• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

środa, 17 czerwca 2015

#59 Kochanie, nie rób scen.


Chyba każdy raz w życiu miał problem. Czego pragnie dziewczyna, czego pragnie chłopak? Jak zrozumieć kobiety? Dlaczego on jest taki nieczuły? Może jak zacząć rozmowę? Jak rozmawiać? Jak zaimponować? Przede wszystkim, jeśli zastanawiasz się, dlaczego ona/on cię nie rozumie, to proszę, nie rób scen, nie kłóć się, bo to nie jest ani Twoja wina, ani Jej/Jego.
Język wydawałoby się jest jednolity, nie potrzebujemy większej wprawy by się nim posługiwać. Nic bardziej mylnego. Liczy się nie tylko co mówimy, ale przede wszystkim, jak. Wpierw jednak chciałabym przytoczyć cytat, który jest jednocześnie zakończeniem rozdziału pewnej książki.[i]


„Wszyscy najbardziej pragniemy zostać wysłuchani – lecz nie tylko. Chcemy być zrozumiani – chcemy, by inni słyszeli to, co w naszym pojęciu akurat mówimy, co chcemy przekazać. Wzrostowi świadomości tego, w jaki sposób kobiety i mężczyźni posługują się językiem powinno towarzyszyć zanikanie stwierdzenia: „Bo ty nic nie rozumiesz!”.


W powyższym cytacie jest zawarta cała kwintesencja czegoś, co postanowiłam rozbić na czynniki pierwsze za pomocą profesor Debory, zajmującą się socjolingwistyką. W swym dziele bardzo szczegółowo opowiada o nas, o szarych ludziach; o codziennej rzeczywistości i sporach, przez które związek może się rozpaść. Wszystko wynika z nieporozumienia, a raczej tego, że nie rozumiemy siebie tak, jak nam się wydaje.

Na początek, warto powiedzieć kilka słów o tym, jak myśli kobieta, a jak mężczyzna. Przy tworzeniu tej teorii powinniśmy wszelako wykluczyć osoby homoseksualne, zniewieściałych mężczyzn albo męskie kobiety. Teoria obejmuje przeciętnych, nawet nie polaków, ale ludzi o różnej płci. Dyskryminujące? Nic z tych rzeczy. Język jest trudny do zdefiniowania, co więcej, przy próbie zdefiniowania „typowych” przedstawicieli płci, powstała książka na, bagatela, czterysta stron.

Kobieta jest istotą społeczną, która ma wiele koleżanek. Potrafi siedzieć całymi godzinami i rozmawiać o pierdołach. Nazywana plotkarą, staje się obiektem kpin mężczyzn. Niesłusznie, prawdę mówiąc. Chodząc do gimnazjum, nie rozumiałam jak można tak spędzać czas, w liceum sama zaczęłam to praktykować. Teraz rozumiem mechanizm rozmów, plotek i pierdół. One budują relacje i wzajemne zależności. Kobiety rozmawiają o swoim życiu i doświadczeniach, chcąc stworzyć strukturę zależności, a nie hierarchiczną. Kontakt kobiecie ma ułatwić osiągnięcie celu lub zdobycie pozycji, ale nie jest to dla niej najważniejsze. Pragnie zdobyć zaufanie i być osobą godną zaufania. Teoretycznie przeczy to plotkom, ale nie w pojęciu kobiety (przeciętnej).

Rozmowa sama w sobie jest sposobem osiągnięcia celu. Co więcej, rozmowy to negocjacje mające na celu osiągnięcia wspólnej decyzji, wniosku. W ten sposób wspierają się, utwierdzają w przekonaniach, a co najważniejsze, jest to droga do osiągnięcia zgody. Życie jest dla nich wspólnotą, dążeniem do zachowania prywatności z jednoczesnym uniknięciem izolacji. W „świecie kobiet” również istnieją hierarchie, bo bez nich raczej nie możliwe jest funkcjonować, ale są to raczej hierarchie przyjaźni.

