• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

środa, 9 marca 2016

#130 To był wypadek... Nie chciałam go zabić.


Zabiłam wczoraj człowieka, przypadkiem. Naprawdę tego nie chciałam. Wyjątkowo, z racji na pośpiech, pojechałam na uczelnię samochodem. Wpierw obrałam trasę przez autostradę, niby dalej, ale szybciej. Spieszyło mi się, za późno wyjechałam. Zdarza się każdemu, prawda? Tobie też się to zdarza? Katowice są ruchliwe, niesamowicie ruchliwe. Tramwaje, samochody, piesi i rowerzyści. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. 

Jeśli jeździsz samochodem po mieście, wiesz o czym mówię. Ten z lewej wymusza pierwszeństwo, ten z prawej wyjeżdża z parkingu i Cię nie widzi. Co chwilę zerkasz w lusterko czy przypadkiem nie nadjeżdża tramwaj. Masz wysokie ciśnienie, serce wali w piersi z nerwów: stoisz w korku i na dodatek jesteś spóźniony. Każdy z nas tak ma, prawda? Przynajmniej raz w życiu miał nerwy albo się bał, że wjedzie nie na ten pas i utknie, zgubi się, wpadnie w pułapkę jednokierunkowych dróg. Jazda w godzinach szczytu jest stresująca.

Jechałam prosto na uczelnię - dosłownie ostatnia prosta. Po bokach zaparkowane samochody, między nimi poukrywane przejścia dla pieszych, nie widzę chodnika i nie widzę czy ktoś się zbliża. Auto za mną zatrąbiło, zerknęłam w lusterko i stało się, potrąciłam kobietę. 

Prawie potrąciłam. Na szczęście, nikogo nie zabiłam a mój refleks „hamulec” + „sprzęgło” zadziałał. Zatrzymałam się na milimetry od kobiety. Szaleniec, nie ma co. Kierowca jadący trzydzieści kilometrów na godzinę i kobieta, która weszła na pasy nawet nie spoglądając w lewą stronę.    

Dlaczego o tym wszystkim mówię i opisuję sytuację w ten sposób? Ponieważ brakowało bardzo niewiele do tragedii, dosłownie centymetry. Każdego dnia jest setki podobnych sytuacji, kiedy to pieszy wkracza na pasy nawet nie oglądając się na boki, a samochód będący kilka metrów od pasów nie zatrzyma się - prawo zachowania pędu, choć nie ma co oczekiwać, że pieszy zna zasady. Wielokrotnie gdy dojdzie do tragedii, winny jest kierowca, bo się nie zatrzymał. Bo ma obowiązek się zatrzymać, a pieszy ma prawo wejść na przejście.  

Wkraczamy na śliski grunt mam prawo. Mam prawo przejść na przejście dla pieszych, mam prawo do wolności słowa. Uwielbiamy się szczycić tym, że mamy do czegoś prawo - chociażby uczniowie w szkole - mają prawa. Dwa sprawdziany w jeden dzień? Nie, nie, ustawa jest inna, mamy prawo. Wszystkim, którzy bezustannie zasłaniają się „prawem” powiem jedno: masz prawo myśleć. 

Kierowca jadący samochodem, gdyż wokół tego ogranicza się dzisiejszy temat, musi zwracać uwagę na wiele różnych rzeczy. Coś w każdej chwili może rozproszyć jego uwagę - światła samochodu z naprzeciwka, trąbienie z tyłu, szum w radiu czy nagle dzwoniący telefon. Nawet jeśli nie odbierze, zerknie w wyświetlacz; zerknie w lusterko; popatrzy na samochód z naprzeciwka. Powinien być skupiony, fakt, ale kierowca to tylko człowiek. 

Piesi, nim się oburzą w tym artykule, że kierowcy się nie zatrzymują, że muszą wchodzić na pasy na siłę, i tak dalej, i tak dalej. Tak, mają rację, kierowcy nie zawsze zatrzymują się na przejściu kiedy widzą pieszego. Brak czasu, zagapienie się - przyczyn może być mnóstwo. Nie usprawiedliwia to jednak ryzykowania życiem, własnym życiem. Dodatkowo piesi, poza tym, że mają „prawo wejść na pasy”, mają również „obowiązek” spojrzeć w lewo, prawo i jeszcze raz w lewo. Uczono mnie tego w podstawówce, Ciebie zapewne też. 

