• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

sobota, 15 listopada 2014

#33 Allan Karlsson, czyli...


Jestem trudnym widzem, o czym wspominałam niejednokrotnie przy poprzednich recenzjach. Nie zdarza mi się obejrzeć filmu, na którym uśmiałabym się do łez a który nie byłby po prostu głupi. Nie zdarza mi się również obejrzeć historii, której główny bohater nie zyskał mojej sympatii, a której końca nie mogę się doczekać. Nie zdarza mi się również filmu, który w swej komicznej strukturze nie żenowałby mnie prymitywnymi scenami czy motywami. Coś się jednak zmieniło.

Miałam przyjemność obejrzeć film, który łączył powyższe „nie zdarza”. Łączył, a co najważniejsze, nie zniechęcił i dotrwałam do końca. Dotrwałam jest nieodpowiednio użytym słowem, ponieważ jest nacechowane negatywnie, a seans należał do tych przyjemnych. Uśmiałam się jak nigdy. Już sam początek jest tak komiczny, a jednocześnie pozytywny i nieoczekiwany, że wszyscy moi znajomi entuzjastycznie dali upust swojej radości. Mało tego! Natychmiast pojawiły się dyskusje na jakże trywialny temat - kogo bardziej szkoda? Kota czy lisa? Jako kociara, oczywiście obstawałam przy kocie. Niemniej, jaki film potrafi wywołać kilkuminutową dyskusję ocierającą się o kłótnie i stosowanie argumentów poniżej pasa?


Pięknem filmu jest jakże spektakularne przedstawienie ucieczki stulatka, Allana. Wygląda na całkiem sympatycznego dziadka, który jest niegroźny i raczej dobroduszny, dlatego też przyciąga do siebie ludzi. Ci, niestety, wpadają przez niego w kłopoty, a wszystko przez pewnego trupa oraz walizkę, która „przyczepiła się do niego”. Wędrówka przez kraj, narastające problemy i seria niefortunnych zdarzeń sprawia, że film jest ciekawy i ogląda się go z przyjemnością. Jednakże, gdyby to było wszystko, to czy ekranizacja byłaby równie porywająca, jak pisałam na początku? Nie sądzę.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” należy do tych ekranizacji, które nie tylko ogląda się z przyjemnością, ale który na dodatek wymaga aktywności intelektualnej widza. Historia! Podstawą całości jest historia XX wieku. Wystarczy znajomość pobieżna, ogólnikowa, jednak wówczas sporo scen trzeba brać z olbrzymim przymrużeniem oka, bo jak wiadomo, fikcja literacka i fikcja filmowa mają ze sobą wiele wspólnego - mianowicie  f i k c j ę.

Mam dopiero 22 lata, ale mogłabym sporo opowiedzieć o swoim życiu i tym, co mnie spotkało. W końcu każdy rok to nowe doświadczenia, a opisanie ich zajęłoby sporo wolnego czasu. Co dopiero mógłby opowiedzieć ktoś, kto kończy sto lat! Kto przeżył wojnę światową! To właśnie przeszłość Allana, to kim jest i to kim był tworzy smaczek i pikanterię. Przeszłość przeplatana z teraźniejszością tłumaczy jego lekceważący stosunek do wielu spraw, i nie wynika ona tylko z racji wieku. W końcu, poszukuje go policja i ściga go szef mafii, a on co? Idzie w kwiecistym szlafroczku nad jezioro, by sobie w spokoju popływać. Natomiast gdy obiera telefon z pogróżkami „Zabiję cię”, odpowiada mu „To musisz się pospieszyć, mam już sto lat”.

Czy przez tę kwestię przebija się arogancja? Ignorancja? Tak naprawdę, przez Allana przemawia... głupota. Główny bohater po prostu jest debilem (kolokwialnie rzecz ujmując), który przeszedł przez życie z olbrzymią ilością farta. Mógłby utonąć w szczęściu, które mu towarzyszy i mógłby utopić wszystkich, którzy ruszyli razem z nim. Co w sumie czyni, ale o tym musisz przekonać się na własnej skórze, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku. Allan Karlsson jest niczym nowy Forrest Gump.

Nie wiem co więcej mogłabym dodać. Film jak najbardziej polecam, ponieważ posiada nie tylko smaczny, czarny humor, ale jest miłym urozmaiceniem listopadowych wieczorów. Pozdrawiam ciepło i życzę miłego seansu tym, którzy zdecydują się sięgnąć po tę ekranizację.

2 komentarze:

  1. Pierwszy raz słyszę o tym filmie :) super piszesz :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie oglądałam filmu, chociaż jego tytuł widziałam nie raz, nie dwa. ALE jest jedno 'ale'. Czytałam książkę *^* Jakiś czas temu, bo we wrześniu, no ale zawsze XD Powiem szczerze, że... Podobała mi się. Tylko trochę dziwnie mi było czytać niechronologicznie. Wyglądało to mniej więcej tak 1 rozdział -> teraźniejszość, 2 rozdział -> przeszłość etc. Ale w sumie to jest okej. Przyznam, że jego znajomość ze Stalinem była nieco [srly?] idiotyczna - dał im 'przepis' na bombę i byli 'przyjaciółmi', zaśpiewał jakąś piosenkę - wtrącić do lochu i zabić!
    Ale najbardziej śmieszne było to, kiedy lis zabił jego kota. W książce pisało, że nigdy nie był zdenerwowany - a to był jego PIERWSZY RAZ. Kot był jego jedynym [wtedy] przyjacielem i kiedy lis go zjadł [tak prosto mówiąc] to przyszykował mu niespodziankę w postaci bomby. Lis może i umarł, ale jego dom także... I tak wylądował w miejscu, gdzie zaczyna się utwór.
    Można więc powiedzieć, że miał dość WYBUCHOWE upodobania.

    No dobra, tyle na dzisiaj. Wróciłam na SyFa jakby co ;)
    Maivena [kiedyś lisie piekło, ale teraz wydało mi się takie... nie na miejscu] XD

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.