„Zażyłość jest kluczem w świecie powiązań, w którym jednostki ustalają skomplikowane sieci przyjaźni, minimalizują różnice, usiłują osiągnąć zgodę i uniknąć pozorów wyższości […]. W świecie określanym przez status kluczem jest niezależność, bo podstawowym środkiem do osiągnięcia jakiejś pozycji jest mówienie innym, co mają robić”.[…] Chociaż wszyscy ludzie potrzebują zarówno zażyłości, jak i niezależności, kobiety mają skłonność do koncentrowania się na tej pierwszej, a mężczyźni na drugiej.”

Z powyższego, cytowanego fragmentu jasno wynika (lub też nie, dla mnie pisane jest to językiem prostym, ale może wynikać z faktu, że często czytam teksty teoretyczno-naukowe na temat języka), że kobiety i mężczyźni inaczej będą postrzegać tę samą sytuację.

Kobiety uwielbiają konsultować wszystko, nawet najmniejsze szczegóły.  Wynika to z próby omówienia problemu i podjęcia rozwiązania odpowiedniego dla obu stron, o czym już wspominałam. Zdarza się to nie tylko w związkach, co głównie na myśli miała Deborah, ale również wszystkie koleżeńskie znajomości. Zauważyłam to po sobie, kiedy kupowałam coś dla siebie i dla kogoś jednocześnie, na przykład paczkę ciastek. Nim kupię, konsultuję dokładnie jakie lubi druga osoba, by przypadkiem nie kupić czegoś, czego nie lubi lub nie może. Liczy się dla mnie opinia osoby trzeciej. Mężczyźni odbierają konsultowanie się z kobietą w najdrobniejszych sprawach jako rodzaj nacisku. Czują się ograniczani. „Gdy kobieta próbuje zainicjować swobodną dyskusję, mówiąc: Jak uważasz? – mężczyzna często sądzi, że prosi się go o podjęcie decyzji.”

Bardzo ciekawe jest zjawisko zrzędzenia kobiet. Posądza się je, że po ślubie przemieniają się z żabki w ropuchę, co jest teraz czysto ironiczne. Jednakże, to fakt. Przynajmniej w przekonaniu mężczyzn. Tak naprawdę, to wina wzajemnego oddziaływania stylów konwersacyjnych. Kiedy poprosi się kobietę o zrobienie czegoś, natychmiast podejmie działanie (lub w krótkim okresie czasu). Natomiast mężczyzna nie zrobi tego od razu, ponieważ nie lubi, gdy wydaje mu się polecenia.  Wynika to z jego hierarchicznego patrzenia na otaczający go świat – jeśli posłucha rozkazu kobiety od razu, stanie w hierarchii niżej, dlaczego czeka. Wynika to z chęci wyobrażenia sobie, że robi to z własnej woli. Kiedy kobieta ponawia prośbę, on ponownie odwleka jej spełnienie.  Ta dam, stąd mamy kobiece zrzędzenie.

Ale, ale! Deborah nie skupia się tylko na kobietach. Ba, prowadzi opis obu płci w sposób równoległy, ja postanowiłam trochę to posegregować. Kobiety, jak pisałam, żyją w sposób budowania zależności, nie stawiają się w pozycji lepszej lub gorszej. Mężczyźni natomiast widzą świat na jeden sposób: hierarchiczny. Ja kontra reszta świata. Z pozoru brzmi to idiotycznie, ale prawda jest taka, że mężczyźni wszędzie widzą rywali, nie tylko w strukturze zawodowej. Dla nich całe życie to rywalizacja. Dlatego rozmowy mają dla nich charakter negocjacyjny, życie jest współzawodnictwem, walką o zachowanie niezależności i niepowodzenia.

