• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

środa, 2 września 2015

#76 Zdrowa żywność = martwy biznes

Photo credit: theglobalpanorama via Foter.com / CC BY-SA
Pierwszy wrzesień już za nami, więc rozpoczął się wielki powrót do szkoły (dzień wczorajszy to tylko oficjalne zakończenie wakacji). Dopiero dzisiaj zaczął się prawdziwy dramat młodzieży szkolnej, ale czy tylko? Nie wiem ile osób jest świadomych wprowadzenia w życie ustawy o zdrowym żywieniu w szkołach, które najprawdopodobniej doprowadzi do ruiny większość, o ile nie wszystkie małe działalności gospodarcze, takie jak sklepiki szkolne. 
Znam życie szkolne jako uczeń i znam życie szkolne jako były pracownik sklepiku. Czytałam ustawę o zdrowej żywności: to co można sprzedawać, to co oficjalnie pisze o niej rząd i pozostaje mi tylko jedno: śmiać się.

Od 1 września w szkołach nie wolno będzie sprzedawać produktów, których spożywanie może prowadzić do przewlekłych chorób dietozależnych. Ze szkolnych sklepików zniknąć mają chipsy, batony i słodkie napoje. Źródło

Teoretycznie, jestem zwolenniczką zdrowego żywienia i z głębi serca popieram nową ustawę. Usunięcie chipsów, batonów, napojów typu cola jest czymś, co powinni zrobić dawno temu, przede wszystkim w szkołach podstawowych. Wprowadzenie jogurtów i owoców to świetny pomysł! Niestety, nowa ustawa obejmuje również szkoły średnie, wprowadzając tym samym niezłe zamieszanie oraz paradoks. Dlaczego? 

Daję pierwszy z brzegu przykład - należy sprzedawać jogurty i soki owocowe. Zalecane, sama jestem za, ale jednocześnie ta sama ustawa wyklucza sprzedawanie produktów z ilością cukru powyżej 10gram na 100 gram produktu. Słusznie, cukier jest niezdrowy dla organizmu, a jego nadmiar prowadzi do nadwagi i cukrzycy. By pomóc mojej mamie w przygotowaniach do roku szkolnego, poszłam na dział nabiału do kauflandu i przeżyłam szok. Danonki, Bakusie, wszystkie jogurty pitne i wiele, wiele innych (nie udało mi się przejrzeć wszystkiego) są zakazane. Dlaczego? Mają więcej niż 10 gram cukru. 
Danonki, produkt rekomendowany przez Instytut Matki i Dziecka, jest przyczyną przewlekłych chorób dietozależnych.  

  • Następny paradoks, w szkole średniej nie można sprzedawać prawdziwej kawy, tylko kawę zbożową, do tego słodzoną miodem. Miodem. To cholernie drogi specyfik słodzący! Zresztą, niech będzie ten nieszczęsny miód, ale kawa zbożowa? Bądźmy szczerzy, kto z nas idąc do sklepiku, chce kawy zbożowej, a nie tej prawdziwej, z kofeiną? 
  • Wszelkie batoniki, nawet te dla dzieci, są zakazane. Czasami człowiek potrzebuje potężnej dawki cukru; ma ochotę na coś słodkiego. Ile razy ja mam chcicę na słodkości? Dość często, a gdybym teraz chodziła do szkoły, przyjemność ta zostałaby mi odebrana.
  • Nie wolno sprzedawać napojów powyżej 0,33l, więc... Jak chłopcy w szkołach sportowych mają się napić malutkim napojem? Półlitrowa butelka to za mało po dwóch godzinach intensywnego biegania, a co dopiero 0,33litra! 
  • Malutkie napoje? Wiedzieliście, że zakazany jest również Kubuś i Bakuś, napoje dla dzieci? Odpadają również Tymbarki, Hortex itd. Nie wolno też sprzedawać wód smakowych. Co można? Wodę i może kilka soczków. 
  • Jogurty - zalecane - są jednocześnie zakazane, albowiem tylko jogurty naturalne mają poniżej 10gram cukru. Ręce opadają.
Produktów i paradoksów tego typu jest znacznie więcej, bo nowa ustawa jest tak restrykcyjna, że większość działaczy i właścicieli najpewniej zbankrutuje. Do listopada cały dotychczasowy towar musi zostać wyprzedany, jest to ostania szansa na zwrot inwestycji. Niestety, wraz z tą ustawą, napłynie wiele rezygnacji. Ciężko prowadzić interes, kiedy ustawa coś rekomenduje, jednocześnie tego zakazując. 
Poza tym, zakaz kawy i napojów powyżej 0,33litra w szkołach średnich? Zakaz fastfoodów, na zasadzie hot doga czy hamburgera, będących jedyną szansą na ciepły posiłek? Ustawa, która ma ratować zdrowie, jednocześnie stwarza zagrożenie, bo młodzież na pewno zacznie opuszczać teren szkoły w poszukiwaniu budek fastfoodowych, gdzie żywność jest jeszcze bardziej niezdrowa. Co więcej, to co zostało zakazane, będzie dalej kupowane w zwykłym sklepie w drodze do szkoły.


