• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

piątek, 5 grudnia 2014

#36 Wolfgrunt, Mąż Zimy





Zapraszam do lektury opowiadania, które napisałam na początku tego roku. Przez cały rok nigdzie go nie publikowałam, z racji, że nie uważałam tekstu za gotowy. Nie pamiętam już o tym jest, jak został napisany i tym podobne, więc mogę go z ręką na sercu publikować. Tak, prawdopodobnie są błędy. Tyle z mojej strony, miłej lektury życzę, moi drodzy Czytelnicy. 



Podmuch wiatru nadchodzącego z północy, znad morza poprzez góry, niósł zapach obietnicy deszczu tak silnego, że strome ścieżki zamienią się w rwące strumienie, otulające nogi wędrowców, a może i ich porywające? Wyczuwał te niewypowiedziane boskie słowa, ich groźby, ale nie martwił się tym, przynajmniej na razie. Jego zmartwieniem w tej chwili był wąski, górski szlak na ścianie urwiska, gdy w dole majaczyły wodogrzmoty i rzeka najeżona ostrymi głazami. Wątpił czy przeżyłby upadek, choć szczęście mu sprzyjało na tyle, na ile potrafiło. Nie chciał go jednak testować, dlatego uważnie stawiał kroki i łapał się wystających półek skalnych w nadziei, że utrzymają jego ciężar.
Ścieżka szeroka na półtorej łokcia wiła się przez kilkadziesiąt jardów, zwężając, ale nigdy nie poszerzając. Uderzająca woda u podnóża klifu osłabiła skałę, sprawiając, że nawet jeden nieuważny krok mógł sprawić, że cienka warstwa klifu osunie się, a wraz z nimi awanturnik Wolfgrunt, poszukujący zaginionej księgi.
- Panie! - usłyszał wołanie i przeklął w duchu swojego parobka, chłopca uratowanego dwa pełne cykle księżycowe wcześniej z jaskini przemytników.
Wolfgrunt chciał odwołać mu, że ma milczeć, nie zrobił tego jednak, gdyż i tak walczył o każdy oddech. Mroźny wiatr szastał policzkach, niosąc drobinki słonej, morskiej wody, ale i płatki śniegu ze szczytów górskich. Każdy oddech sprawiał ból, zdrętwiałe palce z trudem łapały ostre jak brzytwy kamienie.
Przekroczyłem piekielny próg raz, przekroczę go i drugi, pomyślał Wolfgrunt robiąc kolejne kroki.
- Panie! - usłyszał wtóry raz głos podopiecznego i tym razem również nie odpowiedział, stawiając kolejne kroki. Przez kolejnych kilkadziesiąt uderzeń serca oraz nawoływań, najemnik dotarł do skalnej wnęki, szerokiej na trzy stopy i długiej na drugie tyle. Zaśmiał się pod nosem, ocierając katar cieknący po brodzie i łzy zalewające policzki, znikające pod gęstą, czarną brodą zaplecioną w warkocz. Poprawił kaptur, rozruszał zmarznięte palce i po raz wtóry usłyszał wołanie parobka.
- Czego! - warknął w końcu, a jego ciężki głos poniósł się echem po dolinie, zagłuszony jednak przez szum wody i ryk wodospadów. Nie słysząc odpowiedzi, Wolfgrunt uznał, że chłopak go nie usłyszał. Pomówię z nim na dole, pomyślał, a następnie ruszył w dalszą przeprawę. Stał przez chwilę na skraju, przyglądając się krajobrazowi kraju, w którym się narodził i który kochał bez reszty. 
Tundra sięgająca aż po horyzontalne szczyty górskie pokryta była pierzyną z mgły, po której tańczyły promienie dopiero co wstającego słońca. Gdzieś w oddali pustkowie przemierzały stada mamutów, wielkich i włochatych zwierząt, wyraźnie przebijających się przez osłonę mgły.  Po gwieździstym niebie tańczyła wielobarwna zorza polarna, wijąca się niczym wąż w agonii. Na szczycie górskim na południu, samotnej skale pośrodku trawiastego morza, mieściła się Wichrowe Wzgórze, odległa, a jednak wystarczająco wyraźna. Światła w oknach budzącego się do życia miasta nakreślała sylwetkę domostw i górującego nad nim zamczyska, a pojedyncze światła chodzące na jednej linii były pochodniami patrolujących strażników.
Znacznie bliżej mieścił się las, delikatnie wspinający się w kierunku gór i znikający na pewnej wysokości, pozostawiający gołe, lodowe szczyty. Zaraz za nimi mieściły się bagna, głębokie i zwodnicze, pełne trującego robactwa i krwiożerczych ryb. Grunt zapadał się pod nogami wędrowców, którzy nieuważnie zstąpili ze ścieżki i którzy przepadali bez wieści, wciągnięci w błotniste otchłanie.
Góry, w całym kraju przeważały góry, otaczające doliny, tundrę i bagna w kamiennym uścisku, utrudniające przeprawę poza granice. Oddzielały różne rejony kraju, widoczne z każdego miejsca, nieważne czy stanęło się przodem na południe czy też na zachód, wschód a nawet północ. Nierówne tereny zamieszkiwane przez przeróżne drapieżniki, pełne bandytów i co najgorsze w przekonaniu Wolfgrunta, amenteryjczyków.
Awanturnik ruszył dalej, poprawiając skórzaną torbę przewieszoną przez ramię. Torba ta wypełniona łupami ciążyła mu na plecach coraz bardziej i odnosił wrażenie, że kwestią chwil jest aż runie w przepaść. Wielokrotnie odnosił wrażenie, że materiał pęka a cenne zdobycze znikają w wodnych otchłaniach, ale na szczęście, odnosił jeno takie wrażenie.
Ilekroć potrącił leżący kamień, słyszał jak ten spada, odbija się od innych głazów i znika w rzece, by wynurzyć się kilkadziesiąt mil stąd, gdzieś w okolicach Wichrowego Wzgórza, albo i dalej, w Leśnych Chatach. Za każdym razem, gdy ten spadał, Wolfgrunt przytulał się do kamiennej ściany z całej siły, odmawiając modlitwę do Saiena, by ten jeszcze nie wzywał go do siebie. Trwał tak kilkanaście uderzeń serca, po czym wznawiał wędrówkę, ostrożniej stawiając kroki.
