• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

środa, 23 marca 2016

#136 Życie jest za krótkie by czytać kiepskie książki.


Spora część znawców w internecie wygłasza pewne teorie i opinie, nie mając zielonego pojęcia, o czym tak naprawdę mówią. Irytują tym dyskutantów, którzy się znają, wiedzą co mówią, a nader wszystko, nie biorą udziału w dyskusji przez przypadek. Niestety, ogólny dostęp do mediów, takich jak internet sprawia, że każdy może pisać co chce, kiedy chce i może uważać się za znawcę, w końcu mamy „wolność słowa”. Dyskusje między osobą obeznaną w temacie a taką, która nie ma zielonego pojęcia, są dyskusjami trudnymi, a powiedziałabym nawet, że nierówną walką. Dlaczego? Ponieważ znawca tematu wyciągnie same logiczne, poparte argumentami tezy, a dyskutant z przypadku będzie pisał to, co mu ślina na język przyniesie. Kto się podda pierwszy? Łatwo się domyślić. 

Niemniej, zdarzają się znawcy literatury, którzy mówią, że coś jest kiepskie, a nawet tego nie czytali. Bez bicia przyznaję się i staję w pierwszym szeregu jako osoba, która ma proste motto: „życie jest za krótkie by czytać kiepskie książki”. Jak mogę wiedzieć, że dany film albo książka nie są godne poświęconego czasu? Wbrew pozorom, nie potrzebuję czytać kilkuset stron, wystarczy pierwszy rozdział. Ale, ale, mam kilka powodów, dla których sporadycznie kiedy kupuję nowoczesne książki. 

Po pierwsze, rzadko bywam w księgarniach. Wiem, że większość współcześnie wydawanych książek to szmelc, który ma się sprzedać. Ma być łatwy, ma być prosty, ma trafić do przeciętnego czytelnika i bez obrazy, świadomość czytelnicza w Polsce jest na tyle słaba, że największe gówno sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Pierwsza myśl? 50 twarzy greya. Druga myśl? Zmierzch. To nie są dla mnie książki godne uwagi, ale znajdą się zwolennicy, mówiący, że to wybitna literatura. Cóż, jeśli to jedyna rzecz, jaką czytali w swoim życiu, to jestem się w stanie zgodzić (i w większości przypadków to jedyna książka poza lekturami szkolnymi). 

Po drugie, nie pozwalam, by decydował za mnie tytuł albo okładka. Niestety, większość pisarzy nie może podejmować decyzji w tych kwestiach. Jest jak ubezwłasnowolniony rodzic, któremu odbierają dziecko i rejestrują je pod takim imieniem, jakim chcą. Może krzyczeć i wołać, że tak nie można, ale niewielką ma moc. 
Tak, autor nie może decydować o okładce i tytule. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie to gwałt na twórczości.

Po trzecie, ceny są zabójcze. Nie lubię Sapkowskiego, ale z całym sercem zgadzam się z tym, co kiedyś powiedział: „Moim zdaniem książka nie powinna kosztować więcej od flaszki wódki. Człowiek musi mieć przecież jakiś wybór”. Książki są horrendalnie drogie, a świadomość, że raptem 2-3 złote trafia do autora, nie mobilizuje mnie do zasilania wydawniczych pasibrzuchów. 


Jeśli jednak zdarzy się cud i zawitam do księgarni, zaglądając w stronice konkurencji, nie wyjdę, póki nie znajdę czegoś godnego uwagi. Czasami jest to naprawdę ciężka przeprawa. Ale, ale, po czym poznam, że książka, którą trzymam, jest godna uwagi? Mam na to kilka sztuczek, których nauczyłam się czytając niezliczone ilości stronic z biblioteki, jak i - uwaga, uwaga - amatorskich opowiadań publikowanych w internecie. Pomijam oczywiście wiedzę zdobytą na uczelni, bo ona tylko ukierunkowała moje poszukiwania, a nie sam sposób eliminacji. 

