• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

poniedziałek, 14 marca 2016

#132 Kobiece kino - (nie)kocham, (nie)lubię, (nie)szanuję. Kobiece kino źródłem kobiecych problemów?



Babskie kino to bardzo brzydkie określenie na kino kobiece, ale co już zawarłam w tytule, nie lubię go i dobrze mi z tym. Jak wygląda kobiece kino? Ona - piękna, młoda, robiąca karierę, spotyka jego, który traci dla niej głowę, ale rzycie rzuca im kłody pod nogi, przez co nie mogą być razem, ach. Inny scenariusz opowiada historię, jak ona spotyka mężczyznę swojego życia, randkują i mają wieść ze sobą wspaniałe życie. Nagle okazuje się, że on ma żonę, a ona była tylko na chwilę, i planuje zemstę (albo próbę odbicia męża, w zależności od scenariusza). Nie mówię ani o pogrzebanej, wieloletniej przyjaźni w imię czego? Związku. 

Większość dziewczynek oglądając bajki Disneya, marzy o swoim księciu na białym koniu, i to wyobrażenie towarzyszy im przez całe życie. Przestają jednak być księżniczkami, a stają się kobietami w drodze do sukcesu. Książęta przeobrażają się w mężczyzn z komedii romantycznych. Nierealnych, wydmuchanych i wycackanych na rzecz kontynuowania kobiecej fikcji. 
Jak było ze mną? Będąc małą dziewczynką i idąc na bal przebierańców, chciałam być piratem, arrrr! Dlatego nadal miękną mi kolana widząc mężczyzn na ekranie, który zarzynają się jak dzikie świnie, klną jak szewce i grabią bogate statki kupieckie. W tym wszystkim bawią mnie kobiety w tych wszystkich sukniach, które mdleją na widok pirata. Również uwielbiam patrzeć na grupę wikingów napadającą na wioski i mordującą niewinnych wieśniaków. Uwielbiam wielkie roboty, walki z potworami, krew i flaki na ekranie. Po prostu to uwielbiam.

Męska publiczność pewnie się cieszy, i nie dziwi mnie to, bo wiem, jaką reakcje wywoła kobiece stwierdzenie „lubię grać”, a kiedy dodaję „i to nie w simsy” - ogólna euforia. Rozumiem, że gry online nie można pauzować (dla laików - nie można zatrzymać); rozumiem, że po ciężkim dniu należy się zrelaksować przy dobrym alkoholu i mordobiciu na ekranie, mając przed oczyma twarz denerwującego szefa. Mówię o tym, że lubię męskie kino i męski świat, ale dlaczego nie lubię kobiecego kina, jak i literatury? Z kilku prostych powodów.

Ilekroć próbuję usiąść i dotrzymać towarzystwa mamie, zalewa mnie krew i szlag. Nieważne jaką komedię romantyczną wezmę do ręki, bohaterką jest piękna i zadbana kobieta, która nawet wychodząc z łóżka, wygląda zjawiskowo. Mieszka dużym, drogim i pięknym mieszkaniu, z kawą ze starbucksa biegnie do swojej pracy, gdzie wszystko jej wychodzi i jest wysoko postawioną pracownicą. Bajka!
Któregoś dnia spotyka przystojnego mężczyznę, który traci dla niej głowę i - moja ulubiona, tandetna scena - wpada na ludzi, obracając się za swoją muzą. Do tego jakaś przeurocza piosenka w tle i voila, mamy przeciętny schemat.