W końcu, kiedy słońce wzeszło wysoko na nieboskłon, przeganiając zorzę, a mgła rozpierzchła pod dotykiem zimnego wiatru, Wolfgrunt zeskoczył na twardy kamień klifu i znalazł się na ziemi, niezagrożony upadkiem. Odetchnął z ulgą, rozglądając się po wyżynach z wysoką, pożółkłą od suszy i chłodu trawą, z potężnymi głazami rozrzuconymi losowo, jakby w dawnych czasach olbrzymy ciskały nimi w wojnach. Gdzieś tam schowane pomiędzy głazami powinny być dwa rosłe konie oraz jego podopieczny, który bezustannie nawoływał Wolfgrunta podczas wspinaczki, a gdy ten zszedł na ziemię, umilkł. Wojownik poprawił torbę przewieszoną przez ramię, by skórzane paski przestały się wrzynać w twardą skórę, a następnie upewnił się, że dwie jego najlepsze przyjaciółki trwają przy jego boku.
Ruszył pewnym krokiem przed siebie, zadzierając raźno głowę do góry i choć jego nieprzyjemna w rysach twarz, pełna blizn i zmarszczek powstałych od surowego klimatu nie wyrażała radości, wewnątrz czuł on radość podobną do tej, jaką czuje dziecko. Wykonał zadanie, które zlecił mu bogaty jegomość, zarobi pieniądze i podczas całej wyprawy, nie spotkał żadnych przeciwności, chyba że uzna natarczywą biegunkę podopiecznego za przeciwność, choć osobiście uważał, że to wina starego miodu.
Rozbili obozowisko blisko klifu, schowane pomiędzy głazami i pojedynczymi drzewami, by pozostawało niewidoczne dla wrogów. Nim jednak Wolfgrunt dotarł na miejsce, zrozumiał, że coś jest nie tak i prawdziwe przeciwności losu w końcu go dopadły. Rozmowy toczące się w obozie nie należały ani do jego podopiecznego, ani tym bardziej do koni. Położył między głazami torbę, dobył swe towarzyszki - wykute z porządnego żelaza topory - i stawiając ciche kroki, zbliżył się do obozowiska.
Kmiotek Sierra leżał przy ognisku, związany i zakneblowany, przy czym wierzgał jakby położono go na rozżarzonych węglach. Konie stały przywiązane do pnia, prychając nerwowo, a na ich potężne łby nałożono worki po mące tak, by nie widziały intruzów. Czworo bandytów w czarnych zbrojach, dwóch z łukami, jeden z mieczem dwuręcznym i ostatni z dwoma sejmitarami jednoręcznymi grzebali w zrzuconych ze zwierząt jukach. Przeszukali już swojego więźnia w poszukiwaniu złota, a teraz zabierali się za grzebanie w torbach.
Wolfgrunt wycofał się, chowając się za najbliższym głazem, który był w stanie ukryć jego potężną posturę i postukał żelazną głowicą topora o kamień. Dźwięk chichy, ale wystarczająco wyraźny przyciągnął uwagę jednego z łuczników. Oddalił się on od reszty, wypatrując potencjalnego zagrożenia bądź też intruza. Napiął stalową strzałę na cięciwę i przemieszczał się niewiarygodnie cicho, jakby leciał w powietrzu. Wolfgrunt zauważył go w ostatniej chwili, gdy ten już praktycznie wychodził zza głazu. Awanturnik doskoczył do bandyty, robiąc zamach toporem, a człekokształtny, którego kaptur osunął się z kociego łba stał, otwierając usta. Przeraził go widok dwumetrowego barbarzyńcy z dwoma połyskującymi groźnie toporami, jego czarnych jak noc oczu wyglądających spod gęstych brwi i z wykrzywionych ust w groźnym wyrazie, ukrytymi w gęstej, czarnej brodzie. Bandyta nie zdążył krzyknąć, słysząc chrzęst pękających kości i widząc własną krew wytryskującą z rozciętego gardła. Puścił strzałę, która wyminęła głowę awanturnika o cal. Wolfgrunt złapał padające ciało napastnika, nim te wyrżnęłoby o ziemię i przyciągnęło uwagę pozostałych bandytów. Głowa nieszczęśnika odpadła od ciała, tocząc się po ziemi i pozostawiając po sobie krwawy ślad, a barbarzyńca patrzył na to beznamiętnie, przyzwyczajony do takich, a nawet gorszych widoków.
Obserwował koci łeb pokryty jasnobrązowym futrem w pasy, wpatrywał się w zielone oczy o wąskich, martwych źrenicach. Wolfgrunt położył ciało, a następnie bez większych emocji podszedł do odrąbanej kończyny, podnoszą ją i przyglądając jej się z każdej strony. Długie uszy rysia, czarne wąsy, ot, typowy kot.
- Ciekawe czy mógłbym powiesić cię nad kominkiem? - zapytał głowę, po czym parsknął, rzucając ją gdzieś w dal. Wolfgrunt złapał ciało za nogi i ciągnął je w głąb tundry tak, by nie zostać zauważonym z obozowiska i miał jednocześnie nadzieję, że nikt nie ruszył na poszukiwanie towarzysza, gdyż krwawy ślad zdradzał jego pozycję. Barbarzyńca dociągnął zwłoki człekokształtnego nad małe urwisko, pod którym znajdowało się leżę ciężarnej samicy tygrysa szablozębnego. Zaobserwował ją już trzy cykle księżycowe wcześniej, ale nie chciał jej zabijać, bo tereny łowieckie były z dala od dróg i osad, więc nie stanowiła zbyt wielkiego zagrożenia. Teraz natomiast mogła pomóc w pozbyciu się dowodów. Nim zrzucił broczące krwią ciało, wziął łuk i strzały, choć łucznikiem nie był najlepszym, a następnie ruszył w kierunku powrotnym. W czasie wspinaczki po delikatnym zboczu uświadomił sobie jak bardzo jest zmęczony i że sporo zapłaciłby za upieczonego świniaka oraz miękkie łóżko w ciepłej, pachnącej drewnem gospodzie. Główną przeszkodą w realizacji marzeń byli złoczyńcy, którzy grabili jego juki, przetrzymywali towarzysza, a co najgorsze, uwięzili jego konia.