 Co jeszcze śmieszniejsze, będzie kupowane przez rodziców dla ich pociech.  


To nie tak, że jestem przeciwniczką zdrowego żywienia w szkołach. Uważam to za świetny sposób walki z otyłością, ale nie sądzę, by działania rządu przyniosły dobry skutek w szkołach średnich, naprawdę. Do szkół podstawowych i szkół gimnazjalnych chodzą dzieci, nie do końca przejmujące się problemem otyłości i zdrowia, skupiające się na zabawie i udawaniu dorosłych. Szkoły średnie różnią się pod tym względem tym, że młodzież zdaje sobie sprawę ze konsekwencji swojego trybu życia. Są na tyle dojrzali, że mogą sami decydować o tym, co sobie kupią (czy wolą coś zdrowego czy dobrego). 

Poza tym, sami będą mogli kupić to w zwykłym sklepie. Czyli co, następnym krokiem rządu będzie batoniki i coca cola na dowód? 

17 komentarzy:

  1. Coś mi się tam obiło o uszy, że mają w sklepikach szkolnych zrobić porządek, ale nie zagłębiałam się w szczegóły. Nie wiedziałam, że może być maksymalnie 10g cukru na 100g produktu ;o I że w związku z tym Danonki są zakazane. Nie przesadzajmy. Człowiek w swojej dziennej diecie potrzebuje wszystkiego - cukru, białka, pierdyliarda witamin - tylko trzeba wiedzieć, ile tego potrzeba. To nie tak, że cukier jest nam w ogóle niepotrzebny. Potrzebujemy go tak samo jak wapnia, czy magnezu, by prawidłowo funkcjonować.
    Jeśli chodzi o kawę, to moim zdaniem nie powinno jej być w podstawówce i gimnazjum (ponieważ podnosi ciśnienie, co faktycznie nie jest zdrowe). O kawę w liceum już bym się nie czepiała. Bez przesady, to są prawie dorośli ludzie. Tak swoją drogą, co Ci się nie podoba w kawie zbożowej? :) Nie ma kofeiny, ale zawsze to jakiś ciepły napój. Ale słodzona miodem - to nawet nie jest warte komentarza... Zakaz batoników, ale miodek pasuje? Przecież to też słodkie.
    Sprawy napojów nawet nie skomentuję. Śmiech na sali. Dzieciaki siedzą po 8 godzin w szkole (zdarza się i dłużej - dodatkowe zajęcia, wyrównawcze, czy inne podobne). W tym czasie często mają lekcje wychowania fizycznego, zdarza się nawet, że po 2 godziny. I butelka 0,33l wody ma im wystarczyć? Ja bym przynosiła z domu 1,5l. No co, chyba nikt nie ma prawa mi zabierać...
    Meh, Polska. Mój kraj - taki piękny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z każdą kolejną wprowadzoną ustawą w naszym kraju mam wrażenie, że skutki eksterminacji polskiej inteligencji ciągną się do dzisiaj. W rządzie zasiadają amatorzy, dla których podstawy takie jak logiczne myślenie czy choć ogólne rozeznanie w temacie (nie trzeba być doktorem habilitowanym dietetyki, żeby przeczytać skład na jogurcie) są poza ich zasięgiem. Typowo lewicowe myślenie i odmóżdżanie społeczeństwa, które i tak zrobi co chce. Proponuję wprowadzić rewizję plecaków