• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

środa, 30 marca 2016

#139 Jak zorganizować czas - pięć minut blogera.


Blog to takie stworzonko, które nie dość, że trzeba regularnie karmić, to trzeba też regularnie o niego dbać - jeśli się tego nie robi, zdechnie. Będzie umierało dłużej lub krócej, ale tak czy siak, zdechnie. By go karmić, to jest pisać posty; trzeba mieć czas, by o niego dbać, czyli promować, również trzeba wygospodarować czas. Jak to jednak zrobić, jeśli człowiek rano wstaje, gna do pracy/szkoły/na uczelnię, a po zajęciach prowadzi barwne życie osobiste łamane przez towarzyskie? Nie jest to łatwe, tym bardziej, gdy człowiek chciałby wyrobić jakąś markę. 

Przeważnie marką bloga jest sam autor - to, o czym pisze, jak pisze i jak często pisze. Pozostawię w spokoju o czym pisze i jak pisze, a skupię się przede wszystkim na tym, jak często pisze. Częstotliwość publikacji ma olbrzymie znaczenie dla strony z kilku prostych powodów. 

Po pierwsze, jeśli Czytelnik wchodzi na stronę codziennie przez - załóżmy - dwa tygodnie i widzi posuchę. Może jest w stanie to znieść. Jeśli jednak taki stan rzeczy utrzymuje się dłużej, wówczas zaczynają się dziać rzeczy następujące: odchodzące lajki, odchodzący obserwatorzy, spadająca liczba wyświetleń. To zaś zabija blogera - powoli, stopniowo, aż znika z blogosfery (by wrócić po pół roku z nową porcją energii i pomysłów). 

Po drugie, dziwnie wygląda gdy człowiek zerknie w archiwum i widzi miesiące posuchy, a pomiędzy nimi miesiące będące ofiarami powodzi. Przede wszystkim, traci na tym autor. Dlaczego? Co ma pomyśleć świeży czytelnik, który wejdzie i zacznie czytać ze strony głównej, następnie sięgnie do archiwum i uświadomi sobie, że osoba którą czytuje w każdej chwili może zniknąć? Nie ma nic bardziej przygnębiającego jak to, że czytana przeze mnie strona znika z dnia na dzień. 

Z początku popełniałam tego typu błędy - znikałam na kilka tygodni, przygnębiona albo zabiegania; publikowałam dzień po dniu i wychodziłam z założenia, że jak napiszę, to opublikuję. Na szczęście, dojrzałam i nie praktykuję już takich szczeniackich zachowań, choć nie ukrywam, czasami czuję się zmęczona blogową dorosłością. Wprowadziłam rutynę w postaci trzech postów tygodniowo - poniedziałek, środa i piątek - oraz stałą godzinę (na miarę moich możliwości), 6:30, na cześć i chwałę dojeżdżającym do pracy/szkoły lub pijącym pierwszą kawkę. 

Przechodząc do tematu:

Życie nauczyło mnie, że każdy bloger ma trzech wrogów: nie chce mi się, nie mam czasu i nie mam pomysłu. Pierwszy to taki niedźwiadek, misię, który kusi nas do złego leniuchowania. Drugi to taki zajączek z Alicji, który stuka w szybkę zegara i mówi „nie masz czasu, nie masz czasu!”. Trzeci to taki dziobak, czyli zwierzątko, na które nawet Bóg nie miał pomysłu przy boskim procesie tworzenia świata. Kto widział dziobaka, ten wie - kto nie, niech wie, że to skrzyżowanie kaczki z bobrem.

Wszystkie trzy stanowią blokadę nie do przeskoczenia, jednak wystarczy zorganizować plan działania, a przestają być problemem. Nadal istnieją, gdzieś tam tkwią i są niewygodne, zwłaszcza „nie chce mi się”. Tak szczerze, to właśnie ten jest moim największym wyzwaniem każdego dnia, kiedy to wstaję, parzę sobie kawkę, uruchamiam laptopa i stwierdzam, „jak mi się nie chce”. Wierz mi lub nie, naprawdę mi się nie chce. Chyba że tkwię na nudnym wykładzie, wówczas mój niedźwiadek szepczący „nie chce mi się” drze się wprost do mojego ucha „pisz do ch*ja”. 

nie mam pomysłu


Z tego co się orientuję, to problem znacznej ilości blogerów - bardzo często przez tablicę przewijają mi się zapytania „o czym mogę napisać?”. Sama na brak tematów nie mogę narzekać i to z prostego względu - zapisuję każdy jeden. Przede wszystkim, należy zająć się organizowaniem tematów. Jeśli prowadzisz bloga opiniotwórczego/publicystycznego czy przemyśleniowego, musisz mieć materiał i wiedzieć gdzie tego materiału szukać. Nie wiesz gdzie? To już mówię. 

