• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

piątek, 8 kwietnia 2016

#143 Co łączy polaczka cebulaczka oraz ból dupy? Karta rowerowa.


W ostatnim czasie byłam tak zaaferowana nową ustawą antyaborcyjną, że umknął mi pewien gorący temat. Niemniej gorący niż aborcja, a o dziwo, bardziej trywialny. Ludzie tłumnie ruszyli do bojkotowali, krzyczeli o swoim niezadowoleniu. Pojawiły się głosy: “Wracamy do komuny!”; głosy oburzonych dorosłych i młodych przyszłych dorosłych. Co tam aborcja, co tam martwe noworodki! Mamy tu sprawy ważniejsze, jak karta rowerowa.

Dla niewtajemniczonych, którzy tak jak ja, dowiadują się o całym przedsięwzięciu przypadkiem. Nowy rząd chce wprowadzić obowiązkowe egzaminy na kartę rowerową, i ludzie tłumnie się burzą. Krzyczą, że ogranicza się ich wolność. Tak szczerze, nie wiem jak wygląda cały projekt, jak to ma być płacone i gdzie zdawane. Wisi mi to, bo jeden egzamin na pojazd więcej nie zrobi mi różnicy, podobnie jak setkom innych kierowców. Mało tego, my - kierowcy - odetchniemy z ulgą.
Na nową ustawę bulwersują się przede wszystkim ci, którzy rowerem sobie jeżdżą. Jeżdżą, bo mogą, a teraz jakiś pasibrzuch chce im tego zakazać, ewentualnie za zapłacony egzamin otrzymają zgodę.

Jak wspomniałam, nie wiem jak wygląda projekt: czy zdawanie będzie w wordzie czy na komisariacie, czy będzie kosztować to 50 czy 100 złoty, czy będzie część praktyczna czy też nie. Powiem brzydko: wisi mi to. Nie wiem jak zrobią to, co chcą zrobić, ale wiem, że powinni to wprowadzić, i to dawno temu. Obowiązkowe przeszkolenie z korzystania z dróg i chodników, bo ludzie zapominają o podstawowym wykształceniu jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Swoją elementarną edukację zakończyłam dobre naście lat temu, ale nadal pamiętam kilka wersów piosenki: “lewej strony szosy trzymaj się”, i jeszcze coś o chodniku było na pewno.

Podzielę się teraz doświadczeniem związanym z tym tematem jako kierowca: kilka dni temu jechałam na dworzec, i na małouczęszczanej drodze, w tym słabooświetlonej, szedł chłopaczek, tak na oko sześć lat. Szedł prawą stroną i gdyby nie to, że było to za dnia, mogłabym go nie zauważyć. On mnie też. Jako że nic za mną nie jechało, zwolniłam, otworzyłam okno i poinstruowałam go by chodził lewą stroną. Nie dla mojej wygody, ale swojego bezpieczeństwa. Bo jeśli ja nie widzę jego, on powinien widzieć mnie - to, że nie sygnalizuję jego ominięcia kierunkowskazem, to że nie zwalniam.

To działo się kiedy jechałam na uczelnię, ale kiedy wracałam, sytuacja się powtórzyła. Tym razem prawą stroną szła kobieta z dzieckiem, trzy-czteroletnim. Nie dość, że trzymała się prawej strony, to jeszcze po lewej miała chodnik, który - na zdrowy rozsądek - jest przeznaczony do użytku pieszego. 

Młody chłopak z rana na zwrócenie uwagi odpowiedział “Dobrze, proszę pani”; tamta pani nie była na tyle skruszona. Rzuciła pod moim adresem kilka wyzwisk i szła dalej po swojemu. Pewnie zignorowałabym tę sytuację gdyby nie to dziecko i to, że otrzymuje zły przykład. Podobnie jak rodzic z potomkiem szybciutko przebiega przez jezdnię - nie na pasach, bez instruktażu (patrz w lewo, później w prawo i znów lewo), tylko w miejscu nieoznaczonym i nieoświetlonym. Szybciutko, szybciutko, do trumny najlepiej. Bo któregoś dnia to dziecko samo będzie przebiegać przez ulicę, wówczas zdarzy się tragedia. 

No dobrze, koniec tej dywagacji na temat pieszych i podstaw chodzenia, wracamy do wątku rowerowego. W szkole podstawowej, przynajmniej za moich czasów, zdawało się kartę rowerową i należało ją posiadać przy sobie do osiemnastego roku życia. Nikt nie krzyczał, nikt nie płakał - wszyscy bez wyjątku zdawali. Niestety, po skończeniu osiemnastego roku, taka karta jest niepotrzebna; wówczas można spotkać się ze wszystkim.