Kino kobiece w dużej mierze bazuje na kilku schematach, gdzie bohaterka jest albo piękna, albo brzydka i staje się piękna by zdobyć wymarzonego mężczyznę. Jest albo bogata i mieszka we wspaniałym miejscu, albo mieszka w wielodzietnej rodzinie graniczącej z patologią i ledwie wiąże koniec z końcem. Mężczyzna jej życia albo zakochuje się w niej od razu, ale ona jest z kimś innym i ma wielkie wątpliwości, albo ona się zakochuje na zabój i stara się, walczy o niego i bez skrupułów odbija go innej kobiecie, albo to przyjaciel, który pomaga jej zdobyć ukochanego, a na końcu ona przekonuje się, że jednak kocha nie tego. Bądź co bądź, nieważne jaki schemat obierzemy, nie przystaje on do rzeczywistości. Jest bajką, baśnią, nierealnym wyobrażeniem. O ile sytuacje są ewentualnie prawdopodobne, o tyle uroda i bogactwo?

Przepraszam bardzo, codziennie rano wstaję, ubieram niemarkowy dres, w którym wyglądam jak... Kobieta w dresie, a nie modelka reklamująca cholernie drogie marki. Następnie stawiam wodę na kawę i schodzę do piwnicy - jest taka pora roku, że jeszcze jest zimno, więc zaczynam żmudne palenie w piecu. Ubrania cuchnące dymem, popiół we włosach i dłonie z sadzy to standard, kiedy przychodzę na kawę. Czy to sprawia, że jestem gorszym sortem kobiety? Bo nie chadzam do kosmetyczki na maniciure, nie chodzę do fryzjera raz w tygodniu, nie chodzę w markowych ubraniach albo nie mam dobrze płatnej pracy na wysokim szczeblu? Nie, jestem kobietą samodzielną. Potrafię wyciągnąć akumulator z samochodu i podłączyć do prostownika, potrafię napalić w piecu, sama noszę swoje zakupy, nie spędzam całego dnia na wyprzedażach... Wedle kobiecego kina, nie jestem kobietą, trololo.

O ile bajki w dzieciństwie uczyły nas moralności, szczerości i pokazywały, czym jest dobro, o tyle komedie romantyczne... Odbierają wszelakie skrupuły i godność kobiecie. Przesadzam? W starym kinie zajęty mężczyzna był mężczyzną poza zasięgiem, finito, basta. Współcześnie? Słyszy się teksty typu: „Walcz o swoje szczęście!”, „Dziewczyna nie ręką”, i inne pierdolenie.
Później jadę w autobusie i słucham dramatów, żali i płaczów, że najlepsza przyjaciółka miała romans z jej mężem, albo wiedziała, że on jej się podoba, a tamta go odbiła. Czasami, słuchając problemów kobiet, zastanawiam się nad tym, co się dzieje z tymi ludźmi, do diabła. 

Przyjaciółki potrafią skoczyć sobie do gardeł, kłócą się, wyzywają, stosują ciosy poniżej pasa. O co? O faceta, którego zostawią po kilku tygodniach lub miesiącach, bo nie jest taki jak w filmach? No ba, że nie jest. Mężczyźni w tych filmach są przystojni, z niezłym ciałkiem, do tego czuli i romantyczni, i nie marnują czasu tylko się rozwijają. Do tego odnoszą sukcesy zawodowe i jeżdżą drogimi samochodami... 

Prawdę mówiąc, nie potrzebuję mężczyzny niewiarygodnie przystojnego, z boskim ciałem i dbającego o siebie. Potrzebuję kogoś, kto napali w piecu i nie będzie narzekać, że czuć od niego dymem. Potrzebuję kogoś, kto narąbie drewna na opał; kogoś, kto wbije gwóźdź w ścianę i nie trafi się w palec. Jestem przyziemnym typem kobiety, która nie oczekuje romansu rodem z filmu, miłości i scen, zwrotów akcji. Szukam kogoś, na kim będę mogła polegać. 
Dzięki temu, że nie oglądam babskiego kina, moje oczekiwania są całkiem przyziemne, jeśli wiesz co mam na myśli. O tym przede wszystkim wiedzą mężczyźni, którzy muszą znosić humorki drugiej połówki, pretensje o nie wiadomo co i co ważniejsze, nierealne oczekiwania. Kwiaty? Romantyczne kolacje? Wyjścia i drogie prezenty? To nie dla mnie! Nie potrzebuję światowego mena z wielkiego miasta. Przepraszam, jestem małowiejską dziewczyną, która chce przeżyć swoje życie jak najlepiej, bez spięć i pretensji. 