Nie wrócił jednak do tego samego głazu, co wcześniej, tylko obszedł obozowisko by znaleźć się przy równie wielkim głazie po przeciwnej stronie, który mimo wszystko znajdował się znacznie bliżej koni - wystarczająco blisko, by je skraść, ale nie wystarczająco, by uwolnić Sierrę. Przemieszczał się w pozycji pochylonej, przeklinając bolące łydki oraz strzykanie w krzyżu, starał się przy tym zachować względną ciszę. Nie wyglądał, schowany w wysokiej trawie i miał nadzieję, że jeszcze nie zaczęli poszukiwać czwartego bandyty. Kiedy przylgnął plecami do zimnego kamienia, poczuł po części ulgę, ale i jeszcze większe zmęczenie.
- Bo przestanę być miły - usłyszał głos bandyty z mocnym, ash'ballarskim akcentem. Wolfgrunt wychylił się delikatnie i wyjrzał w stronę ludzi i ku swojemu przerażeniu, zobaczył, że dwóch mężczyzn podtrzymuje Sierrę, podczas gdy trzeci uderza go w przeponę. Nogi ugięły się pod młodym, kilkunastoletnim chłopcem, a ten następnie wypluł trochę krwi, po czym wyszczerzył się głupkowato w stronę oprawcy.
- Nie wiem, o kim mówicie.
W nagrodę za niepoprawną odpowiedź ponownie został uderzony, przez co stracił co najmniej dwa zęby. Ash'barczk nie pytał po raz kolejny o Wolfgrunta, tylko uderzył chłopaczka jeszcze trzy razy, aż jego drobna, dziewczęca wręcz twarz spuchła, a z nosa obficie ciekła krew.
- Pytam po raz wtóry, gdzie on jest? Gdzie jest Wolfgrunt?! - Ostatnie wykrzyczał, pochylając się nad chłopakiem. Jego twarz zakrywał kaptur, ale barbarzyńca był przekonany, że zna tego mężczyznę. Siedział jednak za głazem, zastanawiając się nad tym, co powinien zrobić. Zdjął w końcu z ramienia łuk, napiął strzałę na cięciwę i wystrzelił w kierunku głazu, za którym się wcześniej chował. Za pierwszym razem nie trafił w kamień, a strzała wbiła się cicho w ziemię. Za drugim razem trafił, ale dopiero czwarta strzała przyciągnęła uwagę bandytów.
- Co to było? - Jeden z zamaskowanych podniósł głowę akurat w kierunku Wolfgrunta, ale ten zdążył na czas schować się za głazem. Barbarzyńca zacisnął usta, napinając ostatnią strzałę na cięciwę i puszczając ją w kierunku głazu.
- Hash, to ty? - zawołał drugi z zamaskowanych, a gdy odpowiedziała mu cisza, puścił ledwie trzymającego się młodzika.
- Idź sprawdź co z nim - rozkazał cudzoziemiec, jednocześnie celując sztyletem w pierś Sierry. Chłopak starał się zachować powagę, zaciskając usta by ukryć ich drżenie. Nie był w stanie ukryć łez przerażenia, jak i trzęsących się rąk. Wolfgrunt obserwował jak trzeci bandyta oddala się od pozostałych, a gdy był poza zasięgiem wzroku, zastukał toporem w głaz.
- Kto tu jest? - usłyszał głos należący do Ash'barczyka i uśmiechnął się pod nosem.
W końcu mnie zauważyli, pomyślał, przytulając do siebie topór i czekając, aż któreś z nich pojawi się w zasięgu wzroku. Cierpliwie nasłuchiwał, aż w końcu wyłapał dźwięk pękającej gałązki gdzieś z tyłu, jeszcze po drugiej stronie głazu. Zamachnął toporem w ślepo, nie wiedząc czy przetnie powietrze, czy też trafi przeciwnika. Ostrze nie dosięgło celu - mężczyzna, gdy tylko gałązka pękła, cofnął się o dwa kroki, wychodząc poza zasięg ramion potężnego barbarzyńcy. W ten sposób Wolfgrunt stracił element zaskoczenia i przeklął, wychodząc zza głazu i doskakując do bandyty stojącego najbliższej. Osłonił się on dwuręcznym mieczem, blokując atak toporami. Cios był tak silny, że pod bandytą ugięły się kolana, a Wolfgrunt wykorzystał to, odskakując sprawnie i kopiąc go w klatkę piersiową, nim ten zdążył odzyskać stabilność w nogach.
Barbarzyńca po wyprowadzonym ataku w ostatniej chwili uchylił się przed sejmitarami Ash'barczyka, jeden parując za pomocą topora.
- W końcu się spotykamy, Wolfgruncie, Mężu Zimy.
Wolfgrunt natarł na przeciwnika z furią niedźwiedzia. Jego atak został z łatwością zablokowany przez cudzoziemca, ale mniejszy o co najmniej głowę mężczyzna, znacznie szczuplejszy w sylwetce zrobił kilka kroków do tyłu, praktycznie na skraj klifu.
- Imię - warknął barbarzyńca, ale nie uzyskał odpowiedzi. Odskoczył od mężczyzny, unikając miecza dwuręcznego. Broń ta odbiła się od kamiennego podłoża aż zadźwięczało, a ramiona mężczyzny wyraźnie ucierpiały przy tym ataku, bo nie był w stanie unieść ciężaru broni. Wolfgrunt jednym silnym ruchem odrąbał mu głowę, która jako pierwsza spadła w przepaść, a zaraz za nią poleciała reszta ciała. Barbarzyńca był jednak skupiony na drugim przeciwniku, znacznie groźniejszym.
- Kim jesteś? - Głos Wolfgrunta był władczy, nieustępliwy, przypominał bardziej warknięcie niedźwiedzia. Mężczyzna zresztą niewiele się od niego różnił - wysoki, potężny, ubrany w czarne i brązowe futra zabitych zwierząt, o kapturze z niedźwiedziego łba. Pozostały niemalże wszystkie zęby, choć sierść wypłowiała i stała się lepka od kurzu.
