• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

piątek, 29 kwietnia 2016

#152 Jestem białym, heteroseksualnym mężczyzną. I wiem lepiej.


Prawdziwą zmorą naszych czasów jest ogólny dostęp do informacji oraz możliwość głoszenia swoich poglądów. Nie raz i nie dwa, więcej pożytku byłoby, gdyby ktoś swoje myśli zachował dla siebie, bo ma nie tylko prawo do mówienia, ale i milczenia. Dla tych, co już zacierają łapki i chcą mi powiedzieć, że sama mogłabym stosować się do zasady: „nie znam się, to się nie wypowiem”; odpowiadam wznosząc toast poranną kawką: jeśli się wypowiadam, nie głoszę tego jako prawdy absolutnej i mam świadomość własnych ułomności.

Mam świadomość, że pisząc o czymś, nie mogę posiadać pełnej wiedzy - jestem tylko człowiekiem, i żaden człowiek nie zna się na wszystkim. Pod każdym artykułem jestem przygotowana na komentarz, który skłoni mnie do przemyślenia sprawy jeszcze raz, i nie ukrywam, czasami tak się dzieje. Że po publikacji pojawia się głos rozsądku, który pokazuje mi jakiś artykuł, jakąś wiedzę i prowadzi ze mną dyskusję. Nawet jeśli nie zmienię swojego zdania, biorę pod uwagę inne argumenty. I teraz, ilu użytkowników internetu uwzględnia to, że: nie znam się i mogę się mylić? 

Niewielu ma tego świadomość, podobnie niewielu korzysta z prawa milczenia. Problemem białego, heteroseksualnego mężczyzny jest to, że jako jedyny może zostać ofiarą dyskryminacji i żartów, bo jeśli zażartuje lub obrazi osobę o innym wyznaniu, o innym kolorze skóry albo o innej orientacji, zostanie okrzyknięty rasistą i grożą mu liczne konsekwencje; jeśli zaś zażartuje lub obrazi kobietę, stanie się szowinistą. Mężczyzn to boli, a mnie boli, że ich boli. 

Mogą czuć się dyskryminowani, mogą czuć, że ogranicza się ich wolność słowa. Jednakże, tutaj wchodzimy w konflikt z prawem, a dla przykładu, przytoczę sytuację o której opowiadała Pani Miniaturowa gościnnie u Okiem Lesbijki
- I chodząc tak sobie na legalu, za rączki się trzymają, niedługo to oni będą mogli więcej od nas. Już mają więcej praw, nie obrazisz takiego, bo nie wolno, w ryj nie dasz to też zaraz sprawa w sądzie, no robią co chcą! - rozemocjonował się najgłupszy z nich. 
Powyższa wypowiedz była kierowana w stronę dwóch mężczyzn; mężczyzn, którzy szli ulicą trzymając się za rękę. Wydawałoby się, że żyjemy w wolnym kraju i orientacja seksualna jest sprawą indywidualną; niestety, nie jest. Uwielbiamy zaglądać innym do łóżka i mówić co mają robić, ale przede wszystkim: z kim. W końcu, prawdziwy Polak tylko z kobietą (tylko szkoda, że Polki wolą cudzoziemców, co też białych, heteroseksualnych mężczyzn boli). 

Niemniej, „nie obrazisz takiego”, bo nie wolno obrażać kogokolwiek, bo takie jest prawo. To samo prawo, podejdzie na luzie gdy sprawa nie jest na tle wyznaniowym, narodowościowym, orientacyjnym - to wina ludzi, nie prawa. Przypadki rasizmu są bardziej rozdmuchane przez media, dlatego tak bardzo widać ten zakaz. Jeśli zaś obrazisz Pana Mietka z klatki obok, albo Panią Jadzię ze spożywczego, poczują się źle i nic z tym dalej nie zrobią, bo nie wiedzą o tym, że mogą. 

Podobnie jest z pobiciem - nikogo nie wolno bić wedle prawa, a prawo mówi:
§ 1. Kto bierze udział w bójce lub pobiciu, w którym naraża się człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 ciężki uszczerbek na zdrowiu,
§ 1 lub w art. 157 inne uszkodzenie ciała - średni i lekki uszczerbek na zdrowiu,
§ 1, 
podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.”.
Ustawa nic nie mówi o kolorze skóry, o orientacji czy innych pobudkach, dla których ludzie się krzywdzą - mówi o tym, że bijatyka jest niezgodna z prawem. Więc nie ma różnicy czy podniesiesz rękę na homoseksualistę czy białoskórego heteryka - łamiesz prawo; ale prawo boli bardziej w pierwszym przypadku, bo jest się przekonanym o słuszności obrony polskości. 


Homoseksualiści mają swoje problemy i o nich piszą; ludzie o odmiennym kolorze skóry również mają problemy i o nich piszą. Jakie są ich problemy - nie wiem. Jestem białą, heteroseksualną kobietą i naprawdę nie wiem jakie mogą być ich problemy; jednakże, mam świadomość, że one są i wspieram ich w walce o swoje prawa i godne życie. Tak bardzo toczy się spór o godność życia w temacie aborcji; a gdzie godność życia ludzi urodzonych, i już dorosłych? Życzenie śmierci imigrantom, wysyłanie homoseksualistów do obozów śmierci czy chociażby „golenie głów zdradzieckim kurwom”, bo wyszły za mąż za cudzoziemców? Nie było tak i, cytując pewnego użytkownika, „stek bzdur”? To zdjęcie z artykułu o mowie nienawiści, którego tytuł jest komentarzem samca alfa. 
Jeśli nie wiesz, że coś się dzieje, nie znaczy, że się nie dzieje w ogóle. Może takich rzeczy nie wypisujesz, może tego nie widzisz, ale to ma miejsce. 

