic więcej do dodania w tej historii - mnie samej ciekawi jej zakończenie. Czy 
ufam jest prawdziwe? Mam swoją teorię na ten temat, ale ciekawi mnie, jaką teorię posiadacie Wy, moi drodzy Czytelnicy.

*Jakub Żulczyk



5 komentarzy:

  1. A co jakby odwrócić sytuację takiego człowieka o powiedzmy 150 stopni (bo kilka rzeczy jest wspólnych)
    Wyobraźmy sobie człowieka który kilkanaście lat swojego życia jest prawdomówny, bo nawet jeśli wie, że kłamstwo da mu lepszą sytuację, to jego wpojone przez rodziców sumienie nie będzie dawało mu spokoju. W tym scenariuszu to nie człowiek jest kłamcą, ale otaczający go świat. Bo razem z jego prawdomównością przychodzi niesamowita łatwowierność. Skoro on nie kłamie, to czemu ktoś inny miałby go okłamywać? Będąc nastolatkiem - zaadaptowanie się do nowych zasad kłamliwego świata, gdzie każdy nosi maskę musi być trudnym zadaniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szczerość wobec drugiej osoby to tak naprawdę pokazanie swoich słabości. To wygląda tak: chcę być z Tobą szczera i mówię prawdę. Co się dzieje, jak się naprawdę czuję. Moje niepewności, lęki. Tak naprawdę obnażam się przed Tobą. I to teraz od Ciebie zależy, co z tym zrobisz. Wykorzystasz pozyskane informacje przeciwko mnie, czy... No nie wiem, zachowasz dla siebie, doradzisz, cokolwiek. Szczerość jest ogromnym ryzykiem, ponieważ to nie są Simsy. Nie mamy wpływu na to, jak się zachowa druga osoba.
    To odnośnie szczerości, którą wspomniałaś. Co do zaufania, cóż, mój tok myślenia jest następujący:
    mamy osoby #1, #2 i #3. #1 wiecznie okłamuje #2, ale wobec #3 jest szczera. to jest oczywiste, że #2 nie zaufa #1, ale dlaczego #3 ma jej nie zaufać? w końcu nie została okłamana, a że ktoś komuś kiedyś powiedział, że dowiedział się blablabla.
    A i owszem, ciężko jest zrozumieć, że ktoś nam ufa, gdy kłamstwa towarzyszą nam przez całe dotychczasowe życie. Uważam jednak, że długie rozmowy, spędzanie razem czasu oraz jakies niecodzienne zdarzenia, których nie mogę przewidzieć, pozwolą nam w zrozumieniu.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Zaufanie zaufaniem, ale kontrola musi być" - słyszę to od wielu lat z ust mojego taty.. I powiem Ci, że zaufanie to ciężki orzech to zgryzienia, zwłaszcza dla kogoś tak naiwnego względem ludzi jak ja...
    A kłamstwem karmią nas od dzieciństwa rodzice, potem tę rolę przejmują mass media i kiedy zdaje się nam, że mamy swój światopogląd i swoje racje, to są one na tak kruchych fundamentach, że wszystko łatwo się sypie. Albo tylko ja tak mam :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Natalia, dosyć trafnie spostrzeżenia.

    Uważam jednak, że w życiu musimy nieustannie podejmować ryzyko by w końcu znaleźć taką osobę, która będzie dla nas właściwa.

    Znalezienie siły w sobie i motywacji do tego to jedno z najtrudniejszych zadań z jakimi przychodzi nam się zmierzyć.

    A fakt, że rodzice starają się w nas pewne zachowania, które nie sprzyjają nawiązywaniu szczerych relacji wynika z ich starań by pociechy jak najpóźniej doświadczyły "miodu" tego świata.

    Z tym postem przychodzi mi na myśl "Ferdydurke"..

    Życzę pozytywnego nastawienia do świata i do ludzi, każdemu warto dać szansę.

    Vinicious

    OdpowiedzUsuń
  5. Moim zdaniem nic tak nie rani jak brak zaufania, a w szczególności w takich relacjach bliskich, przyjacielskich...

