• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

wtorek, 24 lutego 2015

#43 God's not dead



Nietzsche twierdził, że Bóg umarł. Błędne odczytywane znaczenie tego wyrażania opiera się na dosłowności. To metafora. Śmierć Boga nie jest śmiercią jako taką, bo Bóg w kontekście religijnym jest nieśmiertelny, jest bytem który był, jest i będzie. Śmierć Boga, to śmierć jaką zadali mu ludzie, kiedy uświadomili sobie, że nie jest im potrzebny. Narodził się ateizm, ludzie przestali czuć potrzebę oparcia swej egzystencji w bytności. Rozum zastąpił Boga - to co niegdyś było jego aspektem, zastąpiła fizyka, chemia, matematyka. Bóg stał się zbędny człowiekowi - Bóg jako wymysł ludzkiego umysłu; jako rozwiązanie niewiadomych. 

Na tej koncepcji bazuje film God's not dead, czyli Bóg nie umarł. 
Premiera dopiero będzie miała miejsce, przynajmniej według Filmwebu. Miałam przyjemność obejrzeć już anglojęzyczną wersję, dlatego z czystym sercem jestem skłonna zaprosić Was do kina. Jednakże, ten film nie podejdzie każdemu z kilku, jakże oczywistych względów. Nim jednak przejdę do ich opisywania, chcę podkreślić, że na moją opinię miała wpływ wiara. Tak, jestem katoliczką, a krzyżyk nie jest dla mnie byle ozdobą. 


Z pewnością film nie spodoba się osobom, które... Nie wierzą. Nie mogę oczywiście wysnuć odważnego wniosku, jakoby przedstawione sytuacje czy przedstawione argumenty za istnieniem Boga zaburzyły fundamenty ateizmu, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku. Niemniej, taki wniosek byłabym skłonna wysnuć po seansie. 
Kolejną grupą, której film się nie spodoba, jest grupą nie lubiącą ambitniejszego kina. Film, z pozoru prosty, wymaga uwagi i raczej nie zaskakuje zwrotami akcji. Przedstawia statyczne życie bohaterów, którzy są za lub przeciw teorii Nietzschego. 
Kolejną... Chwilka. Dlaczego wymieniam osoby, którym film się nie spodoba, zamiast przejść do jego opisywania? Może odrobinę specjalny zabieg, bo kto miał już zamknąć przeglądarkę, zniechęcony tematyką Boga, już ją zamknął. Dlatego, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, przejdę do rzeczy. 

Jestem katoliczką, wierzę w Boga i mimo pełnej fascynacji, parę rzeczy mi pozgrzytało. Lubię, kiedy wszystko się ze sobą łączy i współgra, jak mechanizm zegarka. Niemniej, nie zawsze ma to pozytywny efekt. Tak też nie jest, w moim przekonaniu, w tymże filmie. Dlaczego? Poszczególne sytuacje mogły przydarzyć się każdemu - możliwe.
Niektóre przypadki mogły się ze sobą połączyć - możliwe.
Wszystko dzieje się na małym obszarze - mało prawdopodobne.
Wszyscy, którym dzieje się coś niesamowitego, są ze sobą powiązani - bardziej mało prawdopodobne.
Nie podobało mi się to, że historia toczyła się wokół konkretnych osób, które nagle stały się ze sobą powiązane w nieskomplikowanej siatce relacji. Zbyt ciasnej - momentami dusiłam się tym natłokiem. Oczywiście, zależności między nimi pojawiały się stopniowo, kroczek po kroczku, dzięki czemu człowiek nie pogubił się w tym, co zostało mu przedstawione. Niemniej, kilka razy zaliczyłam taką wątpliwość: To ta sama osoba, co w...? Najczęściej okazywało się, że tak. To wszystkie zarzuty z mojej strony i jeśli nie zniechęciłam Cię tym do obejrzenia sobie tego filmu (nie koniecznie w kinie, równie dobrze w domowym zaciszu), to zapraszam do dalszej lektury.