Wszędzie. Znaleźć temat na taką stronę jest banalnie prosto, wystarczy włączyć telewizję na wiadomościach albo programach paradokumentalnych; przyglądać się ludziom na ulicy albo podsłuchiwać ich w autobusie, a czasami temat wyjdzie z przypadku. Materiał dosłownie leży na ulicy, problemem może być co najwyżej „jak to ugryźć”. 

Podobnie jest z blogami fotograficznymi - temat zdjęcia leży na ulicy, natomiast temat blogerki modowej wisi na manekinie w sklepie. Kosmetyczna artystka znajdzie swój temat podczas wielkiej promocji rossmanowskiej, i tak dalej, i tak dalej. 

Fiszki


Kiedy już znajdziesz swój temat, a nie masz czasu go napisać, bo dajmy na to, jesteś na mieście - zanotuj. Zanotuj każdy jeden pomysł, każdą jedną myśl. Moje myśli są luźne i bardzo niestabilne, dlatego swoje pomysły zapisuję na fiszkach. Nie rozpisuję wszystkiego, bo nie ma na to miejsca. Tworzę natomiast krótkie punkty, wytyczne na „potem”. Kiedy wrócę do artykułu, wiem co chciałam powiedzieć. 

Bardzo ważne jest by nie rozpisywać za dużo informacji na fiszkach, bo później będzie ciężej wrócić do danego toku myślenia. Po dwóch dniach możesz patrzeć na dane zagadnienie zupełnie inaczej, a może staniesz pod drugiej strony barykady i zamiast coś ganić, będziesz zachwalać? Nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro, dlatego warto nastawić się na wszystko i zapisywać tylko wytyczne oraz punkty. Każdy punkt to kierunkowskaz. 

Oczywiście, fiszki są dość luźnym papierem i w każdej chwili mogę je zgubić, dlatego trzymam je na końcu notesu, przypięte spinaczem.  

Notes


Współcześnie mamy wiele ułatwień w postaci elektronicznych gadżetów, ale jestem tradycjonalistką i sięgam do starego, sprawdzonego papieru. Oczywiście, posiadam tablet, który sobie bardzo chwalę - jest nieocenionym towarzyszem w podróży albo w czasie nudnego wykładu. Nie notuję jednak na nim pomysłów na artykuły. Od tego jest, jak już wspominałam, notes. 

Notes można zgiąć, można po nim kreślić, można nim rzucić jak się człowiek zdenerwuje na długopis, a na wykładzie nie podpada tak bardzo, jak tablet czy telefon. Dodatkowo, pisanie wytycznych idzie szybciej, ponieważ elektronika „wie lepiej” i dokonuje zamachu w postaci autokorekty. 

O ile fiszki stanowią szkielet i dobrze je podpiąć, o tyle sam notes jest narządami wewnętrznymi i mięśniami. Nim człowiek zabierze się do pisania, powinien przez chwilę pomyśleć nad tym, jak właściwie ma ten artykuł wyglądać. Wiadomo, podstawą jest wstęp, rozwinięcie i zakończenie, ale co dalej? Najlepiej wziąć fiszkę i rozpisywać pomysły. Warto pisać całymi zdaniami, gdzieś zanotować ważne zdania i frazesy. Notes jest od tego, by zarysować wszystko, każdy jeden szczegół, który wydaje się nam ważny. Nie ma się co przejmować estetyką - grunt, żeby nam było wygodnie. 

Kiedy już coś zapiszę, „ptaszkuję”. Żebym wiedziała, że dana myśl już została wykorzystana. Nie ma sensu powtarzać w kółko tego samo, prawda? Dlaczego warto rozpisywać cały plan artykułu? Ponieważ podczas tworzenia można pogubić się, stracić wątek - bo akurat ktoś zagada, albo usłyszymy coś w radiu, albo kot skoczy na klawiaturę. Czasami wystarczy krótka chwila by stracić myśl, a z takim notesem to niemożliwe. 

PS. Warto mieć go zawsze przy dupie, dlatego musi być podręczny. 

nie mam  czasu


Brak czasu jest odwiecznym problemem ludzi naszego pokolenia, naszych czasów. Gonimy do pracy, do szkoły, z niczym się nie wyrabiamy, a na dodatek jesteśmy mistrzami marnotrawienia czasu, który udało nam się zaoszczędzić przez pośpiech. Nie mam czasu to częściej wymówka na „nie chce mi się”, ale żadne z nas nie przyzna tego otwarcie. Jednakże, jeśli człowiek faktycznie nie ma czasu z codziennym biegu, już mówię gdzie znajduję go ja. 