    Gdy otwieramy na kogoś serce, a w odpowiedzi dostajemy cios ostrą bryłą lodu nieufności prosto w to otwarte serce, to za każdym razem to piekielnie boli i rani aż do krwi. Jak trafnie stwierdziłaś, zaufanie to ryzyko. Jeśli jedna ze stron podejmuje takie ryzyko, a druga upiera się przy wszelkich możliwych zabezpieczeniach nie podejmując takiego samego ryzyka, to poniewiera tę pierwszą osobę swoją postawą. Bo jeśli ta druga osoba nie otwiera się w równym stopniu co pierwsza, to znaczy, że ta druga nie uznaje pierwszej za osobę wiarygodną. A jeśli nie uznaje jej za osobę wiarygodną, to znaczy, że uznaje ją za niewiarygodną, czyli - dopuszcza wariant zdrady, a w konsekwencji - traktuje jako potencjalnego zdrajcę. Samo dopuszczenie takiej możliwości, że osoba może okazać się zdrajcą (tj. że wykorzysta nasze otwarcie przeciwko nam) jest absolutnie poniżające i uwłaczające godności tej osoby, zwłaszcza jeśli jest szlachetnego usposobienia. Osoba druga mając bardzo niskie mniemanie o osobie pierwszej i dając temu wyraz brakiem zaufania bardzo ją poniża, co jest niezwykle bolesne. Oczywiście w analizowanym przypadku osoba pierwsza jest osobą wartą zaufania, o szlachetnym usposobieniu.

    Każdorazowe otwarcie się osoby pierwszej na osobę drugą w powyżej opisanej sytuacji okupione jest bolesnymi ranami. Na ogół wszelkie otwarcia kończą się po pierwszym razie - i w ten sposób kończą się wszelkie bliższe relacje. Tylko herosi albo samobójcy ponawiają próby otwierania się przed kimś, kto jest cały czas na nich zamknięty. Bo jest to podobne do sytuacji, w której strona, która otwiera się, jakby pozbywała się wszelkiej samoobrony, natomiast strona działająca jakby z ukrycia pozostaje w pełnym rynsztunku i gotowości bojowej. Nierówny i bardzo ryzykowny układ sił. Owocujący głębokimi ranami po stronie nieuzbrojonej. Po przeciwnej - może jedynie płytkie draśnięcia.

    Nieco inaczej wyglądają sprawy w sytuacji, gdy osoba nieobdarzona zaufaniem będzie kimś o niskim morale. Osoba taka nie odbierze braku zaufania w stosunku do swojej osoby w tak drastyczny sposób jak powyżej opisałem, bo po prostu jej sumienie jest już na tyle zniszczone i znieczulone poprzez własne kłamstwa, że kłamstwo traktuje raczej jako standard zachowania niż jako jakiś szczególny atak przeciwko własnej osobie. Swoją postawą jedynie dopasowuje się do sytuacji. Jak kameleon.

    Wewnętrzny człowiek to bardzo delikatna materia, więc igraszki z nią to trochę jak igraszki z ogniem (wbrew pozorom). Mogą wydawać się nieszkodliwe z punktu widzenia osoby uzbrojonej; jednak jeśli dana relacja międzyludzka dla niej cenna - to niestety mogą one spowodować pożogę, która strawi całą drogocenność i delikatność takiej relacji i nie pozostanie z niej nic oprócz martwego, zimnego szkieletu standardowych albo nawet i mniej lub bardziej wrogich zachowań międzyludzkich. A potem, co gorsza, pozostanie żal i pretensje o te zniszczone relacje skierowane do osoby, która tak naprawdę została zniszczona i poniosła największe szkody. I tak oprawca będzie potem myślał, że jest ofiarą i że został skrzywdzony. Bo jeśli jest tak zakłamany, jak opisałaś, to nie da rady dojrzeć swojej winy w zniszczeniu cennych relacji. I dlatego przeważeni najgłośniej płaczą ci, którzy sami najwięcej krzywdzą, a nie ci, którzy faktycznie są krzywdzeni,,,,,,,,,,,,,

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.