Kiedy otwieram książkę w księgarni, wybieram pierwszą stronę i zaczynam czytać. Już od samego początku wiem, jaki warsztat ma autor. W pierwszym akapicie pojawia się to, na co zwraca uwagę. Następnie widzę konstrukcję dialogów, łączenie ich z akcją. Nie jestem w stanie tego od końca opisać, bo to po prostu się wie. 
Biorę książkę, otwieram, czytam i wiem. Już tłumaczę jak to działa.
_________________________________________________________
Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony. Jakkolwiek za pojawieniem się takiego pana w sąsiedztwie niewiele wiadomo o jego poglądach czy uczuciach, owa prawda jest tak oczywista dla okolicznych rodzin, że przybysz zostaje od razu uznany za prawowitą własność tej czy innej ich córki.
— Mężu drogi — zwróciła się pewnego dnia do pana Benneta jego małżonka — słyszałeś, że wydzierżawiono nareszcie Netherfield Park?
Mąż odparł, że nic mu o tym nie wiadomo.
— Naprawdę — zapewniała go żona.
— Pani Long wpadła przed chwilą i opowiedziała mi wszystko.
Pan Bennet milczał.
— Czy naprawdę nie jesteś ciekaw, kto go wydzierżawił? — zawołała wreszcie zniecierpliwiona.
— Ty chcesz mi o tym powiedzieć, a ja nie oponuję.
Było to wystarczające zaproszenie.
Ten przeuroczy dialog po prostu kupił moje serce, kiedy trzymałam w ręce książkę. Autorka wówczas była mi nieznana - Jane Austen, jak i jej cała twórczość, a na dodatek tytuł... Duma i uprzedzenie kojarzył mi się z kiepskim romansem z telewizji. Kostiumowym, historycznym, gdzie główna bohaterka jest „ideałem” swojej epoki, czyli głupiutka idiotka, której życiowym celem jest znalezienie sobie idealnego męża. Do tego ten tytuł: Duma i uprzedzenie. Nadal, jak mówię to na głos, to widzę taki kiepski scenariusz komedii romantycznej.  
Niemniej, po przeczytaniu powyższego dialogu, przeczytałam kolejnych kilka stron i przekonałam się, że nie zapowiada się tak źle, jak podejrzewałam. Ogólnie, to dobry romans. Może dlatego, że jest niewiarygodnie stary i dzięki temu nie jest taką chałą, jak współczesne dzieła patrzące na mnie z wystawy. O czym opowiada? Opowiada o typowych problemach małomiasteczkowej dziewczyny, a raczej problemach matki - czyli wydać córki za mąż wystarczająco dobrze. Problemem staje się córka, która jest niesforna. Pokochałam jej uroczą kreację!
_________________________________________________________
Ciemnobłękitne oczy Miriam Sutcliffe wywoływały zawsze w męskich sercach zamęt. Jeden z jej wielbicieli twierdził, że oczy te były jedyną częścią ciała Miriam, zawierającą odrobinkę ciepła; jednak nawet ten rozczarowany dżentelmen musiał przyznać, że były one w stanie rozpalić ogień w mężczyźnie, nawet wtedy, gdy nieczułe serce damy dławiło wszelki płomień. Młody człowiek, siedzący owego marcowego dnia 1813 roku w londyńskim salonie Miriam, mógł wyczytać z błękitnych głębin jedynie chłód. Spojrzenie tych oczu było rzeczywiście tak zimne jak powiew styczniowego powietrza.
Typowy romans niskiej kategorii, w którym główna bohaterka jest opiewana przez narratora od samego początku. Miriam to bohaterka XIX wieku - piękna, wypacykowana, naiwna i głupia. Przez całą książkę - tak, czytałam to - jest irytująca, denerwująca, a jej próba udawania wielce „dorosłą” i „samodzielną” przypomina mi współczesne, nastoletnie bohaterki. 
Miriam płynie statkiem do Ameryki, statek się rozbija, zostaje uratowana i musi żyć w małym miasteczku, niecywilizowanym (według niej). W lesie opodal żyją Indianie (i ona nie potrafi zrozumieć jak mogą żyć w tak prymitywny sposób!). Na dodatek, nie zamierza pracować i spełniać swoich obowiązków, bo jest damą. Książka... *khem* jest gorsza niż lepsza, ale nie tak zła, jak brzmi. Niemniej, nie sięgnęłabym po nią drugi raz. 