w poszukiwaniu wnoszonych toksycznych Kubusiów i ustawić odpowiednie służby pilnujace porządku na przerwach i donoszące o przewinieniach, myślę, że niektórzy z szanownych rządzących mogliby się spokojnie odnaleźć w tej roli ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w zupełności; nie zapomnijmy jeszcze o coli na dowód, ponieważ ktoś poniżej 18 lat nie może sam o sobie decydować. To rząd wie co jest dla niego najlepsze. Ta ustawa to jedna wielka paranoja, czytałam te wszystkie punkty i śmiałam się z każdego po kolei. Moja mama sprzedawała taki fastfood:
      zapiekanka = świeża bułka + świeża szynka + świeży ogórek + świeży ser + przyprawa + ketchup
      hot dog = bułka + parówka + świeża sałatka + ogórek + sos
      Jeśli ktoś mi powie, że jest to niezdrowe, bo raptem podpieczone w mikrofalóce, to go wyśmieję. Pracowałam w budce z fastfoodami i WIEM jak tam wygląda przygotowywanie. Obrzydza mnie takie jedzenie...

      Usuń
  3. O wszystkim dowiedziałam się w dni rozpoczęcia roku szkolnego, kiedy to zauważyłam, że z automatu, w którym to kupowało się w mojej szkole napoje z puszki, zniknęła coca-cola i jej kolorowe siostry, a na ich miejsce przyszły sok i woda. Pierwsze wrażenie? Czemu nie, w sumie to nawet sensowny pomysł. Jak komuś będzie się bardzo chciało słodkiego napoju to ruszy swoje cztery litery piętro niżej do sklepiku... i tu spotkała mnie niespodzianka, bo uświadomiono mi, że sklepik zostanie zamknięty z powodu opisywanej w tym poście ustawy. Okej, może nie serwował bio/ eko/ fit rarytasów, a za naprawdę pyszną sałatką trzeba się było nieźle nastać w kolejce i to bez pewności, że jeszcze jest... ale, do cholery, odebrano naszemu liceum najlepsze drożdżówki jakie wielu z nas miało okazję zjeść i inne kulinarne udogodnienia. Automatu z kawą też chcą się pozbyć, póki co jeszcze stoi i niektórzy korzystają, ile mogą.

    Jestem licealistką i czuję się, jakby traktowano nas jak bandę dzieciaków, która chodzi do szkoły tylko po to, by pod pretekstem drugiego śniadania wydać połowę kieszonkowego na słodycze. Podstawówka i gimnazjum - tam powinno zadbać się o odpowiednie zaopatrzenie sklepików i starać się uświadamiać młodych obywateli.

    + Podpisuję się pod słowami Miss Sleepy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sklepiku mamy też wycofano sałatkę, bo niezdrowa; drożdżówki i pączki, bo za tłuste. Chłopcy z profilów sportowych przychodzą wygłodniali, chcą konkret na ciepło i co, może im co najwyżej bułkę podgrzać, choć jeszcze nie wiadomo, bo podgrzany ser będzie za tłusty.
      Poza tym, w sklepikach nie sprzedaje się tylko niezdrowych rzeczy. Na pewno znajdowały się i to, co zakazane, jak i to, co zdrowe. Każdy miał WYBÓR, a nie był zmuszany.