Film jest... Specyficzny (pomijając olbrzymią dawkę energii i pozytywnego nastawienia). Cała fabuła, oczywiście, krąży wokół Boga, a bohaterami są nie tylko jego zwolennicy, ale i jego przeciwnicy. Całość opiera się na zmaganiach religii z rozumiem; wiary z niewiarą; dobra ze złem*. Takie typowe bla bla proreligijne, niemniej, rozwiązane to zostało w sposób satysfakcjonujący, nie ocierający się o tandetę.
Pierwszą... orbitą fabularną jest Josh, student, który musi zaliczyć przedmiot, jakim jest filozofia. Podczas rejestracji na tenże przedmiot, uprzejmy kolega zwraca mu uwagę, że popełnia mentalne samobójstwo, a mówi to po dostrzeżeniu krzyżyka na jego koszulce. Josh stwierdza, że tylko te zajęcia nie niszczą jego całego planu (co doskonale rozumiem jako studentka; pewnie sama podjęłabym podobną decyzję). Co miał na myśli uprzejmy kolega, mówiąc mu o samobójstwie? Profesor jest zagorzałym ateistą, który gnębi i poniża każdego wierzącego studenta póki ten nie wyprze się swojej wiary i Boga. Słodziaśnie, prawda? Wyobraź sobie sytuację, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, że dostajesz możliwość zaliczenia olbrzymiej partii materiału na ocenę pięć tylko za to, że oddasz na kartce napisane przez Ciebie słowa God is dead, z podpisem. Banalne. Jednakże nie dla naszego Josha, który nie decyduje się na wyparcie Boga, jako jedyny, i dlatego też rozpoczyna się wojna między nim, a wykładowcą. Wojna, która ma bardzo ciekawą formę. Josh staje się obrońcą Boga, wykładowca oskarżycielem a wszyscy studenci - ławą przysięgłych, która po całej dyskusji ma zadecydować liczbą głosów o tym, czy God is dead czy God's not dead.

Drugą orbitą fabularną jest dziewczyna z muzułmańskiej rodziny, która potajemnie przeszła na chrześcijaństwo. Chyba każdy zna ostre zasady tej religii - zakryta twarz, zero rozmów z mężczyznami, oddanie rodzinie i tak dalej, i tak dalej. Wiem jakie są kary za odstępstwa od kultury i wiary. Podpowiem szybko, że ojciec nie jest fanatykiem religijnym. Historia tej dziewczyny wstępuje na orbitę Josha i wykładowcy.

Trzecią orbitą jest dziennikarka i blogerka, która poluje na słynne, wierzące osoby i próbuje ośmieszyć je, wiarę oraz Boga. Jest reprezentantką tej grupy osób, której się powodzi - ma pracę, jest bogata, sławna, posiada ukochanego. Razem z nią na trzeciej orbicie krąży jej ukochany, który również należy do osób kpiących z religii z racji na udane życie. Jednakże, fundament szczęścia zostaje zaburzony i poukładane życie sypie się jak domek z kart. Co się stało i kogo spotkało nieszczęście, pozostawiam Wam. Trzecia orbita jest powiązana z drugą, a jednocześnie rozmija się z pierwszą.

Czwartą orbitą jest wykładowca. O nim nie powiem nic, z racji, że nie jestem w stanie o nim powiedzieć czegokolwiek, by nie zdradzić za dużo. Mogę jedynie powiedzieć, że przenika orbitę pierwszą, drugą i pośrednio trzecią.

Piątą, ostatnią orbitą jest ksiądz i misjonarz, którzy... Którzy są jednym z komicznych elementów fabuły. Nie dzieje się im nic specjalnego, wyjątkowego. Ich życie nie zmienia się diametralnie; nie dzieje się nic niezwykłego. Jednocześnie, ta orbita przenika przez wszystkie pozostałe.