Warto zorganizować chwilę w ciągu dnia na napisanie artykułu i, jeśli zamierzasz napisać „tworzenie artykułu to kilka godzin roboty”, wiedz, że gówno prawda. Po pierwsze, jedną trzecią pracy wykonałeś tworząc fiszki oraz plan. Szybciej idzie pisanie, jeśli masz w głowie (albo na papierze) poukładany nie tylko temat, ale i konkretne zagadnienia. Samo pisanie to kwestia pół godzinki do godzinki. Nie?

Tworzenie zajmuje tyle czasu przeciętnemu blogerowi nie bez powodu. Pewnie siedzi sobie przed telewizorem i ogląda kolejny megahit Polsatu; pewnie gdzieś tam w tle miga ikonka facebooka - kolejne powiadomienie albo ktoś pisze; kanał na youtube, kwejki na rozluźnienie. To wszystko pożera większość czasu, który przeznaczasz na pisanie - dlatego tak wolno to wszystko idzie. 

Jeśli nie mam wokół siebie rozpraszaczy, napisanie artykułu jest kwestią czterdziestu minut. Wyłączam je przede wszystkim wtedy, kiedy gonią mnie inne terminy albo zajęcia - mam wyjść na uczelnię, albo zaraz idę na urodziny? Wszystko offline, otwieram notes i gnam z tekstem jak szalona. Czasami byle jak, byle by było. Dlaczego? Łatwiej poprawić coś niedoskonałego, niż na szybko napisać doskonałe. 

Moją porą na pisanie artykułu jest poranek - siadam przy kawce i nie skończę kawki, póki nie skończę artykułu. Czasami to dwie kawki, a zdarza się, że trzy. Wyznaję zasadę - zaczęłam, to skończę; zwłaszcza gdy mam dzień wolny. Dzień wolny to moje Eldorado, kiedy mogę włączyć *tryb prokrastynacji*, i przez cały dzień dłubać w jednym tekście, pisząc ze znajomymi na fejsie, oglądając Rozmowy w tłoku, i tak dalej, i tak dalej. 

Bywa tak, że kiedy mam jeden dzień wolny, siadam przy trybie *offline* i piszę dwa-trzy artykuły, na zapas. Chomikowanie tekstów jest bardzo dobrą cechą, bo zapewniają nam ruch nawet wtedy, gdy nie mamy pomysłu. Błędem jest publikowanie każdego napisanego artykułu od razu, bez ładu i składu - wówczas nie pozostaje nic na czarną godzinę. Przykład? Piszę ten tekst w pierwszy dzień wiosny. Zobaczymy, kiedy pojawi się na stronie. 

Załóżmy jednak, że nie masz dnia wolnego i nie masz kiedy znaleźć chwilę w gonitwie dnia, bo i tak się zdarza. Musi być moment, po prostu musi być taka chwila, że usiądziesz i nic nie robisz. Czasami jestem ofiarą sesji, innych natłoków uczelnianych - wówczas moim 5 minut blogera jest autobus. Dojeżdżam do Katowic, to godzina zmarnowana na gapienie się za okno. O jedną godzinę za dużo. Właśnie w takim miejscu przydaje się notes. 

Nudne, zmierzające donikąd zajęcia? Notes w łapki i pisz. Czekasz na swoją przyjaciółkę? Pisz. Jeśli w ciągu dnia wykorzystasz każdą chwilę na napisanie chociażby akapitu, to od rana do wieczora powinieneś mieć połowę, o ile nie cały tekst. Kwestią w tym przede wszystkim jest nie to, czy masz czas, ale jak wolisz go wykorzystać. Bo niektórzy wolą siedzieć przez godzinę i gapić się w okno, albo chodzić w kółko, albo spać na ławce lub przeglądać fejsa na telefonie. Jeśli chcesz, znajdziesz czas - wszystko jest sztuką wyboru. 

nie chce mi się



To dla większości wróg wszystkiego. Ten uroczy Misię niweczy wszystkie plany, nie tylko blogowe, ale i wyjazdowe, imprezowe. Wszystko, po prostu wszystko zostaje wdeptane w ziemię. Czy jest na to sposób? Odpowiedź nie jest prosta. 

W kontekście blogowym nie chce mi się ma swoje dwa źródła - nie mam pomysłu i nie mam czasu. Brzmi znajomo, prawda? Nie chce mi się, nie mam czasu i nie mam pomysłu to trójkąt bermudzki blogera, gdzie jedno wynika z drugiego. Brak pomysłu wynika z naszego „nie chce mi się zapisać tematu”, nie mam czasu jest argumentem na „nie chce mi się”, a nie chce mi się, bo „nie mam pomysłu” i „nie mam czasu, bo wolę się opierdalac”. 