- Wystarczy, że ja wiem kim jesteś, Wolfgrunt - odparł Ash'barczyk, w mgnieniu oka znajdując się przy potężnym przeciwniku i przecinając grube warstwy futer na torsie. Nie wiedział, że ukryta pod nimi jest zbroja z ćwiekowanej skóry, która z łatwością zniosła wyprowadzony cios. Barbarzyńca złapał cudzoziemca za ramię nim ten zrozumiał co się dzieje i z łatwością złamał mu je, wybijając jednocześnie z barku całą rękę, po czym pchnął go na ziemię z dziecięcą łatwością.
- Imię - zażądał po raz ostatni, unosząc topór do góry i szykując się do zabicia przeciwnika. - Muszę wiedzieć co napisać na grobie.
Wolfgrunt zawahał się krótką chwilę, po czym zszarpał kaptur z głowy człowieka i ujrzał mężczyznę w średnim wieku, o ciemnobrązowej skórze zniszczonej przez suchy wiatr i słońce. Obserwował czarny zarost, przerażone oczy i bliznę ciągnącą się znad prawego oka aż do wargi.
- Pochowasz mnie? - spytał Ash'barczyk, a Wolfgrunt parsknął, przydeptując go tak, by ten nie umiał się w żaden sposób ruszyć. Pochylił się, przykładając zimne ostrze do twarzy mężczyzny.
- Nie.
Wolfgrunt wyprostował się, podrzucił topór, łapiąc go powtórnie za rękojmię, wyważył, po czym przymierzył się do zadania ostatecznego ciosu.
- Niech Saiena ma cię w swej opiece - powiedział, ale nie dane mu było dobić przeciwnika. Strzała wbiła się w tors mężczyzny z niewiarygodną siłą, aż zrobił dwa kroki do tyłu. Grot przeszedł przez skóry i zbroję, nie wbił się w jednak w ciało. Wolfgrunt patrzył na nią jak oczarowany, po czym jego twarz wykrzywił grymas dzikiej furii. Spojrzenie czarnych oczu odnalazło łucznika, ostatniego z szajki bandytów, który napinał kolejną strzałę.
Barbarzyńca rzucił się w jego stronę, rycząc jak wściekły niedźwiedź. Biegł zapatrzony w swój cel, trzymając kurczowo topory. Nie zwolnił, gdy pocisk mignął mu koło skroni, nacinając delikatnie skórę, a z rany obficie trysnęła krew. Łucznik szybko zrozumiał, że trzeciej szansy mieć nie będzie i rzucił się do ucieczki, a Wolfgrunt zatrzymał się, zrobił potężny zamach toporem i rzucił nim. Stalowe ostrze wbiło się w czaszkę bandyty, a rozpędzone ciało zderzyło się z głazem a następnie zsunęło, pozostawiając na nim majestatyczny, krwisty ślad.
Barbarzyńca sapnął wściekły, odwracając się w stronę Ash'barczyka i zauważył go, oddalającego się na brązowym koniu. Gnał na złamanie karku, będąc już poza zasięgiem wszelakiej broni. Wolfgrunt patrzył jak znika za horyzontem, jakby goniony przez stado wilków, po czym uśmiechnął się obłąkańczo.
- Do zobaczenia. - Obietnica zawisła w powietrzu, a mężczyzna wrócił do obozu i zaczął rozwiązywać przerażonego podopiecznego. Rozciął krępujące liny na nadgarstkach i kostkach, a następnie zmierzwił jego blond czuprynę i poklepał po ramieniu. Pomógł chłopakowi usiąść pod kamieniem, po czym podał mu bukłak z piwem. Sierra upił kilka potężnych łyków, wpatrując się w głaz z krwawym śladem oraz trupa pod nim.
- Piękna śmierć, panie - powiedział cicho, a Wolfgrunt parsknął, biorąc od Sierry bukłak i również upijając łyk.
- Piękna śmierć? Nie. Piękne zabójstwo. Śmierć w ucieczce nie jest ani piękna, ani szlachetna - powiedział, a Sierra pokiwał tylko głową, przyjmując lekcję. Pragnął być taki jak Wolfgrunt, a barbarzyńca nie przygarnął chłopca tylko z dobroci serca. Kiedy wyruszał na badanie starożytnych ruin, ktoś musiał pilnować ogniska i dbać o konie, a młody i chętny przygód chłopak nadawał się do tego idealnie.
- Nauczysz mnie machać toporami? - zapytał Sierra, praktycznie zapominając o strachu i tym, co spotkało go wcześniej. Wolfgrunt wpatrywał się w twarz chłopaka, widząc jego bladą skórę i jasne włosy, dostrzegał to wyczekujące spojrzenie błękitnych oczu i westchnął, drapiąc się po brodzie.
- Machać toporami? Nie, nie nauczę cię machania toporami, Sierra. Nauczę cię nimi walczyć, tylko wpierw strawa, jeśliś łaskaw.
- Tak panie! - krzyknął podekscytowany Sierra, zrywając się z siedzenia i gnając do rozrzuconej zawartości juków. Zdobył kociołek i postawił go na ogniu, nalał do środka wody i zaczął gotować gulasz warzywno-mięsny, jedyną rzecz, którą był w stanie przygotować na takim pustkowiu. Wolfgrunt w tym czasie zrzucił ciało nieszczęśnika z tej samej skarpy, z której zrzucił jego kompana. Kiedy spojrzał w dół, nie dostrzegł poprzedniego ciała.
- Na zdrowie - powiedział cicho Wolfgrunt, ruszając w stronę obozowiska. Po drodze zebrał kilka strzał, a później, gdy był w obozie, posprzątał bałagan zostawiony przez bandytów. Zapakował juki na grzbiety koni, które prychały szczęśliwie, że ktoś w końcu zdjął im worki z łbów. Wolfgrunt, zmęczony walką i przeszukiwaniem ruin, położył się na ziemi, podkładając plecak pod głowę i machnął w stronę Sierry.
- Obudź mnie, gdy będzie gotowe.
- Tak, panie.