To tyle, jeśli chodzi o wątki fabularne. Najciekawszym, w moim przekonaniu, jest wątek Josha oraz wykładowcy. Jest podstawą całości, zabiera najwięcej miejsca na antenie, a najbardziej ciekawi zakończenie - kto ma rację. W filmie również wielokrotnie padają bardzo mądre sentencje, którymi podzielę się, wyjątkowo, na rzecz tej recenzji. Mam nadzieję, że nie będziecie mieć mi tego za złe.
Cały urok filmu zawarty jest w tych historiach, historiach ludzi, którzy próbują odnaleźć swoje miejsce w życiu. Boję się chwalić za dużo ten film, bo zdaję sobie sprawę, że tematyka Boga jest tematyką dość... Kontrowersyjną.
  • I właśnie dlatego, Wheaton, najbardziej zaciekłymi ateistami jesteśmy my, byli chrześcijanie, którzy zdjęli klapki z oczu.
  • Czasami diabeł pozwala ludziom wieść życie wolne od kłopotów, bo nie chce, by zwrócili się do Boga. Twój grzech jest jak więzienna cela, ale miła i przyjemna, a tobie wydaje się, że nie ma potrzeby z nie wychodzić. Drzwi są szeroko otwarte, aż pewnego dnia... czas się skończy. Drzwi celi zamkną się z hukiem... i nagle... będzie za późno.
Oczywiście, każdy film ma swoich zwolenników (którym jestem ja), jak i przeciwników (inny recenzent). Pozwolę sobie przytoczyć wpierw podsumowanie jego recenzji, którą przeczytałam z zainteresowaniem:


Ja nie, dlatego apeluję – trzymajcie się od „God's not dead” jak najdalej. Nie pozwólcie, by starannie przemyślany w zakresie oddziaływania psychologicznego przekaz, odcisnął na Was piętno. Moim zdaniem istnieje różnica pomiędzy wiarą świadomą, a groźbą. A ta produkcja zdaje się mówić: uwierz, a twoje życie będzie łatwiejsze; uwierz, a twoje życie będzie pełniejsze; uwierz, albo skończysz marnie. A czy wierzyć nie powinno się z serca, a nie dla profitów?

Na ten zarzut odpowiedział już siedemnastowieczny filozof, Blaise Pascal. W drodze dedukcji doszedł do wniosków, które mówią, że warto wierzyć, nawet jeśli wiara nie pochodzi z serca. Nie będę cytowała ani jego twierdzenia, ani błędów logicznych, pozostawiam odnośnik przy filozofie by każdy mógł sam zadecydować, co mu odpowiada. Mogę jedynie potwierdzić to, że wiara powinna pochodzić serca, ale czasami ktoś potrzebuje popchnięcia to w jedną, to w drugą stronę. Według mnie, jeśli ktoś uważa, że jego wiara/niewiara jest do zburzenia, nie powinien bać się zwykłego filmu, prawda?

Tyle z mojej strony, dziękuję za uwagę.
*Zwrócono mi uwagę, jakobym porównała ateistów do zła.  Nie chciałam nikogo urazić ani też nie myślałam w tym kontekście wypisując powyższe zdanie. Pragnęłam ukazać przeciwstawne kierunki, nic więcej. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ateista jest zły i nie każdy katolik jest dobry. 

4 komentarze:

