• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

sobota, 29 sierpnia 2015

#75 Kiedy plan A nie działa, czas na...

Photo credit: WorldIslandInfo.com via Foter.com / CC BY
Uwielbiamy planować, bo czujemy się wtedy pewniejsi; mamy wrażenie, że panujemy nad otaczającą nas rzeczywistością. Wrażenie złudne, bo wystarczy, że z całego mechanizmu planowania wypadnie jeden element - wówczas wszystko sypie się jak domek z kart. Sytuacje takie zdarzają się nam każdego dnia: ucieknie nam autobus i musimy przełożyć spotkanie; nie chcemy być gdzieś punktualnie, ale akurat nie możemy znaleźć słuchawek; zapominamy tego, co mieliśmy ze sobą wziąć.

Podobnie było przy moim wypadzie do Wrocławia, kiedy to zaplanowaliśmy, że o ósmej wyjedziemy. Wyjątkowo, wszystko szło zgodnie z planem. Pakowanie, śniadanie, p u n k t u a l n i e, wedle zegarka. Żadnych opóźnień. Dlaczego nie wyczułam, że to podstęp?
Kilka minut po wyjeździe usłyszałam, jak koło trze o nadkole. Niedobry znak. Każda dziura wyraźnie odbijała się na stanie opony, a to z kolei odbijało się na moim humorze. Nie ma możliwości byśmy dojechali na w miarę na czas. Zawróciliśmy i musieliśmy kombinować z samochodem. Ford rodziców znajdował się u brata; auto brata pożyczył wujek. Tak więc musiałam wpierw pojechać moim samochodem do wujka, zabrać samochód brata, odwieźć, wziąć Forda rodziców, wrócić po mojego peugeota i wrócić do domu, by go odstawić. Straciliśmy ponad godzinę na samochodowej wymianie.


Niby tylko godzina straty w planie, ale wszystko posypało się jak domino. Do Wrocławia dotarliśmy po dwunastej, więc plac treningowy od chłopaków zdążył się nagrzać, a samo słoneczko niemiłosiernie przygrzało. Dlatego zwinęliśmy się i pojechaliśmy do hostelu, w którym wynajmowaliśmy czteroosobowy pokój. Panowie oglądali sobie filmiki na fejsie, a my, dziewczyny, oglądałyśmy film. W efekcie czego, panowie poszli spać. Wstali około szesnastej-siedemnastej z zamiarem pójścia na obiad, a później na trening. Niestety, zaczęło padać i z treningu po raz drugi nici, a sam obiad stanowił nie lada wyzwanie. Nie wzięliśmy żadnych naczyń i garnków, a sam hostel został z takowego sprzętu rozkradziony. Niestety; dlatego pozostało nam poszukanie gotowych dań w plastikowych kubkach.

Pierwszy dzień wspaniałego wypadu spędziliśmy w hostelu, a nie tak jak planowaliśmy - w terenie. A to wszystko przez jedne trące o nadkole koło.

Znacie podobne sytuacje, kiedy to wystarczy, że jeden malutki trybik wypadnie z maszyny, a wszystko rozsypuje się po ziemi. Nieporadnie próbujemy pozbierać całość do kupy, ale tego co się stało nie można uratować. Najgorsze co możemy zrobić, to się denerwować. Psujemy humor sobie, współpasażerom. Możemy to wszystko odwrócić na naszą korzyść, nie trzymając się sztywno planu, tylko kombinując na rzecz przyjemnego dnia.

Nie denerwujmy się na to, na co nie mamy wpływu. Bo po co? 

2 komentarze:

  1. Ach, to planowanie... Lubię sobie też wszystko idealnie zaplanować, a potem okazuje się, że właśnie jedna rzecz pójdzie nie tak, i trzeba nieco zmienić scenariusz czy to podróży czy czegokolwiek. ;)
    Pozdrawiam
    A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdarza się, zdarza, ale nie ma co narzekać. Ważne, że tylko takie wydarzenie popsuło wasze plany, a nie coś naprawdę złego. Wypadki zdarzają się każdemu, więc warto je przyjmować w kategorii wyzwania a nie problemu.

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.