Mężczyzna lubi być wysoko w hierarchii, nawet związek jest dla niego rywalizacją. Bzdura? Nic z tych rzeczy. Jeśli mamy grupę kobiet i mężczyzn, małżeństw, i mężczyzna „Adam” robi wszystko to, o co poprosi go „Ewa”, zostaje uznany za pantoflarza. Ona nim dyryguje, więc to ona nosi spodnie. Bywa tak, że kobieta ogrywa rolę mężczyzny, ale bywa też tak, że ich związek to nie hierarchia, a zależność i oboje są sobie równi. Niestety, w postrzeganiu innych mężczyzn, zależność nie istnieje, istnieje tylko hierarchia, a mąż słuchając żony, konsultując się z nią i pytając o zgodę, uznawany jest za słabeusza. Mylne, albo i prawdziwe jest przekonanie, że mężczyzna jest samodzielny, silny i nie potrzebuje niani. Nie mnie oceniać Darwina i ewolucji; mogę jedynie to oceniać jako kobieta, pod względem emocjonalnym.  

Dla niej rozmowa o planach jest zależnością, pokazuje w ten sposób mężczyźnie, że zależy jej na opinii i chce, by wszystko odbywało się za obopólną zgodą (aby uniknąć sporów). Typowy mężczyzna nie będzie konsultować niczego z żoną, ponieważ dla niego jest to jak proszenie o zgodę (co sugeruje, że jest niezależny i samowystarczalny). Rozmawiając o możliwości wyjścia, stawia się w hierarchii niżej od niej, co dla mężczyzny jest niedopuszczalne, bo walczy o jak najwyższą pozycję. Kobieta lubi mówić, że musi coś skonsultować – nie dlatego, że lubi niżej w hierarchii, ale pragnie pokazać, że druga osoba jest dla niej ważna.

Hierarchiczny pogląd na świat łączy się z czymś bardzo ważnym dla mężczyzny: niezależnością. Konsultowanie się przed podjęciem decyzji lub pytanie o zgodę to ograniczanie wolności, ich niezależności. Właśnie w tym miejscu bardzo często dochodzi do kłótni między partnerami w związku. Ona chce z nim porozmawiać o planach, a on po prostu chce podjąć decyzję. Kiedy on podejmuje decyzję bez niej, zaczyna się burza. Przychodzi zła do domu, zaczyna się awanturować, że on w ogóle nie bierze jej pod uwagę, że mu nie zależy, że nic go nie obchodzą jej uczucia. On zaczyna się denerwować, bo ogranicza jego wolność podejmowanie decyzji, próbuje zepchnąć go z hierarchii. Czuje się manipulowany. Atmosfera się zagęszcza, fala emocji i mamy kłótnię, która za którymś razem może zakończyć się tragicznie dla związku.

Czy w powyższej sytuacji jest jasne, że on jej nie kocha? Że mu nie zależy, że nie obchodzą go jej uczucia? Czy ona próbuje ograniczyć jego wolność, zrobić z niego pantoflarza? Na każde powyższe pytanie jest jedna odpowiedź: przecząca. Ona nie chce go kontrolować i ograniczać; ona chce być ważną częścią jego życia, chce mu to pokazać, chce czuć, że ich związek to zależność. Jemu zależy na niej, na jej uczuciach, ale nie widzi niczego złego w samodzielnym podjęciu decyzji.

Zabawne jest to, że bardzo często słyszę stwierdzenia odnośnie hierarchii. Na przykład, cała rodzina – mówię o wujostwie – uważa, że u mnie w domu rządzi ojciec, a moja mama nie ma nic do gadania. Prawda jest taka, że w moim domu rządzi matka. Wykorzystała swoją władzę do stworzenia zależności w domu. Każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie, wątpliwości, uwagi i wnioski. Nie pada słowo „nie” bez uprzedniego omówienia tematu. Rodzice zawsze rozmawiają, dzięki temu prawie nigdy się nie kłócą, bo znajdują rozwiązanie na spokojnie. Co najważniejsze, w tych rozmowach nie ma „tylko ja mam rację”. Rozmowa jest tabulą rasą, czystą kartą, gdzie każdy ma rację. Próbowałam to wprowadzić do swojego związku, ale okazuje się, że męskie „ja mam rację, bo myślę logicznie, ty nie masz racji, bo kierujesz się uczuciami” jest prawie niemożliwe do wyplewienia. Nie wiem jak moja mama to zrobiła, ale jak się dowiem, na pewno to opatentuję. 