Czternaście księżyców później wjeżdżali powoli do Wichrowym Wzgórzu. Przekroczyli pierwszą bramę bez żadnych problemów, gwardziści witali nawet Wolfgrunta z szacunkiem. Konie rżały, zmęczone podróżą i najwyraźniej nie mogły się doczekać, aż zostawią swoich panów pod drzwiami i zostaną zaprowadzone do stadniny, kiedy ludzie przekroczą ostatnią bramę. Miasto położone na samotnej górze posiadało cztery obronne bramy, które ryglowano w przypadku najazdu, a łucznicy obsadzali mury i atakowali najeźdźców. Nawet teraz kilkunastu strażników patrolowało wykute w kamieniu mury, spoglądając na dwóch jeźdźców bez większego zainteresowania.
Wolfgrunt zeskoczył pierwszy z konia, zdejmując prawie wszystkie torby, to samo uczynił Sierra. Oddali konie stajennemu, płacąc za wikt i opierunek, a następnie przekroczyli ostatnią z bram, za którą rozścielały się labirynt kamiennych ścieżek wijący się wokół domów, na wpół murowanych, na wpół drewnianych. Strome, słomiane dachy cechowały to miasto, podobnie jak jasna, lekka architektura, przyjemna dla oka.
- Pierwszy raz w Wichrowym Wzgórzu? - zapytał Wolfgrunt, widząc zachwyt u wychowanka. Gdy ten pokiwał głową, barbarzyńca uśmiechnął się ciepło i objął chłopaka ramieniem, wskazując na zamek górujący nad całym miastem.
- Miasto powstało na różnych półkach skalnych, stąd każda dzielnica mieści się na innej wysokości. Im ktoś mieszka wyżej, tym wyższą ma pozycję - zaczął wygład mężczyzna. - Najwyżej jest zamek, wykuty, a następnie domurowany na samym szczycie. Prowadzi do niego ponad sto stromych stopni, a pod nimi jest specjalny zbiornik wodny, co jakby ktoś spadł, to na miękkie.
- Często ktoś spada, panie?  - spytał chłopak, a Wolfgrunt wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia, prawdę mówiąc. Dzielnica, w której jesteśmy, jest najniższą i najbiedniejszą, zwana jest również Dzielnicą Polną - powiedział, idąc z chłopakiem pomiędzy małymi chatami postawionymi z drewna. Słomiane dachy, okna z kwiatami oraz ławeczki przed wejściem tworzyły sielankowy wręcz obraz miasta. Przeszli kamiennymi uliczkami, mijając kobiety noszące kosze, strażników i innych mieszkańców. Każdy wykonywał swoje zadania, niezależnie od funkcji.
Na samym końcu głównej uliczki mieściło się targowisko, wokół którego wybudowano główne sklepy oraz gospodę, zwaną "Pod Zaprzysiężonym Wojem". Wolfgrunt zmierzał właśnie w tamtą stronę, ciągnąc za sobą chłopaka, który nie wiedział gdzie patrzeć. Barbarzyńca obserwował go i śmiał się w duchu, że gdy był młodszy, również zachwycał się miastami, ale teraz był zbyt stary na zachwyt. Pozwolił chłopakowi pozostać na zewnątrz, a sam wszedł do gospody.
Na samym środku było wielkie palenisko, na którym płonęło ognisko. Wokół rozstawione ławy, by przyjezdni mogli grzać się i pić grzane piwo, będące chlubą tego lokalu. Na lewo od wejścia stała długa, drewniana lada z dwoma stołkami, przy której siedzieli stali bywalcy. Wszędzie porozstawiane krzesła i stoły, utrudniające swobodne przejście. Gwar rozmów wypełniał pomieszczenie, podobnie jak zapach pieczeni i alkoholu. Cztery potężne filary z kamienia podtrzymywały piętro. Schody prowadzące na górę znajdowały sie na końcu sali po lewej stronie, a na piętrze z kolei mieściły się sypialnie dla gości.
Wolfgrunt podszedł do lady, do przyjemnej dla oka karczmarki o typowych, kobiecych krągłościach. Barbarzyńca przyglądał się z uśmiechem, jak nalewała piwa zwrócona do niego tyłem. Widział jej miodne włosy spięte w warkocz, wcięcie w talii, białą suknię i bose stopy. Kiedy przyłapała go na gapieniu się, uśmiechnął się przepraszająco, unosząc ręce do góry w geście poddania.
- Jest panna za piękna - powiedział, ale umilkł, zgromiony jej spojrzeniem.
- Czego chce? - spytała nieprzyjemne, a Wolfgrunt wcale jej się nie dziwił.
- Pokój.
- Tylko na parterze mam wolny, dwa łóżka.
Wolfgrunt zapłacił za nocleg oraz za strawę, ale nim zajął miejsce przy stoliku, zaniósł torby do pokoju. Małe pomieszczenie, praktycznie klitka z jednym oknem, stoliczkiem oraz dwoma łóżkami. Barbarzyńca nie oczekiwał wygód, ale nie spodziewał się tak drobnego pokoju za tak horrendalną cenę. Nie zamierzał się wykłócać z kobietą, bo wątpił, czy znajdzie jakikolwiek nocleg gdziekolwiek w tym mieście. Zostawił torby na ziemi przy łóżku, po czym wrócił na główną salę, akurat jak młody Sierra przekraczał próg. Wśród gości gospody wyglądał jak nieporadne dziecko, które uciekło rodzicom - niski, wątłej postury z niesforną czupryną, ubrany w skóry i futra tak, że prezentował się przekomicznie. Większość obecnych awanturników zerkała w jego stronę, wymieniając się rozbawionymi spostrzeżeniami, lecz umilkli, gdy zobaczyli jak ów niewypierzony młodzik dosiada się do Wolfgrunta.
- Panie - powiedział, pociągając nosem, a barbarzyńca wskazał mu na wolne krzesło naprzeciwko siebie.
- Siadaj młody, musisz coś zjeść porządnego, co ciała nabierzesz - powiedział, a podchwycił temat natychmiast inny biesiadnik, równie rosły jak Wolfgrunt, tylko bez brody, z miodnymi włosami oraz w innej zbroi, w której wyglądał jak półnagi gladiator.
- Daj mu topór, to się pod nim zarwie - powiedział, a Wolfgrunt parsknął, taksując spojrzeniem rozmówcę.