  1. Zastanawiałem się, w jaki sposób odnieść się do tego wpisu, gdyż nie byłem pewien czy można go uznać za pełnoprawną recenzję, czy też bardziej za po prostu przemyślenia na temat filmu, jednakże na górze strony dostrzegłem "posted in" i słowo klucz: recenzje. Stwierdziłem zatem, że postaram się do tego trochę odnieść jak do recenzji, a trochę jak do czyichś przemyśleń, które są gotowe do skonfrontowania z przemyśleniami jakie mam ja. Zaznaczam też na wstępie iż filmu nie widziałem, jednak zamierzam to uczynić.
    Start!
    Zacznę od strachu. Wchodząc na tego bloga, można zobaczyć napis "Literatura to miejsce, w którym wszystko można powiedzieć." Nie wiem czy słusznie interpretuję to zdanie, jednak wydaje mi się że ma ono na celu zasugerowanie, że Ty -> autorka tego bloga (wybacz że tak osobiście, mam nadzieję że to nie problem), będziesz pisać tutaj o wszystkim, o czym tylko chcesz i nie planujesz narzucać sobie żadnych ograniczeń. I jeśli mam rację, to nie rozumiem czegoś takiego:
    "Boję się chwalić za dużo ten film, bo zdaję sobie sprawę, że tematyka Boga jest tematyką dość... Kontrowersyjną."
    Strach nie powinien nigdy, nikomu dyktować tego co ma napisać. To karygodne, że takie sytuacje się zdarzają, z powodów politycznych, religijnych itp. itd. Wydaje mi się jednak, że mamy o tyle o ile szczęście, że żyjąc w Polsce, możemy sobie na dosyć dużo pozwolić, względem niektórych, dlaczego więc z tego nie korzystać? Oczywiście, zdarzą się ludzie, którzy widząc taki temat, dostaną, jak to mawia mój współlokator "pierdolca", jednak mimo to, trzeba robić swoje, a z takimi ludźmi, jeśli nie da się rozmawiać, zrobić porządek.
    Polecam spojrzeć na przykład Kominka (teraz już Jason Hunt), który jest najpopularniejszym blogerem w Polsce i nie męczy się z trollami/flamerami itp. itd.
    Teraz bardziej odnośnie tekstu:
    Nie do końca zgadzam się z tym że "Bóg umarł" u Nietzschego jest metaforą. Oczywiście, nie można tego w pełni odczytywać metaforycznie, sam Nietzsche, pisał też że ostatni chrześcijanin umarł na krzyżu. Do tego, należy dodać że mimo iż z punktu widzenia, wyznawcy chrześcijaństwa, Bóg jest nieśmiertelny, niekoniecznie musiało tak być z punktu widzenia Nietzschego. W końcu to on miał rację, to on znał prawdę, inni się mylili. Czyż nie tak patrzył na świat Nietzsche, który pod koniec życia, w wyniku choroby, był bliski uznania się za Boga/zrobił to (tutaj nie pamiętam dokładnie, przepraszam). Jeśli jednak odciąć się od tej konkretnej tradycji religijnej, słowo "bóg" nie implikuje słowa "nieśmiertelny". W ilu to religiach mamy przypadki bogobójstwa?
    Do samego zjawiska ateizmu i powiązania tego z "Bóg umarł", też podchodziłbym sceptycznie, bo czy już w starożytnej Grecji, nie było przypadków oskarżania o to? Taki Euhemer, który chciał w obliczu zmieniających się realiów, "odświeżyć" religię Grecką, jednak nie do końca zrozumiano jego ideę i stwierdzono że podważa on boskość bogów. Jeszcze w 1957 roku, powstało czasopismo "Euhemer, przegląd religioznawczy", założone przez stowarzyszenie ATEISTÓW i wolnomyślicieli i dopiero w 1992 roku, zmieniono nazwę na "Przegląd religioznawczy". I tak, podejrzałem z wikipedii, bo nie pamiętałem dat. I by uściślić: do innych religii odniosłem się ze względu na zdanie: "Rozum zastąpił Boga - to co niegdyś było jego aspektem, zastąpiła fizyka, chemia, matematyka.", które uważam za nie trafne, jeśli miałoby się odnosić do chrześcijaństwa, gdyż chrześcijański Bóg niekoniecznie był po to, by tłumaczyć błyskawice, trzęsienia ziemi i itp. (aczkolwiek nie mówię że takiej funkcji też nie pełnił).

    OdpowiedzUsuń
  2. Jedziemy dalej, zaczynając od kolejnego cytatu:

    "Lubię, kiedy wszystko się ze sobą łączy i współgra, jak mechanizm zegarka. Niemniej, nie zawsze ma to pozytywny efekt. Tak też nie jest, w moim przekonaniu, w tymże filmie. Dlaczego? Poszczególne sytuacje mogły przydarzyć się każdemu - możliwe.
    Niektóre przypadki mogły się ze sobą połączyć - możliwe.
    Wszystko dzieje się na małym obszarze - mało prawdopodobne.
    Wszyscy, którym dzieje się coś niesamowitego, są ze sobą powiązani - bardziej mało prawdopodobne."