Jako kierowca często spotykam się z pieszymi, którzy wejdą na pasy tak „o”. Chłopak idzie chodnikiem równolegle z moim samochodem, zbliża się do pasów i fyk, już na nich jest. Nawet nie spojrzy, nie rozejrzy się, nie zatrzyma. Po hamulcach, klakson a on jeszcze puka się palcem w czoło, że to niby ja wariatka. Naprawdę? To nie ja ryzykuję zdrowiem lub życiem wskakując sobie na pasy jak ten nieświadomy jelonek. Wszyscy wiemy jak kończą jelonki pod kołami samochodu. 

Inny przypadek pieszego, to nazywana przeze mnie „spóźniona aborcja”. Jedziesz samochodem i widzisz panią przy pasach, która - zdenerwowana - wpycha wózek na przejście. Naprawdę? NAPRAWDĘ? Kochana mamusia próbuje dokonać spóźnionej aborcji, zwalając winę na kierowcę. Dlaczego? Bo miał się zatrzymać? A mnie chłopak z podstawówki miał kochać do końca życia, gdzie jest teraz? Ha-ha. Podobnie jest z zatrzymywaniem - to nie działa jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ciężar na pasach nie sprawi, że pole siłowe zacznie działać i samochód rozwali się na nim, a nie na wózku. 

Moi faworyci, to piesi ubrani na ciemno, nocą i na nieoświetlonym przejściu albo na poboczu drogi. Żadnego świecenia telefonem, żadnych odblasków, żadnego znaku życia. Jeszcze gorsi są ci, którzy idą poboczem i tyłem do nadjeżdżających samochodów. Skoro on mnie nie widzi, skąd ma pewność, że ja go widzę? A no, nie widzę. Dlaczego o tym wszystkim piszę?

Nie tłumaczę kierowców (bo kierowcy też bywają kiepskimi uczestnikami ruchu drogowego) ani nie obwiniam pieszych, pragnę jedynie uświadomić, że „mam prawo” nie ogranicza się tylko do „korzyści”, ale i „mam prawo myśleć”, o niczym więcej nie mówię. Mam prawo pomyśleć o tym, że kierowca może mnie nie widzieć; może majstrować przy radiu; może go słońce oślepić; może nie wyhamować. Każdy najlepiej widzi w miejscu, w którym siedzi i niechętnie obiera przeciwny punkt widzenia.
Jednakże, będąc kierowcą i pieszym jednocześnie wiem, że nie ma co wchodzić na pasy na siłę, nie ma go co obwiniać jak zahamuje w ostatniej chwili i wiem, że jeśli idę ciemnym poboczem, powinnam poświecić, jakkolwiek. Kierowcy o tym wiedzą, świadczy o tym sytuacja gdy ostatnio wracałam późno do domu. W lesie, na poboczu stał zepsuty samochód, a pasażer stał i machał telefonem by dać mi znać, że muszę zwolnić i być ostrożną. Co więcej, kiedy już ich minęłam i widziałam nadjeżdżające z naprzeciwka samochody, mignęłam im długimi światłami. 

Musiałam to robić? Nie. Chciałam ich ostrzec, bo od tego zależy między innymi moje bezpieczeństwo. Myślałam nie tylko o swoich prawach (w końcu powinni zabezpieczyć samochód trójkątem, włączyć awaryjne) ale i o moich obowiązkach, czyli ostrzeżeniu innego uczestnika ruchu. Podobnie jest, kiedy widzę pieszego idącego w nocy bez światła - wówczas ostrzegam innych kierowców, mimo że nie jest to w moim obowiązku. 

Tak samo jest z pieszymi - mamy obowiązki, jak i przywileje. Przejście dla pieszych to przywilej, ale korzystajmy z głową, bo nie jest to magiczne miejsce bezpieczeństwa. Ktoś może ponieść karę za złamanie przepisów, owszem - więzienie, areszt, kara finansowa, piętno społeczne, ale to my możemy tego nie dożyć. Czy „mam prawo” jest warte więcej niż życie? Ja znam odpowiedź, a Ty? 




Photo credit: Jonathan Kos-Read via Foter.com / CC BY-ND

2 komentarze:

  1. Ooo ja tez z Katowic :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli dobrze wystalkowalam - studiujesz w tym samym budynku, co ja jeszcze w poprzednim semestrze. (Rzuciłam polonistykę, zmieniam uczelnię.) Pierwszego dnia zajęć wpadłam pod samochód na ostatniej prostej przed uczelnią. Dostałam mandat. Spory. Bo moja wina. Szczerze nie jestem przekonana. Moim zdaniem, jeśli chodzi o Katowice to winna często jest po prostu niczyja. W konkretnych godzinach w tym mieście nie da się funkcjonować na i przy drodze.

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.