• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

piątek, 20 listopada 2015

#87 Chappie - monstrum Frankenstein'a?







Mówimy o sobie jako o narodzie romantyków; że romantyczne cechy wyssaliśmy z mlekiem matki; że Mickiewicz i Słowacki to wielcy poeci, wieszcze narodowi, idole każdego z nas. Wpycha nam się do głowy „Pana Tadeusza”, „Balladynę” czy „Zamek kaniowski”. Nieważne o jakiej lekturze teraz mówimy - mówimy o koncepcjach romantycznych. Romantyzm to nasza epoka, epoka uczuć, śmierci, powstań i walki o niepodległość. Prawdę mówiąc, nienawidzę tego; rzygam tym. Nie mamy nic wspólnego z twórcami i ideami sprzed wielu, wielu lat. Wmawia się nam romantyzm, choć tak naprawdę gdy podłoży się nam go pod nos, nie wiemy o nim nic. Bo czymże jest romantyzm? Romantyzm to, romantyzm tamto. Werter umiera z miłości, u Mickiewicza krzyczą o walce za Polskę. Czym jest romantyzm zatem? Po czym poznać romantyzm gdy się go widzi?

Nigdy nie lubiłam romantyzmu – zarówno epoki jak i dzieł, którymi faszerowano nas w szkole. Epoka mdła, ckliwa, pełna atencyjnych kurewek. Epoka nawołująca do walki za kraj, kiedy ten kto krzyczy, siedzi za granicami, bezpieczny od terroru. Moja niechęć nigdy nie była winą epoki – co to, to nie. To wina nauczycieli, tego jak wkładali nam do głowy Mickiewicza i Słowackiego, tego jak katowali nas romantycznymi ideami. Romantyzm jednak nie zamyka się na tych dwóch twórcach (wiedzieliśmy o tym? Ach, skądże!). 

Najbardziej znienawidzonym dziełem dla mnie zawsze były „Cierpienia młodego Wertera”. Znacie to, prawda? Ckliwy bohater zabija się z miłości. Och, jakie to wspaniałe, jakie romantyczne, jak bardzo kopiowane przez współczesne autorki (która kobieta nie marzy o mężczyźnie, który jest gotowy umrzeć dla niej?). Nienawidziłam tego dzieła do czasu; a konkretniej do czasu wykładów Literatury na świecie, gdzie nie uczymy się o dziełach, ale o autorach. Jednakże, nie uczymy się podręcznikowe „żył i umarł”, a raczej dowiadujemy się tego, co kobiety kochają najbardziej. Dowiadujemy się ploteczek, pikantnych ploteczek z życia autorów. Nagle to ckliwe dzieło Goethego przestało być ckliwe, a stało się pikantną ploteczką, ponieważ zawarte w książce informacje pochodzą z życia autora. Goethe opisuje prawdziwe wydarzenia i tylko podsyca skandal; skandal (dzięki niemu) znany na całą Europę. Nagle Werter przestaje być Werterem, staje się Jerusalemem, przyjacielem Goethego. Lotta przestaje być Lottą, staje się Charlottą, ukochaną Wertera. Powieść przestała być ckliwym wymysłem, a stała się literaturą faktu¸ a raczej literaturą plotki. 

Nie chcę jednak pisać o twórczości Goethego, Mickiewicza czy Słowackiego. Chcę powiedzieć, że romantyzm jest ciekawszy niż wmawiano nam w szkole. Dlaczego? Któż z nas nie słyszał o Frankensteinie? Ikona popkultury, wielokrotnie ekranizowana i przedstawiana w mniej lub bardziej ekspansywnych ekranizacjach. Frankenstein powstał (tak, tak!) w romantyzmie i wcale nie miał ograniczać się do elementów grozy; nie miał stać się czymś, czym miałoby się straszyć małe dzieci w Halloween. 