Nie będę pisać więcej na temat poglądów kobiet i mężczyzn z osobna, a czas przejść do części wspólnej. Rzeczywistość, którą widzimy, teoretycznie jest taka sama, ale każdy z nas odbiera ją inaczej. Wydarzenia, sytuacje oraz rozmowy. W rozmowach nie jest ważne CO mówimy, ale JAK mówimy. Na tym tle wielokrotnie pokłóciłam się z Panem B.

Obraliśmy zasadę, że będziemy informować się nawzajem, co czujemy i jak jesteśmy krzywdzeni. Obróciło się to dość szybko przeciwko mnie, bo różniły się sposoby tego co mówimy. Starałam się zawsze delikatnie wszystko ubrać w odpowiednie słowa, nie chcąc krzywdzić drugiej osoby. Druga osoba natomiast dobitnie pragnęła mi pokazać, jaką krzywdę robię, dlatego opowiadała to samo na wiele sposobów, bym czuła się z tym faktem jak najgorzej. Przynajmniej tak odbierałam jego zachowanie. Kłóciliśmy się o nie o to, że mi mówił takie rzeczy, ale o to, że nie brał pod uwagę sposobu, w jaki to mówi. Dla niego liczył się tylko komunikat. Dla mnie różnie ważny był metakomunikat, czyli informacja utajona.

Metakomunikaty są interpretowane, a nie jasno powiedziane, jak słowa. Dlatego ktoś może źle odebrać to, co chcemy przekazać. Uśmiechając się przy przekazywaniu tragicznych informacji, metakomunikatem może być to, że śmiejemy się z cudzego nieszczęścia. Chcąc komuś pomóc, mówiąc mu jednocześnie, że mamy w tym doświadczenie, metakomunikatem może być przechwałka (jestem lepsza) i obraza (jesteś gorszy). To nie jest nasza wina, podobnie nie jest to winą odbiorcy. Nie nadinterpretuje naszego zachowania, co w takich sytuacjach zarzucamy. Po prostu nas tak odebrała, bo daliśmy taką możliwość. To samo zachowanie może zostać odebrane inaczej przez kobietę i przez mężczyznę.

Dlatego też sytuacje takie utwierdzały mnie tylko w przekonaniu, że nie tylko co mówimy jest ważne, ale jak mówimy i w jakich okolicznościach. Deborah Tannen również to zauważyła i wyodrębniła różne sytuacje, w których zdarzają się nieporozumienia.

Widać to w przypadku sformułowań wyrażających troskę albo współczucie. Mogą być interpretowane jako przejaw podzielania uczuć osób równych sobie, albo jako przejaw zainteresowania osoby wyżej w hierarchii. Dlatego współczucie i troska może zostać zinterpretowane w dwojaki sposób w zależności, jak odbiorca postrzega świat. Jest to moment, w którym łatwo o wszelakie kłótnie.

W przypadku obierania troski jako przejaw zainteresowania osoby wyższej w hierarchii, rozumiana jest jako kpina osoby w lepszej sytuacji, przejaw protekcjonalizmu. Właśnie w powyższy sposób najczęściej odbierają mężczyźni. Przykładem Debory jest niepełnosprawny alpinista Tom Whittaker. On sam mówi: „Nie można żywić współczucia dla kogoś, kogo się podziwia”. Asymetria, czyli niezależność wprowadza współzawodnictwo. Pozwolę sobie przytoczyć dłuższy fragment, przedstawiający sytuację z życia Autorki:


„Na przykład kelnerka w klubie jazzowym poleciła mi kraby, które okazały się okropne. Nie byłam pewna czy odesłać j do kuchni, czy nie. Kiedy kelnerka podeszła i zapytała jak mi smakują, powiedziałam, że kraby nie są specjalnie smaczne. Zapytała: „Dlaczego?” patrząc w stolik, mój mąż powiedział: „Nie smakują jak świeże”. Kelnerka odcięła się: „Są mrożone! Czego się pan spodziewa?” Spojrzałam wprost na nią i powiedziałam: „Po prostu nam nie smakują”. Odparła: „Jeśli tak, to mogę e zabrać i przynieść państwu coś innego”.