_________________________________________________________
Jadąc z mamą na lotnisko, szeroko otworzyłyśmy samochodowe okna. W Phoenix były dwadzieścia cztery stopnie w cieniu przy absolutnie bezchmurnym niebie. Miałam na sobie moją ulubioną koszulkę - bez rękawów, z białej siateczki - włożoną specjalnie z okazji wyjazdu. Do samolotu zamierzałam wziąć kurtkę.
Pierwsze dwa zdania przejdą, ale zaraz przechodzimy do ubioru bohaterki, jakże ważnego i nieodłącznego elementu nastolatki. Co z tego, że się przeprowadzam? Co z tego, że matka odsyła mnie do ojca, bo jestem niewygodna? Co z tego, że opuszczam moje ciepłe okolice i jadę do wilgotnej wiochy? Co z tego! Mam swoją ulubioną koszulkę!
Ilekroć czytam takie zdania na samym początku, mam wrażenie, że bohaterka jest niezwykle pusta. Naprawdę? Życie zmienia jej się o 180° a ona koniecznie musi opisać koszulę? Oczywiście, czepiam się, bo przecież jest gorąco i koszulka jest bardzo istotnym elementem, a ja się nie znam... A, co to za książka? Zmierzch, Stephenie Meyer. 
_________________________________________________________
Kiedy wracam myślami do tych wszystkich okropności, które przydarzyły się tamtej jesieni – morderstw, ponurego odkrycia, zagrożenia, w którym się znalazłam – uświadamiam sobie, że prawdopodobnie mogłabym tego wszystkiego uniknąć, gdyby moje życie intymne nie było aż tak beznadziejne. Albo ujmę to inaczej: gdyby w ogóle istniało. Pod koniec lata puścił mnie w trąbę facet, na którego punkcie miałam niezłego fioła, a choć moje serce nie bolało już jak otwarta rana, to przeżyty ból przerodził się w odstraszającą mężczyzn cierpką zgorzkniałość. Zupełnie jakby nad moją głową unosił się napis: „Zbliż się, a dostaniesz po pysku”. 
Zaczynam rozumieć to głupie, szowinistyczne powiedzenie „baba bez bolca dostaje pierdolca”. 
Dobrze, teraz na poważnie. Chociaż nie, nie mogę. Naprawdę, „morderstw, ponurego odkrycia, zagrożenia, w którym się znalazłam” tylko dlatego, że facet dał jej kosza? NAPRAWDĘ?! Wiem wszystko, czego potrzebuję i nie chcę wiedzieć nic więcej. Dalsza lektura dla mnie nie ma sensu.
W ogóle, gdybym czytała to w księgarni, ludzie mieliby niesamowity widok - mnie, śmiejącą się obłąkanie. 
Zabójcze ciało, Kate White.  
_________________________________________________________
Patrzę w lustro i krzywię się. Do diaska z tymi włosami, zupełnie się nie chcą układać. I do diaska z Katherine Kavanagh, która się rozchorowała i każe mi teraz przez to przechodzić. „Nie mogę się kłaść z mokrymi włosami. Nie mogę się kłaść z mokrymi włosami". Recytując to niczym mantrę, jeszcze raz próbuję podporządkować je szczotce. Wzdycham z irytacją i przyglądam się bladej szatynce z niebieskimi oczami, zbyt dużymi w stosunku do całej twarzy. Szatynka odpowiada mi gniewnym spojrzeniem. Poddaję się. Mogę jedynie związać niesforne włosy w koński ogon i mieć nadzieję, że jakoś się będę prezentować.
Po czym poznaję, że Pięćdziesiąt twarzy Greya jest kiepską książką po pierwszym akapicie?  Tak, to coś na górze, to ta sławna książka. W oczy rzuca się kilkukrotnie powtórzona „twarz” oraz tandetne zagranie z lustrem, stosowane przez większość amatorek w opowiadaniach. Dlaczego amatorek? Ponieważ nie potrafią znaleźć lepszego sposobu na opisanie bohaterki. Lustro jest proste i nie tak złe, jak „Jestem wysoką blondyneczką i mam zajebiste błękitne oczka”, ale nadal jest złe.
Jednakże, poświęciłam kilka swoich minut i odrobinę zdrowia psychicznego, czytając kolejne pięć stron, które - ku mojej rozpaczy - nie były lepsze. Zachowane w tym samym, infantylnym tonie przeciętnej amatorki, która zdobyła sławę opisując niespełnione fantazje seksualne kobiet. Nie będę pisać więcej - szkoda czasu.
_________________________________________________________