- Dam kiecę twojemu synowi i będzie mógł za ladą robić - odparł. - Nie czepiaj się mojego wychowanka, Warhol, tylko spójrz na własnego potomnego.
- Ty mnie tu nie pouczaj! - oburzył się mężczyzna, uderzając dłonią w stół i zrywając się na nogi. Wolfgrunt wstał spokojnie, zmierzył przeciwnika spojrzeniem i prychnął.
- Kobiet nie biję.
- Ty... - Warhol zamachnął się, ale dwóch towarzyszących mu wojaków powstrzymało go przed uderzeniem Wolfgrunta, po czym wywlekli go na zewnątrz, przepraszając barbarzyńcę. Ten usiadł na swoim miejscu, a Sierra patrzył na niego z jeszcze większą fascynacją. Posłusznie jadł to, co mu podał Wolfgrunt, a przeważnie były to tłuste i pożywne rzeczy. Rozmawiali przy tym o tundrze, wykonanych misjach, ale głównie Sierra słuchał opowieści awanturnika.
Siedzieli tak długo, a do rozmów wielokrotnie przyłączali się inni, znajomi bądź nieznajomi, ale wszyscy tak samo przychylni. Kiedy skończyli posiłek, Sierra poszedł odpocząć do pokoju, a Wolfgrunt w tym czasie krążył po mieście w poszukiwaniu kuźni. Szedł uliczkami, raz węższymi, raz szerszymi, pełnymi ludzi lub pustymi. Zagadywał samotnie spacerujące panie, które w większości odwracały się oburzone, lecz niektóre zerkały za nim ze śmiechem. Najbardziej podobały mu się te skromnie ubrane, bardziej krągłe, o długich i zdrowych włosach i ładnych oczach.  Czasami zatrzymywał się, rozmawiając z innymi barbarzyńcami i awanturnikami, śmiał się wówczas i żartował, gdyż wbrew aparycji, Wolfgrunt był serdecznym człekiem.
Do kuźni dotarł dość późno, a odnalazł ją poprzez dźwięk kutego żelaza. Znajdowała się na zewnątrz, przy jednym z gospodarstw, a głównym kowalem okazał się mężczyzna, niski i krępy, z włosami przyprószonymi siwizną.
- Piękny dzień - zagadnął Wolfgrunt, a mężczyzna nie przerywając kucia, odparł, że całkiem przyjemny jak na nadchodzącą zimę. - Chciałbym zamówić miecz, niezbyt ciężki, długi na półtorej łokcia.
- Brzmi jakbyś do dziecka zamawiał - odparł kowal z uśmiechem, a Wolfgrunt wzruszył ramionami.
- Ta, mam młodego na karku i musiałby się sam bronić. Da się zrobić?
- Mam nawet taki na zbyciu. W domu żona sklep prowadzi, proszę jej zapytać.
- Dziękuję - odparł barbarzyńca, a następnie zniknął za błękitnymi, drewnianymi drzwiami. Wnętrze sklepu wypełniały stoły z bronią, specjalne gabloty na droższe okazy, niektóre wisiały na ścianach jak trofea, inne stały na stojakach. Za ladą nikogo nie było, ale Wolfgrunt słyszał, jak ktoś chodzi w drugim, przylegającym pokoju. Zapukał donośnie w drewniany blat, po czym w drzwiach pojawiła się starsza  kobieta, krągła i schorowana. Uśmiechnęła się do gościa.
- Mąż wykuwa najlepszą broń w Białej Grani, w czym mogę pomóc?
- Szukam miecza długiego na półtorej łokcia, lekkiego i wytrzymałego.
Kobieta wyciągnęła takie trzy miecze i jeden topór. Wolfgrunt zapłacił za jeden miecz, ten najlepiej wyważony, a następnie wrócił do gospody. Sierra smacznie spał na swoim łóżku, owinięty futrami jak larwa w kokonie. Barbarzyńcę rozbawił ten widok, ale tak jak podopieczny, położył się na drugim posłaniu i zasnął. Spał tak to późnego popołudnia, kiedy to słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a w gospodzie podawano kolację. Młodzieniec nie spał już, układając rzeczy na swoje miejsce i czyszcząc zbroję opiekuna.
- Wyspałeś się, panie? - spytał z dziecięcą naiwnością, z zacięciem czyszcząc topór z wyjątkowo upartego śladu krwi.
- Tak, długo już nie śpisz?
- Już jakiś czas, panie.
- To dobrze, mam nadzieję, że odpocząłeś. Teraz chodź.
- Na kolację?
- Weź mój topór - powiedział tajemniczo i wyszedł, niosąc tajemniczy pakunek. Sierra wyszedł za nim, posłusznie ciągnąc za sobą broń swojego opiekuna. Ludzie spoglądali na nich z rozbawieniem, zwłaszcza na młodzieńca, który z trudem dotarł do drzwi. Wolfgrunt wziął od niego broń z pobłażliwym uśmiechem, a pakunek wepchnął pod pachę i potarmosił po raz wtóry jego włosy. Na zewnątrz panował przyjemny, późnojesienny chłód, a po niebie płynęły pomarańczowe chmury. Ludzie zwijali swoje kramy, w sklepach zatrzaskiwano okiennice, a w gospodach rozbrzmiewała muzyka biesiadna.
Wolfgrunt szedł w milczeniu ramię w ramię ze swoim towarzyszem, młodym i drobnym chłopakiem, który przy nim wyglądał jak dziecko. Mimo to, ten dziarsko unosił głowę i próbując nadążyć za krokami potężnego wojownika. Wyszli poza miasto, poza obręb murów, oddalając się troszeczkę w tundrę tak, by nikt im nie przeszkodził.
- Panie, nie jemy kolacji? - zapytał na miejscu Sierra, który co przez całą drogę albo bał się odezwać, albo też nie potrafił złapać oddechu, by mówić. Siedział na ogrodzeniu drogi, patrząc na odzianego w pełną zbroję Wolfgrunta, który stał i wpatrywał się w zachodzące słońce, jakby to był najpiękniejszy widok na świecie.
- Z pełnym brzuchem ciężko się walczy, chłopcze - odparł w końcu, odwracając się i rzucając chłopakowi pakunek. Nie złapał on miecza owiniętego w skórę. Broń upadła z łoskotem na ziemię, a Sierra zlał się rumieńcem pod gromiącym spojrzeniem opiekuna.