Powieść ta zawierała w sobie koncepcje romantyczne, bardzo popularne, a jednak przez naszych nauczycieli bardzo niedoceniane. Czy ktoś wiedział, że to powieść romantyczna? Bo ja dowiedziałam się dopiero na studiach i to po egzaminie z romantyzmu; dowiedziałam się przypadkiem na niezwiązanych z tą epoką wykładach. Nie chodzi mi jednak by krytykować współczesną nam szkołę i edukację. Wręcz przeciwnie, chcę pchnąć do sięgnięcia po tę jakże popularną powieść. Popularną nie dlatego, że wszyscy ją czytają; wręcz przeciwnie. Przeprowadzono eksperyment, gdzie na 800 pytanych wszyscy znali postać tworu Frankensteina, a żadna nie sięgnęła po książkę. To się nazywa siła przekazu! To się nazywa popularność! Wszyscy znamy doktora i jego monstrum; ale każdy z nas ma trochę inną wizję. Doktor szalony czy genialny? Monstrum dobre czy złe?

Wszystkie wątpliwości może rozwiać tylko i wyłącznie autorka – tak, tak! AUTORKA! – w swojej powieści. Ambitny naukowiec chce dać ludzkości coś, czego nigdy nie mogła mieć. Nieśmiertelności, władzy nad życiem i śmiercią. Bawi się w Boga w dobrej wierze, ale efekt jego badań przekracza wszelkie oczekiwania. Stwórca odwraca się od swojego tworu, przerażony jego brzydotą. Monstrum na tym etapie powieści nie jest jeszcze złe; wręcz przeciwnie, jest jak zagubione dziecko, szuka swojego miejsca w świecie. Uczy się. Pani Profesor ładnie powiedziała, że jest metaforą całego rozwoju ludzkości. Jeśli jest mu zimno – musi się rozgrzać; aby się rozgrzać – potrzebuje ognia; aby mieć ogień – musi go wykrzesać. Co więcej, sam Doktor Frankenstein w domysłach i interpretacjach przestał być naśladowcą Boga, a stał się jego uosobieniem. Bóg stworzył człowieka, a widząc jego brzydotę i upośledzenie, odwraca się od niego plecami, a to rodzi w człowieku zło. 

Powieść nie ma przerażać; wręcz przeciwnie, ma edukować. Uczy odpowiedzialności; uczy twórcę, że jest odpowiedzialny za swoje dzieło, za efekty swojej pracy. Uczy, że brzydki nie znaczy zły, a ładny nie znaczy dobry. Całościowo powieść przedstawia nam, dość wymownie, w jaki sposób nasze czyny wracają do nas. Jedni nazywają to karmą, inni przeznaczeniem. Osobiście tego nie nazywam; osobiście zdaję się, że dobro do mnie wróci. 

Monstrum z powieści jak wspominałam nie jest złe od samego początku; staje się takie pod wpływem odrzucenia, agresji jaka spotyka go ze strony człowieka. Autorka porusza bardzo ważną kwestię – zło nie rodzi się samoistnie. Musi mieć gdzieś swój początek, a początek zła znajdujemy w drugim człowieku. Prosty przykład: nastolatki w Ameryce, którzy sięgnęli po broń i zabijali swoich kolegów. Byli tacy cały czas? Czy może gdzieś w tym wszystkim schowało się okrucieństwo innych ludzi; odrzucenie przez społeczność szkolną? Stawiam, że zabijali właśnie z tego powodu.

Nie, nie usprawiedliwiam mordu i okrucieństwa. Nic nie jest w stanie go usprawiedliwić. Pragnę jedynie zasugerować, że zło bierze się skądś, ma swoje źródło. Niestety, źródłem jesteśmy my - inni ludzie. Dlaczego tak bardzo uczepiłam się właśnie romantyzmu i Frankensteina, skoro chciałam pisać o filmie Chappie? 