      O właśnie, śmiać mi się chce. Suszone owoce są zakazane. Doprawdy?

      Usuń
  4. Własnie też poruszyłem ten problem na swoim blogu.:) A teraz wchodzę i patrzę, że nie tylko mnie to poruszyło.

    http://lifethru.wix.com/lifethrublog#!Back-to-school-Niekoniecznie/c218b/55e7180d0cf28ffc7eef2ec6

    Jak dla mnie troche bzdurne. Przecież w sklepikach z boku szkoły już to wszystko nie jest zakazane?...To rodzice są od nauki dzieci o odżywianiu a nie sklepiki szkolne..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A McDonald niedaleko jak stał, tak stoi. Witaj Polsko!

      Usuń
  5. W takiej chwili cieszę się, że jestem studentem i nie obowiązuje mnie ta ustawa, chociaż kto wie co jeszcze strzeli do głowy naszym politykom. Pamiętam, że ja nigdy nie chodziłam do szkoły z nadzieją i przeświadczeniem, że zaopatrzę się w szkolnym sklepiku w niezdrowe jedzenie. Owszem były dostępne batoniki i cola, ale jak mam być szczera więcej uczniów kupowało wodę, więc chyba zdawali sobie sprawę ze swojego zdrowia i żadna ustawa nie jest im do tego potrzebna.

    OdpowiedzUsuń
  6. Powinni edukować dzieciaki i rodziców, bo każdy zakaz da się obejść. Dam sobie rękę uciąć, że rodzice będą osobiście wkładali dzieciom batoniki do plecaka, a licealiści pójdą do pobliskiego sklepu jak ich ochota najdzie. Dobrze, że coś w tej kwestii się ruszyło, ale jak zwykle ktoś nie pomyślał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100%. Pomysł dobry, wykonanie fatalne, a konsekwencje opłakane...

      Usuń
  7. Świat stanął na głowie... Dobrze, że już zakończyłam swoją edukację jakieś 5 lat temu... Na studiach nikt z tego problemu nie robi, ale cóż szkoła.

    OdpowiedzUsuń
  8. To kupią sobie termokubki i zaczną nosić własną kawę. Batony i colę kupią w sklepie w drodze do szkoły i w ten oto sposób, tak jak zauważyłaś, sklepik umrze śmiercią naturalną.

    Ja mam 6-latka w szkole więc temat sklepiku mnie póki co nie dotyczy, bo syn po prostu nie dostaje pieniędzy do szkoły i wątpię, by kiedykolwiek zaczął dostawać. Z resztą, obecnie i tak zbytnio sobie tam nic nie kupi.

    Wielkość butelek z piciem jest dla mnie hitem o którym nie miałam pojęcia. W ten oto sposób do szkoły będzie się nosiło własne, duże butelki z wodą.Mój pierwszak zabiera ze sobą więcej wody z domu.

    Podsumowując. Póki co na szczęście nie ma zakazu wnoszenia na teren szkoły produktów zakazanych. Nie wolno ich po prostu na terenie szkoły kupić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na terenie szkoły kupić nie wolno, ale obok już tak. Co więcej, 0,33 litra to maksimum, ale Twój synek (mam nadzieję, że dobrze wnioskuję) teraz jest skazany na dodatkowe noszenie półtora kilograma wody tylko dlatego, że nie dostanie go na miejscu.
      Wiem, pisałaś, że dziecko nie dostaje kieszonkowego na łakocie, ale załóżmy, że czyjeś dziecko dostawało. I zamiast nosić butelkę tylko w szkole i tylko tyle co musi, teraz jest skazane na ciągłe noszenie dodatkowych kilogramów.