Kiedy odeszła z krabami, roześmialiśmy się, bo uświadomiliśmy sobie, że automatycznie odegraliśmy scenariusze. Jej pytanie „Dlaczego?” mój mąż potraktował jako wyzwanie, któremu powinien sprostać. Nie lubi się kłócić, więc odwrócił wzrok, aby złagodzić to, co w jego pojęciu było obowiązkową ripostą – instynktownie czuł, że powinien powiedzieć coś niepochlebnego o krabach, żeby usprawiedliwić mój zarzut (kłócił się za mnie). Ja potraktowałam pytanie „Dlaczego?” jako prośbę o informację. Instynktownie poszukałam sposobu podtrzymania swojej racji bez jednoczesnego obwiniania kelnerki. Może dlatego przychylniej zareagowała na moje podejście, że była kobietą”.

Podobnie jak troskę i współczucie, w dwojaki sposób można odebrać oferowanie pomocy. Jeśli służy ono potrzebom osoby wspomaganej, jest to postępowanie wielkoduszne. Jeśli jest jednak niepotrzebne (kiedy ktoś sobie radzi, a jednak ktoś proponuje pomoc), stawia ono jedną osobę w sytuacji uprzywilejowanej, więc wyższej w hierarchii. Bynajmniej, nie jest to osoba, której oferuje się pomoc. Metakomunikat oferowania pomocy może być odebrany:

„To jest dla ciebie dobre” albo „Mam lepsze kwalifikacje od ciebie”.

Wszystko zależy od tego, co się mówi, jak się mówi i jak działa. Przykładowo, aby wyrazić współczucie (i by było wiarygodne), należy mieć odpowiedni ton, dobrać właściwe słowa i przede wszystkim, nie szczerzyć się jak głupiec (czyli zachować odpowiednią mimikę twarzy). Zaburzenie którejkolwiek struktury wypowiedzi sprawia, że meta komunikat jest zmieniony. Dlatego sztuka konwersacji nie jest taka prosta jak mogłoby się wydawać. Metakomunikaty pozwalają zinterpretować padające w związku z nią wypowiedzi. Deborah bardzo ładnie pisze na ten temat: „Jeśli będzie się mówiło do innych jak student szukający rady czy wyjaśnień, można być postrzeganym jako osoba niepewna, niekompetentna lub naiwna. Nasze reakcje na to, co mówią inni często są wywołanie przez nasze odczucia, w jakie ramy nas oni ujmują.”

Co zabawne, a jednocześnie najprawdziwsze (dopiero teraz odnalazłam ten fragment i postanowiłam się nim podzielić) jest zawarte we fragmencie dotyczącym uprzejmości, odnoszącym się jednocześnie do feminizmu. Raczcie wybaczyć za tak wielokrotne cytowanie niektórych fragmentów, ale nie sposób o nich pisać tak, by nie były nieudolną parafrazą. Tymczasem: 

„Rycerskiemu mężczyźnie, który otwiera przed kobietą drzwi lub gestem przepuszcza jej samochód, chodzi zarówno o status, jak i powiązania. Różnicę statusu sygnalizuje metakomunikat dotyczący kontroli: kobieta otrzymuje pierwszeństwo przejazdu nie dlatego, że jest do niego upoważniona, lecz dlatego, że mężczyzna jej go udzielił, a więc kobieta zostaje ujęta w ramy osoby podporządkowanej. Ponadto Ci, którzy mogą udzielać przywilejów, mogą także zmieniać zdanie i je wycofywać. Z tego właśnie powodu niektóre kobiety określają takie szarmanckie gesty jako przejawy „męskiego szowinizmu”. Te, które doceniają w nich uprzejmość, widzą tylko powiązanie: „On jest miły”.”

Tak sobie myślę… Przyglądał się ktoś jak mężczyzna otwiera drzwi przed kobietą, ona wchodzi i pozostaje trzech innych mężczyzn. Pojawia się wówczas mała rywalizacja przepuszczania. Jak tak o tym myślę, to trochę śmiać mi się chce.