- Nigdy więcej nie waż się opuścić broni, chłopcze, bo przeciwnik nigdy nie da ci czasu na jej podniesienie - powiedział, po czym kiwnął głową, że ma podnieść broń. Barbarzyńca miał ochotę śmiać się, widząc roziskrzone oczy Sierry, jego szeroki uśmiech i łzy chowające się gdzieś w kącikach oczu.
- Nauczysz mnie walczyć? - zapytał z takim przejęciem, że Wolfgrunt wpierw chciał z niego okrutnie zakpić. Nie zrobił tego jednak, tylko uśmiechnął się, sięgając po topór.
- Nie jestem z tych, co rzucają słowa na wiatr, chłopcze. A teraz wyprostuj się, unieś miecz i wysuń prawą nogę do przodu - powiedział powoli barbarzyńca, obchodząc Sierrę, który posłusznie wykonywał polecenia. Wolfgrunt zauważył wahanie.
- Chcesz o coś zapytać?
- Panie, dlaczego prawą? Ty wysuwasz lewą - odparł Sierra, a barbarzyńca zaśmiał się.
- Spostrzegawczy jesteś, bardzo dobrze. Też ci się przyglądałem i zauważyłem, że prawie wszystko robisz lewą ręką, dlatego też lewą będziesz walczyć. Prawa noga do przodu, bo musisz mieć postawę nieco z boku oraz musisz odskoczyć, uchylić się przed ciosem.
Sierra wykonał polecenie, a Wolfgrunt przyglądał mu się z uśmiechem. Widział radość w nim, chęć życia i wolę walki, dlatego też nie miał serca mu powiedzieć, że jest strasznie wątły i nie miałby szans z rosłym przeciwnikiem.
Zobaczymy, co przyniesie czas, pomyślał barbarzyńca, po czym podrzucił swoim toporem.
- Sierra, potrafisz tańczyć? - spytał, po raz pierwszy zwracając się do młodzieńca po imieniu.
- Tak, panie.
- Więc zatańczmy...

Walczyli długo, bardzo długo. Księżyc zdążył wzejść na nieboskłon, zorza ponownie zaczęła swój dziki taniec na tle gwiazd, a wiatr zmienił kierunek. Południowe, ciepłe powietrze odgoniło widmo zamieci śnieżnej oraz deszczu, tym samym odegnało zimę, dając rolnikom jeszcze kilka dni słońca i ciepła. Światła w domostwach gasły powoli, a Wichrowe Wzgórze pogrążało się w mroku, pozostając złowrogim cieniem na tle jasnego nieba. Król nocnego nieboskłonu świecił jasno, oświetlając pole ćwiczeń młodego ucznia i jego opiekuna, barbarzyńcy, który dostrzegał inną stronę życia, pokazują swój świat chłopcu.
Tańczyli, machając mieczami, nabawiając się siniaków i otarć. Pot zalewał im oczy, Sierra walczył praktycznie o każdy oddech, lecz upór i wola walki zaskakiwała doświadczonego woja zwłaszcza wtedy, gdy ten nie spodziewał się ataku. Czas przestał istnieć dla dwóch wojowników, którzy trwali w szale, czerpiąc tę niezwykłą satysfakcję z wysiłku i zmęczenia, tak różnego od wyczerpania rolnika.
Kiedy wracali do miasta, Wolfgrunt śmiał się do rozpuku, obejmując Sierrę ramieniem, a chłopak z trudem utrzymywał miecz w zdrętwiałych ramionach. Był wykończony znacznie bardziej od barbarzyńcy, ale dotarł do gospody o własnych siłach. Wojownicy padali z wycieńczenia, przez co nawet odmówili zjedzenia strawy. Położyli się w łóżkach, zziajani, ale i szczęśliwi. Usnęli niemalże od razu i zapewne spaliby do późnego popołudnia, gdyby przed świtem Wolfgrunta nie zbudził dziwny niepokój. Otworzył oczy i usiadł na łóżku, nasłuchując ciszy panującej w gospodzie. Trwał tak długo, aż nagle usłyszał szurnięcie stołka gdzieś na głównej sali, podczas gdy karczma powinna być zamknięta i nikt nie powinien wejść do środka.
Wolfgrunt podszedł niepewnie do drzwi i przyłożył do nich ucho. Po drugiej stronie dobiegły go rozmowy kilku, jak nie kilkunastu ludzi i słyszał między innymi Ash'barski, męski głos.
Sukinkot, pomyślał barbarzyńca, a następnie podszedł do Sierry, starając się zachować jak największą ciszę.
- Młody, wstawaj - szepnął Wolfgrunt do chłopaka, a gdy nie otrzymał odpowiedzi, zatkał mu usta i złapał za ramię. Przez krótką chwilę w mroku mignęły przerażone oczy Sierry, który rozpoznał twarz nad sobą i kiwnął, że nie będzie krzyczeć.
- Panie? - spytał cicho, ale Wolfgrunt nakazał mu milczenie, podchodząc do okna. Siłował się z nimi, otwierając je w końcu, zgrzytnęły dawno nieoliwione zawiasy. Barbarzyńca zamarł, nasłuchiwał, ale nikt po drugiej stronie nie zbliżał się jeszcze do drzwi i najwyraźniej tego nie usłyszeli.
- Panie, co robisz? - szepnął chłopak, a Wolfgrunt machnął gniewnie.
- Ubieraj się i pakuj to, co najważniejsze - odparł szeptem Wolfgrunt, pakując do torby trochę żywności pozostawionej przez karczmarkę na jedynym stoliczku, spakował również całe złoto i księgę, której najprawdopodobniej poszukiwali bandyci. Kiedy byli praktycznie gotowi, Wolfgrunt złapał Sierrę za ramiona i pomógł mu zejść z okna, które mimo, iż znajdowało się na parterze, było stosunkowo wysoko.
Chłopak zadarł głowę do góry, spoglądając twarz opiekuna i zaniepokoił się.
- Panie, nie idziesz? - szepnął, a Wolfgrunt pokiwał głową.