Ile razy jechałam po mieście i rowerzysta, jadący spokojnie po chodniku, wskakuje sobie na jezdnię wprost przed moją maską. Nie zasygnalizuje manewru, nawet się nie obejrzy. Wjedzie jak taka święta krowa, bo też jest uczestnikiem ruchu drogowego. No jest, i powinien dołączyć do ruchu w sposób świadomy, a nie tak o.

Ile razy musiałam turlać się za rowerzystami, którzy jechali po drodze, blokując ruch, kiedy to po drugiej stronie była droga rowerowa? Raz nawet wlokłam się za takimi, a za mną radiowóz. Policjanci cierpliwie toczyli się za mną, jednak kiedy skręciłam i zobaczyli przyczynę powolnej jazdy, zatrzymali delikwentów i wlepili mandaty.

Ile razy wciskałam hamulec do deski, aż włączał mi się abs, bo panu rowerzyście zdecydowało się przejechać na drugą stronę po przejściu. Po prostu, wjechać na pasy i jechać dalej, pieprzyć resztę świata. Jadę to jadę, to zasada znacznej ilości rowerzystów.
Ile razy widziałam rowerzystów na tłocznym chodniku, lawirujących między pieszymi? Mnóstwo. Ile razy mijałam rowerzystę jadącego bez trzymanki albo slalomem omijającego dziury bądź też guliki? Wielu, naprawdę wielu.

Aby jeździć samochodem, musiałam podejść do kursu i egzaminu, którego cena osiąga czasami półtorej tysiąca. Ktoś powie, że słusznie, bo samochód to większy gabaryt, bo większa odpowiedzialność i moc. Może i tak, ale co mi z tego, że jeżdżę rozważnie i ostrożnie, jak byle idiota potrafi wskoczyć mi pod koła? Skręcę by ominąć, auto jedzie z naprzeciwka i bum! Wszystko dzieje się tak szybko, że to decyzja natychmiastowa: ryzykuję ominięciem albo potrącam samobójcę. Byłam świadkiem takiej sytuacji i wic jest taki, że rowerzysta sobie pojechał dalej, jak gdyby nigdy nic, pozostawiając za sobą kolizję samochodową.

Niestety, osiemnastka na karku to wystarczający wiek by jeździć skuterkiem, bez prawa jazdy. Mentalność takiego skuterkowicza pozostaje rowerowa. Wjeżdżam kiedy chcę, jak chcę, nie patrzę, nie myślę. Jadę i chuj. Zagrożenie to samo, a nawet większe, bo zderzenie rowerzysty z pieszym boli, oj boli. Nie powiem o szkodach w samochodzie, bo pojazd rzecz nabyta, można kupić nowy - zdrowia już nie kupimy.

Piszę o tym wszystkim, o bezkarności rowerzys0ów i ich braku wyszkolenia, bo cała odpowiedzialność spada na mnie, na kierowcę samochodu. Muszę uważać na drodze jednokierunkowej, bo nigdy nie wiem jaki idiota wyskoczy mi na czołówkę. Muszę patrzeć nie tylko na samochód przede mną, ale i na chodnik, czy przypadkiem ktoś nie wskoczy mi prosto pod koła. Do tej pory pisałam stricte o zachowaniu na drodze, a co z prewencją?

Za brak światła dostanę mandat; za brak stopu dostanę mandat; za brak wstecznego dostanę mandat; za niezapięte pasy - mandat; za rozmowę przez telefon - mandat; za jedzenie - mandat. Dostanę mandat za wszystko. 

Nie będę mówić ile razy widziałam rowerzystę bez kasku i świateł, rozmawiającego przez telefon albo piszącego wiadomości na facebooku lub jedzącego lody. Dlaczego to ja dostanę mandat? Bo stwarzam większe zagrożenie?


Stracić kontrolę nad samochodem łatwo, a wszystko dzieje się w ułamkach sekund. Jadę za rowerzystą, który jedzie bez trzymanki. Wjeżdża w dziurę i przewraca się. Skręcam nerwowo by na niego nie najechać. Samochód z naprzeciwka robi to samo i wjeżdża na pobocze, prosto na matkę z czteroletnim dzieckiem. Kto zabił? WIADOMO! KIEROWCA!

Skończcie płakać nad tym, że chcą wprowadzić obowiązkową kartę rowerową, bo drogi zaraz staną się bezpieczniejszym miejscem! Co więcej, nikogo nie ubędzie jak nauczy się kilku prostych zasad bezpieczeństwa...


Photo credit: Ian Sane via Foter.com / CC BY

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.