Ale, ale, nie mogę się rozpisywać za bardzo, wiec pora kontynuować analizę. Nie wiem ile kobiet ma tak jak ja: jedziecie samochodem, musicie ostro hamować i łapiecie pasażera obok wysuniętą dłonią. Nie uchronicie go, ale i tak próbujecie. U mnie zaczęło się to od wożenia torby jako pasażera i przy każdym mocniejszym hamowaniu musiałam ja łapać. W efekcie końcowym, łapię wszystko i wszystkich (pozdrawiam Cię Aniu!). Jest to gest opiekuńczości, chęci ochronienia tego, co jest dla nas ważne lub za co czujemy się odpowiedzialni (Wybacz Aniu za uprzedmiotowienie). Wyciągnięta dłoń to symboliczny gest. Dlaczego o nim piszę? Ponieważ pisała o nim również Deborah w swej książce.

Przy tej sytuacji odniosła się do innych w sytuacji, w których mężczyzn najzwyczajniej w świecie denerwowała troska kobiet. W pojęciu kobiety powinni się cieszyć, że są ważni, że ktoś o nich dba, i tak dalej, i tak dalej. W pojęciu mężczyzn jest traktowany jako niedorajda, co gorsza, jak dziecko. Kobieca opiekuńczość przejawia się najczęściej w hierarchii matka – dziecko. Specjalnie użyłam słowa hierarchia, ponieważ mężczyźni bardzo je lubią. Deborah pisze: „Akt ochrony ujmuje osobę ochraniającą w ramy dominującego, a ochranianą w ramy podporządkowanego”. To jedno zdanie, w świetle wcześniejszego punktu widzenia mężczyzn jest chyba oczywiste, prawda?

Pisałam, że kobiety uwielbiają wszystko konsultować i omawiać. Wszystko. Jest to odbierane jako słabość (kobieta – słaba płeć, bla bla). W książce jest przytoczona sytuacja, w której kobieta dziękuje w książce swojemu mężowi za dyskusje n temat przedmiotu rozważań. Pewien mężczyzna odebrał ją jako osobę niekompetentną i niepewną siebie, ponieważ musiała konsultować się z mężem. W jego przekonaniu nie pracowała samodzielnie. Ważne jest to, że kobieta nie była zależna, nie musiała niczego konsultować. Po pierwsze, chciała, a podziękowaniami doceniła wkład wniesiony przez męża.

Ale, ale! To wszystko musi mieć gdzieś swój początek, prawda? Wszystko ma początek, to również, a zaczyna się to już w dzieciństwie. Pominąwszy wtłaczanie do głów dzieci, że chłopiec ma być silny, nie może płakać a dziewczynka ma być delikatna i zadbana, wtłaczamy im style konwersacyjne. Może nawet nie tyle wtłaczamy, co one same odnajdują je w sobie. Poświęcony temu został fragment, dość długi i bardzo ciekawy, który zdecydowałam się sfotografować. Oto on:

 

 To, co napisałam, to raptem omówienie pierwszego rozdziału książki Debory Tannen, którą to bardzo polecam. Napisana prostym, przyjemnym językiem zdradza tajemnice nas, ludzi, a co jeszcze śmieszniejsze, uświadamia nam to, co już wiemy. Aż się prosi, by całość podsumować jednym, niedługim cytatem:
 
„Wszyscy najbardziej pragniemy zostać wysłuchani – lecz nie tylko. Chcemy być zrozumiani – chcemy, by inni słyszeli to, co w naszym pojęciu akurat mówimy, co chcemy przekazać. Wzrostowi świadomości tego, w jaki sposób kobiety i mężczyźni posługują się językiem powinno towarzyszyć zanikanie stwierdzenia: „Bo ty nic nie rozumiesz!”.



PS. Wiem, że nie powinno kończyć się cytatem żadnych tekstów.




[i] Deborah Tannen: Ty nic nie rozumiesz. Warszawa 1994, str. 23-54.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.