- Nie, oni nie zaniechają pościgu, a muszę wiedzieć czego ode mnie chcą. Idź przez miasto najszerszym łukiem, unikaj ludzi i biegnij do stajni, tam weź mojego konia i pognaj do Złotej Jamy. Tam się spotkamy - wyjawił cały plan wojownik, choć wątpił, czy uda mu się dostać do Złotej Jamy. Czy w ogóle uda mu się wydostać z tej sytuacji. Sierra zacisnął wargi, starając walczyć się z ich drżeniem.
To jeszcze dziecko, pomyślał z przykrością Wolfgrunt i tym bardziej nie żałował swojej decyzji.
- Mówiłeś, że ucieczka nie jest szlachetna - powiedział z wyrzutem chłopak, a barbarzyńca uśmiechnął się, dumny, że tak szybko przyswaja jego nauki.
- Mówiłem, że śmierć w ucieczce nie jest szlachetna, ale sama ucieczka nie jest hańbą. Czasami jest szansą na dalsze życie, na walkę, dlatego proszę cię, wykorzystaj tę szansę, walcz dla mnie.
Bał się, że Sierra nie wykona jego polecenia, że zostanie, że będzie próbował walczyć i odetchnął z ulgą, gdy zobaczył, jak ten odwraca się i odchodzi, ginąc w mroku pomiędzy domami. Wolfgrunt zamknął okno, dobył toporów i czekał, aż otworzą się drzwi. Stał w pozycji bojowej jakiś czas, aż był pewien, że bandyci zrezygnowali, wtem usłyszał otwierający się zamek. Zacisnął szczękę tak, jak potrafił i zamachnął się, gdy tylko ktoś po drugiej stronie uchylił drzwi. Jego topór zatopił się w ludzkiej czaszce z łatwością, a ludzie po drugiej stronie wpadli w popłoch, nie spodziewając się, że ich ofiara śpi.
Wolfgrunt był wykończony po wcześniejszych ćwiczeniach, bolały go ramiona i plecy, ale i tak powalił czterech mężczyzn, nim trucizna, którą pokryto ostrza bandytów rozbiegła się po organizmie. Paraliż obejmował go powoli, najpierw ręce, przez co upuścił broń, a gdy próbował dalej walczyć na pięści, powalili go na ziemię z łatwością. Przygnietli ciężarami własnych ciał, wykrzywili ręce i sprawiali mu ból, nie zabili go jednak. Wolfgrunt szarpał się, próbował wyrywać, aż pot wstępował mu na czoło, ale w końcu nie mógł ruszyć nawet palcem. Trucizna osiągnęła zamierzony cel, za późno dla czterech bandytów.
- Jesteś nieprzewidywalny, Mężu Zimy - usłyszał znany głos i uniósł spojrzenie ciemnych oczu na mężczyznę, który stanął naprzeciwko niego. - Podnieście go.
Uczynili tak, ale nie byli w stanie go utrzymać, więc posadzili go na jednym z krzeseł. Wolfgrunt czuł się jak marionetka w rękach wyjątkowo niezdarnego lalkarza, ale mimo to, nie spuszczał nienawistnego spojrzenia na Ash'barczyka, którego spotkał piętnaście księżyców wcześniej.
- Spotykamy się ponownie, Wolfgrunt.
- Nie spodziewałem się, że przeżyjesz - powiedział zgodnie z prawdą barbarzyńca, patrząc na obcięty kikut przeciwnika i uśmiechnął się zjadliwie. - Cieszę się, że pozostawię ci jakąś pamiątkę po sobie, a teraz jeśliś łaskaw, dobij mnie.
- Wysyła mnie twój pracodawca, Wolfgruncie i nie zabiję cię, póki nie dowiem się, gdzie jest księga.
- Jaka księga? - spytał barbarzyńca i przeklął w myślach, że zostawił Sierrze liścik z informacją, do kogo ma się z nią udać.
- Nie udawaj głupca, bo nim nie jesteś. Mów, gdzie księga - warknął cudzoziemiec, a Wolfgrunt prychnął, przewracając oczami.
- Może nie zauważyłeś tego w ferworze walki, ale spadła - skłamał gładko barbarzyńca, a jego słowa nie przypadły do gustu ash'barczykowi. Uderzył Wolfgrunta, ale ten nic nie powiedział, ani podczas pierwszego uderzenia, ani podczas żadnego kolejnego.
- A gdzie chłopak? - spytał nagle cudzoziemiec z tajemniczym uśmiechem, a Wolfgrunt przeklął go w myślach.
- Nie żyje.
- Też spadł? - spytał z przekąsem mężczyzna, po czym parsknął. Machnął na swoich ludzi.
- Wyślijcie pościg, musimy dorwać chłopca.
- A co z nim? - spytał któryś z bandytów, a przywódca westchnął przeciągle, wzruszając ramionami.
- Widzisz, Wolfgruncie - powiedział spokojnie - nazywam się Hazzar, a mówię ci to, ponieważ nie pożyjesz już długo. Nasz przełożony ma pewne długi do ściągnięcia od żołnierzy Cesarza, pragnie jednocześnie się ciebie pozbyć. Dlatego powiem ci, jak będą wyglądały twoje następne dni. Oddamy się żołnierzom, a ci przetransportują się na wozie przez góry, prosto do Wrót Temersii, a tam zostaniesz ścięty, jako kryminalista. Podoba ci się ten plan, prawda? Pociesz się faktem, że będziesz mieć cudowne towarzystwo. A teraz wybacz, spieszę się, muszę złapać pewnego niesfornego chłopczyka.
Wolfgrunt obserwował jak Hazzar wstaje, a następnie opuszcza pomieszczenie. Rozpierała go nienawiść, furia, ale nie mógł się ruszyć. Pragnął ich rozszarpać, łudził się nadzieją, że Sierra nie wykona jego polecenia. Był wściekły, ale i przerażony. Chciał walczyć, chciał coś zrobił, ale nie ciało nie chciało go słuchać. Barbarzyńca spojrzał w stronę nadchodzącego bandyty, pragnął go opluć, cokolwiek, ale nawet język nie wykonywał poleceń.

- Mam nadzieję, że nie obudzi się za wcześnie - powiedział mężczyzna do drugiego, a następnie jednym silnym ciosem pałki pozbawił przytomności Wolfgrunta, Męża Zimy. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.