      (Ja dostawałam od podstawówki kieszonkowe na łakocie, 10 zł tygodniowo, ale sumiennie odkładałam je do skarbonki i po kilku miesiącach zamiast kilogramów, miałam pierwszy aparat fotograficzny za własne pieniądze ^^)

      Usuń
  9. Nie zdziwiłbym się, gdyby wzrosła liczba wypadków w okolicach szkół. Bo "chciałem skoczyć do sklepiku na przeciwko po dużą wodę mineralną na przerwie". Niewykluczone jest również powstanie ciasteczkowego podziemie, a co za tym idzie rekrutowanie konfidentów wśród szkolnych uczniów przez dyrekcje. Chyba pora na nową Wrześnię! Zrywy występowały już przecież z wielu błahych powodów, jak choćby podwyżek cen szynki! ;]

    OdpowiedzUsuń
  10. Też ciesze się, że jestem studentką. Sama nie wobrażam sobie przetrwać zimy w szkole, gdzie jest zimno bez gorącej czekolady lub kawy, albo malej dawki cukru. Dodam, ze takze jestem zwolenniczka zdrowego zywienia, w koncu studiuje technologie zywnosci i zywienie czlowieka, ale nie przesadzajmy. Nie można dosłownie wszystkiego odciąć, zwłascza, że w dzisiejszych czasach niektóre dzieci pełno słodyczy jedzą..

    OdpowiedzUsuń
  11. Ooo masakra, jak dobrze, że w tym roku na studia idę! Odkąd w sklepiku pojawiło się moje ukochane latte piłam je zawsze, gdy oczy mi się same zamykały na lekcjach. Przesadzili i to ostro. Owszem, likwidacja chipsów jest spoko, w sumie u mnie w liceum ich i tak nie było. W podstawówkach jak najlepiej, że nie ma być coli itp. Ale to przesada, serio. U nas w szkole ciągle były afery, że uczniowie na przerwie wychodzą do sklepu, do którego prowadzą dwa przejścia dla pieszych ze światłami, ciekawe, co będzie teraz jak wprowadzą ten "cudowny" pomysł.. A w sumie fast foodu nie musi być w sklepiku. U nas właścicielka codziennie przywoziła ogromny gar domowej zupy, codziennie do lodówki trafiał przygotowany makaron, zależnie od dnia spaghetti, ze szpinakiem, z brokułami do podgrzania, sałatki domowe, naleśniki do podgrzania. Pewnie nie wszystkim by się chciało, ale tej właścicielce chciało się zrobić krok do przodu i dzięki kolejki do sklepiku były jeszcze większe, a co za tym idzie - zarobek wzrósł. Przeniosą sklepiki obok płotu szkoły :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Ustawa o pięknej idei w praktyce może okazać się gwoździem do trumny dla małych przedsiębiorców. Przekąski wskazane przez ministerstwo będą drogie dla uczniów, bo produkty te same w sobie kosztują a przecież właściciel prowadzi biznes a nie uprawia wolontariat co jeszcze podniesie ich ceny.

    Ja zawsze uważałem, że tylko my jesteśmy w stanie podjąć decyzję o tym co jemy, jeśli ludzie będą bardziej świadomi pewnych spraw to produkty jak chipsy, cola czy paluszki będą miały mniejsze wzięcie. Nawyki żywieniowe tak wiele innych spraw wychodzą z domu i jeśli w domu popija się colę i przegryza chipsami to żadna ustawa temu nie zaradzi.

    Ustawa sprawia, że właściciele będą musieli zmienić profil sklepiku, czas pokaże ilu z nim uda się przetrwać oraz czy prowadzenie takich punktów gastronomicznych będzie opłacalne.

    Czytałem kilka temu o awanturze polskich rodziców z dyrekcją jednej ze szkół publicznych w Norwegii. Dyrektor ostrzegł rodziców, że jeśli ich pociecha będzie przynosić colę do szkoły to może zostać z niej wyrzucona. Uważam, że jeśli ma to pójść tym torem to należałoby wprowadzić zakaz przynoszenia niezdrowych produktów do szkół i placówek oświatowych.

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.