Po pierwsze, nie chciałam pisać o samym filmie. Film nigdy nie istnieje samoistnie, zawsze jest zawarty w idei lub motywie przewodnim; jeśli jest adaptacją, zamknięty jest w konkretnej epoce. Chappie jest nową wersją Frankensteina. Młody naukowiec pragnie stworzyć droida idealnego, droida tak inteligentnego, jak inteligentny jest człowiek; nawet inteligentniejszego. Chce nadać mu człowieczeństwo - nie tylko możliwość pojmowania, ale i możliwość decydowania czy coś mu się podoba, czy nie. Pragnie podarować mu coś, co jest rzeczą typowo ludzką: moralność. Pewnie nie zaspoileruję jeśli powiem, że udało się to (już w pierwszych dwudziestu minutach filmu). W całości nie chodzi o samo stworzenie tego robota; w całości chodzi o to, kim uczynił go człowiek. 

Z początku nieporadny jak dziecko, nierozumiejący różnic między dobrem i złem, niewinny w swej prostocie i szczerości, zostaje odtrącony przez społeczeństwo. Doznaje wielu okrucieństw ze strony ludzi, dla których jest tylko robotem; dla których nie ma uczuć. Od początku do końca patrzymy na jego przeobrażenie, kształtujący się młody charakter. Widzimy proces dojrzewania, konkretne okresy – od małego dziecka, po nastolatka, aż do osoby dorosłej. Jesteśmy biernymi obserwatorami walki o przetrwanie, o akceptację, o walkę z nietolerancją i nienawiścią. 

Film nie udziela wielu odpowiedzi; może to i lepiej. Niestety, pozwala sobie na zbyt wiele sugestii. Niemniej, pozostawia nam czystą kartę – pozwala nam samemu zadecydować czy to, co widzimy jest etyczne czy nieetyczne? Nie jesteśmy w stanie określić czy działania młodego naukowca bawiącego się w Boga są etyczne czy nieetyczne; nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy jego twór jest wybrykiem czy sukcesem/dobry czy zły. Jednego możemy być pewni – to, kim się stał Chappie jest efektem działania człowieka, nikogo więcej. W końcu całe zło pochodzi od nas, ludzi. Nawet nasza nazwa w świecie zawiera w sobie namiastkę tego zła, nieprawdaż, cZŁOwieku?

3 komentarze:

  1. To, że człowiek jest twórcą wszelkiego zła - zgodzę się z tym natychmiast! Natomiast jeśli chodzi o sam film Chappie - nie miałam okazji jeszcze go obejrzeć. Być może dlatego, iż oglądam tylko horrory i inna tematyka po prostu przestała mnie interesować. :)
    Uważam jednak, że jeśli człowiek chce bawić się w Boga - nigdy nie może się to skończyć dobrze. Właśnie dlatego dostaliśmy rozum. Szkoda, że niektórzy nadal nie potrafią z niego korzystać.
    Co do samego posta to naprawdę świetnie piszesz. Ja nie jestem aż taka dobra, no i wymyślam sobie swoją własną fikcję, jednak w chwili nudy zapraszam Cię do siebie:
    www.magical-history.blogspot.com Miłego weekendu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubisz horrory, a Twój nick nie wiedzieć czemu kojarzy mi się z telekinezą... nie wiem czy się odważę wejść na Twojego bloga;p

      Usuń
  2. Celne porównanie historii Chappiego i monstrum Frankensteina. Choć oglądałem ten film, to teraz widzę te oczywiste analogie. Może to przez to, że ogólnie obraz mi się nie podobał. Co do Frankensteina - widziałaś może teatralną wersję tej powieści grozy z Benedictem Cumberbatchem i Johnny Lee Millerem w rolach głównych? Leciało to w polskich kinach niedawno. Absolutnie poruszające dzieło - wszystkie szkoły powinny właśnie na to iść. Zobaczyć, że pod maską horroru Frankenstein i jego monstrum to odzwierciedlenie nas samych. To byłaby nauka!

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.