Sporo argumentów, że piszę o problemach wyssanych z palca oraz że tekst jest, ponownie cytując, „stekiem bzdur” usłyszałam w artykule o feminizmie. Starałam się go napisać w formie manifestu, w którym pisałam o moich oczekiwaniach, jednocześnie pokazując jak sprawa wygląda teraz; nie atakowałam mężczyzn, tylko atakowałam jednego - literackiego odbiorcę - którym jest mężczyzna odpowiadający schematowi z tekstu.
Pisałam o problemach mi znanych, zarówno z własnego doświadczenia, jak i kobiet, z którymi rozmawiałam. Ktoś powiedział,  że to błahostki, że to nie są problemy a szukanie problemów tam, gdzie ich nie ma. Ale czy na pewno?

Pomijając skrajne przypadki, gdzie kobieta burzy się na otwieranie drzwi, zdarza się też, że kobieta mniej zarabia, przerzuca się na nią winę za gwałt oraz mówi się jej, jak ma się ubierać i zachowywać (bo kobieta ma mieć długie włosy, a jak ma krótkie, to już nie kobieta) - to nie są błahe pobudki. Mniejsze zarobki są problemami finansowymi, przerzucanie winy za gwałt usprawiedliwia bestialskie zachowanie gwałciciela, a twierdzenia jaka ma być prawdziwa kobieta powodują kompleksy. Te problemy, każdy z osobna i wszystkie razem, mają jeden efekt końcowy: depresję. 

Nie biegnę jednak tak daleko, ale wrócę do samego pojęcia problemu. To, co dla mnie jest sufitem, dla innych jest podłogą. Dla mnie drugi termin egzaminu to machnięcie dłonią i „jakoś to będzie”, podczas gdy dla koleżanki to koniec świata. Stłuczony samochód, kilka kilogramów więcej, lepsza dziewczyna. Dla mnie problemem jest moje zajęcie, i piszę do przyjaciółki, przepraszając ją, że zawracam jej gitarę pierdołą. Ona za każdym razem odpowiada mi, że skoro to dla mnie problem, to to nie jest pierdoła. 

W manifeście pisałam między innymi o tym, że mam prawo decydować o swoim życiu i o tym, jaką szkołę skończę. Wedle komentarzy artykułu, nie mam prawa wyjść za mąż za kogoś, kto nie jest Polakiem. Dlaczego? Ponieważ zostaje mi to narzucone przez stado. To nie jest problem, tak? 


Heteroseksualni mężczyźni również mają problemy i mają prawo walczyć o swoje prawa, jak każdy z resztą. Póki walka o swoje nie jest walką poprzez „zabieranie innym”, niech trwa i toczy się w najlepsze. W świetle prawa, w dobrym smaku, bez szykanowania i wytykania palcami. 

Jednakże, jestem heteroseksualną kobietą i nie wiem, jakie mężczyźni mogą mieć problemy. Przyznaję z ręką na sercu, nie mam zielonego pojęcia jakie kłody pod nogi rzuca los mężczyznom; i gdyby ktoś napisał artykuł o tym, przeczytałabym go, i z pewnością nie skomentowałabym krótkim komentarzem „stek bzdur”, bo to nie jest ani stek, ani bzdury. To jest problem mężczyzny, który o tym pisał; czuje się pokrzywdzony, a to - niezależnie od pobudek - jest problemem, który należy rozwiązać. 

Jednakże, ja to ja, a społeczność internetowa to inni ludzie. Chociażby w świetle artykułu o feminizmie, spotkałam się z trzema krytykami. Z pierwszym toczyłam dyskusję na wiele komentarzy, gdzie próbowano mi wmówić, że problemy kobiet są błahymi problemami. Wydaje mi się, że udało mi się obronić swój pogląd, jakoby nie było błahych problemów. W trakcie dyskusji przyznawałam mojemu rozmówcy rację na wielu polach - na temat skrajności feministek, na temat durnych poglądów, czy tym, że w niektórych przypadkach trudno o równość między kobietą a mężczyzną (skoro jesteśmy różnej budowy fizycznej i o różnej sile psychicznej). 

Przyznawałam rację tym bardziej, że sama w artykule pisałam, że kobieta i mężczyzna nie są tacy sami, a są uzupełniającymi się światami. I z tej dyskusji byłam zadowolona, i to bardzo. Z pozostałych dwóch już nie. Dlaczego? Jeden rozmówca pokusił się o napisanie „stek bzdur”, który tak chętnie cytuję w artykule. Co prawda, nie dowiedziałam się dlaczego to jest stek bzdur, bo wypowiedź nie została poparta żadnymi dowodami czy argumentami. Wiem jedynie, że mój tekst jest stekiem, i jest bzdurny. 

Drugi rozmówca zaś pokazał mi poziom mężczyzny, o którym pisałam w artykule o feminizmie, o mowie nienawiści i jako przykład podawałam ciemnotę umysłową. Otrzymałam odpowiedź „Nie rozmnażaj się”. 
Drodzy biali, heteroseksualni mężczyźni - czasami pokazujecie, że potraficie ładnie prowadzić dyskusję, a czasami udowadniacie mi, że feminizm jest potrzebny. Na sam koniec pozwolę sobie odpisać na wiadomość mojego małego hejtera:
Mój drogi, gdybym miała rozmnożyć się z kimś takim jak ty, czym prędzej pojechałabym do Słowacji na podwiązanie jajników. 





Nim pokusisz się o opinię, że pluję jadem i pewnie płaczę do podusi wieczorami, proszę, zapoznaj się z tym tekstem, a konkretniej z dwoma punktami: generalizacja oraz prześmiewczy ton. Dziękuję za uwagę. 

 Photo credit: Terence l.s.m via Foter.com / CC BY-ND

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.