Przytoczyłam pięć fragmentów bardzo poczytnych książek, albo i mniej, zwłaszcza pozycje na początku. Pewna jestem tego, że takich powieści już się nie wydaje i nie wyda, bo wymagają czegoś od czytelnika, pomijając oczywiście dobry gust.
No ale, spotkałam się w kontekście „życie jest za krótkie by czytać kiepskie książki” z odpowiedzią, że mając takie podejście, mogę przeoczyć naprawdę dobre teksty, naprawdę dobrych autorów. Moje podejście jest pobieżne, okrutne i pełne ignorancji. Kiedyś przejmowałam się takim zarzutem, ale dzisiaj, kiedy mam już tyle lat, ile mam i przeczytałam tyle różnych tekstów, gorszych i lepszych, wiem jedno.
Przeżyję. Naprawdę, przeżyję, jeśli pominę naprawdę wspaniałe dzieło. Dlaczego? Mając dziesięć książek w ręce, które odrzucam z rożnych powodów, oszczędzę mnóstwo czasu, nerwów i zdrowia (tak, denerwuję się czytając kiepskie dzieła). By przekonać się, że któraś jest z nich dobra, musiałabym przeczytać dziewięć kiepskich książek. DZIEWIĘĆ KIEPSKICH KSIĄŻEK. To o dziewięć słabych książek za dużo na moje krótkie życie. Dlatego nie przeczytam do końca Greya, Zmierzchu i innych wydań, które odrzucam lekką ręką.

Robię to, ponieważ wiem czego szukam i wiem z czym mam do czynienia. Może geniusz i talent autorski pojawi się w połowie dzieła, ale nie będę poświęcała wolnego czasu na grzebanie w poszukiwaniu talentu, wspaniałości i oryginalności. Nie jestem poławiaczem pereł w gównie. Nie jestem szambonurkiem. Jestem czytelnikiem i mam prawo odrzucić książkę po przeczytaniu jednego rozdziału, jednej strony czy jednego akapitu. Dlaczego? Większość dzieł jest odrzucana przez tytuł albo okładkę. JA przynajmniej daję im szansę.



 Photo credit: jwltr freiburg via Foter.com / CC BY-SA

1 komentarz:

  1. Znakomity wpis. Utwierdził mnie w słuszności porzucenia straceńczej misji czytania wszystkiego do końca. Świetnie dobrane przykłady. Choć czytałem tylko jedną z nich to jasno widzę zależność. Z ciekawości siegne też do pierwszy stron moich ulubionych książek. Ta która czytałem to oczywiście Duma i uprzedzenie, która uważam za znakomitą powieść.

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.