Taka prawda i nie ma się co oburzać. Mnie też się czasami nie chce napisać, choć mam wszystko rozpisane, od fiszki po notes. Bywają dni, kiedy wolę zwyczajnie w coś pograć, pomordować; pooglądać gwałty i mordobicia, jakieś bitwy na morzu, i takie tam. Bywają takie dni, i bywać będą. Nie ma co z tym walczyć. 

Każdy z nas potrzebuje przerwy, a „nie chce mi się” to takie wołanie o KitKata. Tak po prostu, bez efektów specjalnych. Częściej tłumaczymy „nie chce mi się” wyrażeniem nie mam czasu. Nie mam czasu, bo wolę pograć w nową grę, albo wolę marnować czas na przewijaniu tablicy facebooka. Nie mam czasu, bo udaję wielce zajętą lub zajętego. Jeśli problem braku czasu wynika z marnowania czasu w ten sposób, to radzę się ogarnąć, bo właśnie uciekają czytelnicy i obserwatorzy. 



W blogowaniu problemem tak naprawdę nie jest nie chce mi się, bo każdemu może się nie chcieć. Jeśli zorganizowało się pracę wcześniej i ma się zapas, to w ogóle przestaje być jakąkolwiek przeszkodą. Prawdziwym wrogiem nie jest leniwy Misię, bo leniwy Misię jest naszym przyjacielem - nie pozwala oszaleć w tym pędzącym świecie. Prawdziwym wrogiem blogera jest zając oraz dziobak, i to, że sami siebie okłamujemy. 

Sami siebie okłamujemy tym, że nie mamy czasu. Mamy czas, naprawdę, tylko nie chcemy tego dostrzec. Wolimy spędzać wolną chwilę na setkach innych czynności, zamiast zająć się tym, czym powinniśmy. Jeśli - oczywiście - blogowanie, czy jakakolwiek twórczość jest dla nas ważna. Jeśli robienie wszystkiego, tylko nie „tego” wydaje nam się atrakcyjniejszą formą spędzania wolnego czasu - wówczas nie lubimy „tego” robić tak naprawdę, i chyba lepiej, że bloger odpada już na tym etapie. 

Tak naprawdę nie potrzeba zwiększać ilości godzin w dobie; wystarczy dobrze wykorzystać luki w tym, co naprawdę należy robić. Praca, szkoła, spotkania ze znajomymi - to sens życia, tego prawdziwego życia. Zdarza się jednak, że mamy pięć minut blogera, czyli pięć minut dla siebie. Czasami te pięć minut to godzinka, a czasami cały dzień, a bywa i tak, że pięć minut to pięć minut. To od nas zależy jak wykorzystamy ten czas - siedząc i gapiąc się w ekran telefonu, przeglądać portale z wiadomościami, czy skrobiąc notatki na kolejny artykuł, a może i sam artykuł. 

Jeśli naprawdę lubisz blogowanie i naprawdę chcesz robić to dalej, to nie ma że boli. Też lubię robić inne rzeczy, nie tylko pisać i blogować, ale kiedy nie mam zapasu artykułów dla moich czytelników, nie biorę wolnego i moje pięć minut przeznaczam na blogowanie i pisanie. A reklamowanie? Co godzinkę wrzucenie artykułu po grupach nie zajmuje więcej niż pięciu minut. 

Przede wszystkim, te pięć minut blogera nie musisz wykorzystywać tylko na tworzeniu i promowaniu, ale i na zaglądaniu do konkurencji. U nich dowiesz się nowych rzeczy, znajdziesz temat, a może zauważysz myk estetyczny, który będziesz chcieć wykorzystać u siebie. Masz pięć minut blogera, które wykorzystałeś na mnie, i mam nadzieję, że było warto. 


Photo credit: matryosha via Foter.com / CC BY

5 komentarzy:

  1. Pomysł z fiszkami mi się podoba :-) :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyłącz zatwierdzenie komentarzy bo to trochę irytujące ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat dla mies to niezwykle przydatne. Za dużo było wcześniej hejtow do usuwania, teraz usuwam na bieżąco ;)
      Dziękuję za komentarz!:)

      Usuń
    2. Jak kto woli. Hejterzy i tak będą niestety...

      Usuń
  3. Bardzo praktyczne rady, a to "wielce zajęcie" prześladuje teraz wszystkich, choć jest często wmówionym trendem tych czasów. Znalazłam nawet więcej niż pięć minut (tekst był długi), a mała czcionka na telefonie tego nie ułatwia. Jest naprawdę malutka... Moze da się cos z tym zrobić?

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.