    Moim zdaniem, mimo iż filmu nie obejrzałem i opieram się tylko na wiedzy z Twojej recenzji (i tego recenzjo-niepodobnego-tworu, do którego zamieściłaś link we wpisie), odniosłem wrażenie że film ten, nie miał na celu być filmem skupionym na realizmie, gdyż patrząc np. na wątek profesor - student, wydaje się on bardzo naciągany (tu głównie odnoszę się do recenzjo-niepodobnego-tworu) i całkowicie pozbawiony realizmu. Bardziej chodziło o samą ideę "God's not dead". Jestem świadom, że wiele osób nie lubi w filmach gdy coś jest "naciągane" bo przecież, "tak się nie zdarza w życiu", itp. itd. ale mimo to, wielu uwielbia oglądać losy Forresta Gumpa, którego historia jest... co najmniej mało prawdopodobna. Tak samo dzieje się z adaptacjami książek, gdzie nagle budzą się fani danej lektury i krzyczą "w książce było inaczej, film jest kupą!" i bojkotują Hobbity, dają złote maliny Lśnieniu Kubricka, a potem okazuje się że ani ten Hobbit takim złym filmem nie jest (odnoszę się do części pierwszej, pozostałe to dłuższa historia), ani też Lśnienie nie zasługuje na złotą malinę, gdyż jest filmem uznawanym aktualnie za coś genialnego.
    Należy więc być krytycznym wobec samego siebie i odciąć się od pewnych schematów, które lubią się pojawiać w naszej głowie. A przykładem takiego schematu jest: "Z pewnością film nie spodoba się osobom, które... Nie wierzą."
    Zacznijmy od samego zwrotu "nie wierzą". Masz na myśli osoby nie wierzące w tego konkretnego Boga (chrześcijański), nie wierzące w Boga (np. wyznawcy buddyzmu, bądź konfucjanizmu, czy też taoizmu), czy też osoby, które w nic nie wierzą i zwiemy je ateistami?
    Jakkolwiek by nie było, jeśli ten film ma tylko walory dla osób wierzących (bez znaczenia w co), to bardzo źle świadczy to o filmie. Uważam że owszem, film ma prawo mieć jakiś domyślny target, jednakże nie powinien sprawiać, że osoby z poza tego grona, będą z filmu niezadowolone. To tak jak namalować obraz Pana Kowalskiego i stwierdzić że ten obraz jest świetny, ale spodoba się tylko tym, którzy Pana Kowalskiego lubią.
    No i ostatnie moje "czepialstwo": Pascal i jego zakład.
    Przytoczenie tego zakładu, średnio odnosi się do tego co napisała autorka recenzjo-podobnego-tworu, a jeśli i się odnosi to bardziej popiera to co ona pisze, aniżeli jest kontrargumentem. Zakład Pascala bowiem, działa moim zdaniem na zasadzie strachu: nie ryzykuj, wybierz bezpieczeństwo. I właśnie o tym rozróżnieniu, pomiędzy wiarą świadomą, a wiarą dyktowaną strachem, możemy przeczytać w cytowanym fragmencie. I mimo że z punktu widzenia osoby wierzącej, ludzie faktycznie mogą potrzebować owego "pchnięcia", to jednak czy moralnym i etycznie słusznym, jest pchanie ludzi w wiarę za pomocą strachu? Bo mimo iż jest to chyba najprostszy i najskuteczniejszy sposób, to czy na pewno najlepszy? No ale na ten temat można by się rozpisać, a chyba i tak już wyszło mi trochę za dużo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Chciałam obejrzeć ten film chociażby ze względu na moją niechęć do poglądów Nietzschego (pewnie też zauważyłaś, że jedynym filozofem, jakiego kojarzy zastraszający procent "gimbo-ateistów, jest właśnie on, tylko ze względu na jego "Gott ist tot"). Wiele ludzi lubi myśleć, że to oni sami stworzyli Boga, bo bali się własnej wolności i odpowiedzialności, jak twierdził Nietzsche. No i nie chcą za żadne skarby przyjąć zakładu Pascala, o którym piszesz na końcu.
    Właśnie ze względu na filozoficzne rozważania jakich spodziewałam się po tym filmie, mam zamiar dopiero go obejrzeć. Do tego czasu nie będę się wypowiadać na jego temat.
    W końcu filmy dla "katoli" to takie gnioty, nie? :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie jestem jakoś strasznie wierzącą katoliczką, a film oglądaliśmy z księdzem na religii. I dał mi dużo do myślenia. Najbardziej chyba ta ostatnia scena, gdy następuje ostateczna konfrontacja na linii student - nauczyciel. Mogę niezbyt wierzyć, ale po tej kłótni zmieniłam trochę zdanie na temat całej religii. Na pozytywne
    Zapraszam do siebie,
    http://to-read-or-not-to-read.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.