Skoro już jestem przy mężczyznach z wielkiego ekranu - aktorzy są nieźli. Przystojni, zadbani, z ciałem jak należy. W każdym filmie dobrze zarabiają, prowadzą firmy i posiadają drogi, wzbudzający zazdrość samochód. Jak podjeżdża pod dom, to sąsiadki zaraz wyglądają z zainteresowaniem przez okno i potem szepczą, zazdroszczą, zawistne baby
Przemilczę już fakt, że na wielkim ekranie znoszą humorki i pretensje, awantury podsumują uśmiechem albo namiętnym pocałunkiem. Nie awanturują się, a jeśli tak, wszystko kończy się w łóżku na dzikim, namiętnym seksie, którego po raz kolejny zazdroszczą sąsiadki. Mężczyźni na wielkim ekranie kochają na zabój, wybaczą wszystko i są niewiarygodnie wyrozumiali? A mężczyźni w szarej rzeczywistości? Wieczorem piją piwo i grają w gry na PlayStation albo oglądają mecz. Nie są romantyczni, nie robią ścieżki do łóżka z płatków róży... Cóż, każdy ma inne oczekiwania od życia, prawda? Prawdę mówiąc, wolę swoją przyziemną naturę. 

Jednakże, nie wszystkie filmy z kobiecego kina są złe. Ostatnio w telewizji leciała polska komedia - komedia, która za każdym razem mnie bawi. Dlaczego? Ponieważ jest tak skrajna w idylli, o której pisałam, że sami twórcy się z tego śmieją. O czym mówię? O niedocenionym, według mnie, Jak pozbyć się cellulitu?
Twórca miał pomysł, wrzucając wszystko to, co nierealne w komediach romantycznych. Wymieszał i powstała naprawdę zacna komedia, a oto krótka esencja niedorzeczności:




Dlaczego o tym wszystkim piszę? Dlaczego poruszam kwestię kobiecego kina, którego nie lubię i nawet tego nie ukrywam? Dlaczego pokazuję wszystkie wady, jakie znam i przyczyny, dla których nie siadam przez wielkim ekranem i nie płaczę, wzruszając się, że moja ulubiona bohaterka w końcu znalazła idealnego mężczyznę?
Ponieważ komedie romantyczne psują kobiety, psują tak, jak cukier psuje ząb. Mówię o tym, ponieważ te komedie przedstawiają nierealne cele kobiet - karierę, sławę, pieniądze i wspaniałego męża. Większość kobiet jednak nie jest taka, jak aktorka na ekranie, a budowanie marzeń będących w zasięgu ręki, a jednak poza rzeczywistością, jest okrutne. Okrutne, ponieważ nijak nie przystaje do tego, co nas otacza. Mężczyźni tacy nie są, kobiety takie nie są - takie życie, to kłamstwo.

Mówię o tym, ponieważ jest więcej kobiet takich jak ja. Takich, które chodzą w lumpeksowym dresie, nie mając czasu albo pieniędzy na drogie zabiegi i pracują na marnie opłacanych stanowiskach. Czy to znaczy, że miłość nie jest dla nas? Że nie zasługujemy na uwagę? Wiecie co? Pierdolcie się, reżyserzy.

PS. Nadal marzę o tym, by zostać piratem, arrr!


1 komentarz:

  1. Też mnie szlag trafia, kiedy kolejna Jennifer Lopez po liftingu między pracą, fitnessem i plotkami z koleżankami ma mnóstwo czasu na zdobywanie faceta swoich marzeń w białym ferrari. Tak samo moje koleżanki, które łączą pracę ze studiami, nie piją kawy ze starbucksa i nie mają nawet czasu obejrzeć się za kimś na ulicy. Twój tekst bardzo poprawił mi humor na początek dnia :)

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.