• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

piątek, 20 maja 2016

#161 Nikt nie lubi smutnych ludzi.

wersja audio 

Jeśli ktoś wie jak wmontować w postaci paska odtwarzania, czekam na instrukcję!
________________________________________________________________


Wszyscy bywamy smutni - a to gorszy dzień, a to gorsza noc. Zdarzy się każdemu wstać lewą nogą. Człowiek siedzi później taki przybity, znajomi pytają co się dzieje. Można wyjść na piwo lub kawę, pogadać, ponarzekać, posmutać razem. Wszystko jest w porządku, gdy zdarzy się gorszy dzień. Gorszy tydzień też jest do przetrzymania, ale kiedy gorszy tydzień przekształca się w miesiąc, dwa i więcej, przestaje być w porządku. 

Smutni ludzie, tak ich nazywam, nie widzą żadnych pozytywów w swoim życiu. Kiedy do nich piszesz z pytaniem „co słychać”, zalewają mnóstwem informacji o tym, jacy są żałośni i jak bezwartościowe jest ich życie; i że w sumie nikt by się nie przejął gdyby przydarzył im się wypadek. Nie wiem jak innych, to mnie po kilku takich rozmowach odechciewa się pisania w ogóle. Nie masz tak? Piszesz do starego kumpla z pytaniem co słychać, a on zalewa Cię łzami goryczy i rzuca tekstem, że nikt się nim nie przejmuje. A Ty sobie myślisz: „hej, stary! Przecież ja napisałem, ja się przejmuję”. Smutni ludzie, kiedy ktoś się nimi zainteresuje, wylewają wiadro żali o tym, że nikt się nimi nie interesuje. Czujesz to błędne koło?

Kiedyś też byłam smutnym ludziem; takim, który opowiadał jak to mi nic nie wychodzi, jak to ludzie mnie nie lubią, jak to siedzę sama całymi dniami i że nic nie ma sensu. Byłam. Bo któregoś dnia mój starszy brat zadał mi mentalnego kopa w brzuch z tekstem: „to żałosne”. Nie była to diametralna zmiana, bo następowała powoli: kiedy zaczynałam się nad sobą użalać, docierało do mnie jak żałosna muszę się wydawać drugiej osobie, skoro nic nie potrafię zrobić i osiągnąć. W kilka tygodni przekształciłam się z smutnego ludzia na ludzia wkurzonego. 

Ludź wkurzony ma tę przewagę, że zamiast siedzieć i płaszczyć dupę, wstaje i bierze się do roboty. „Nic mi nie wychodzi? Ja wam pokażę!”; albo „Nikt mnie nie lubi? Widocznie nie moje kręgi”. Ludź wkurzony bierze swoje życie w ręce i zamiast użalać się jak to mu źle, zmienia to, co mu nie pasuje. Co więcej, ludzie lubią taki typ człowieka. Może nie wszyscy, może nie zawsze, ale mnie bardziej interesuje gdy ktoś do mnie pisze „Ale mnie wkurzył Pan Kowalski! Wiesz co on mi powiedział?” zamiast „Pan Kowalki mi powiedział [...] i jest mi smutno”. W pierwszym przypadku moja uwaga jest skupiona na historii, która wkurzyła mojego znajomego. 

Dzisiaj jednak nie piszę o ludziach wkurzonych, a o ludziach smutnych. Jak wspomniałam wcześniej, nie ma nic złego w byciu smutnym; jednakże bycie smutnym nagminnie sprawia, że ludzie uciekają w popłochu. Z początku piszą by pocieszyć, by podnieść na duchu, by pokazać, że ktoś się interesuje losem smutnego człowieka. Można raz i drugi pocieszyć, że znajomi to banda kretynów; że szef to buc; że rodzice są nadgorliwi. Można raz i drugi, ale kiedy sytuacja się nie zmienia przez miesiąc i rozmówca nic nie zrobił by się zmieniła... Ileż można, prawda?

Wszyscy mamy problemy, wszyscy miewamy smutne dni. Jeden do drugiego pisze by się wygadać, by posmutać, by powkurzać się razem. Kiedy ktoś zbiera monopol na złe samopoczucie, robi się nieprzyjemnie. Bo dziwnie tak narzekać podczas gdy ktoś inny narzeka. Narzekamy by ktoś poprawił nam humor, a gdy dwóch potrzebujących poprawy humoru... Cóż. 

Mam wrażenie, że smutni ludzie siedzą na dupie, patrzą na to co się dzieje obok nich i nie robią nic, by tę sytuację poprawić. Chyba nie tylko ja, bo skoro większość takich osób narzeka, że nie mają znajomych... Coś w tym jest, nie sądzisz?
Podam przykład mojej (nie tylko) blogowej koleżanki, Humanistki na obcasach. Blogowanie nie wychodzi jej tak, jakby chciała, ale zamiast siedzieć na dupie i płakać, jak to jej nic nie wychodzi, zakasuje rękawy i rusza do ataku. Mogłaby usiąść w kącie i narzekać, a zamiast tego pisze do mnie i pyta co robię; pisze do innych i również pyta co robią. 
Są blogerzy też, którzy zamiast właśnie wziąć się do roboty, usiądą na krawężniku i płaczą, że jest im niewygodnie. Jak myślisz, który z nich osiągnie jakikolwiek sukces?

W swojej karierze pisarsko-blogowej wielokrotnie spotykałam się „jak ja ci zazdroszczę talentu”. Oczywiście, z dopiskiem „ja tak nie potrafię”. Po pierwsze, w moim stylu pisania jest 5% talentu, 95% ciężkiej pracy. Wystarczy spojrzeć na artykuły sprzed roku; a następnie sprzed dwóch lat. Dwa lata temu nie potrafiłam pisać, to jest pewne. Teksty były bełkotliwe, krótkie, bez konstrukcji i składu. Mogłam dwa lata temu siedzieć i płakać, że nie piszę tak ładnie jak inni blogerzy. Mogłam, ale nie zrobiłam tego, tylko pisałam dalej. I patrzyłam, jak inni to robią. Dzisiaj jestem gdzie jestem i jestem z tego dumna. 

Podobnie było z moją karierą pisarską w powieściach: powieści sprzed sześciu lat to teksty, których nie pokazałabym światu już nigdy więcej. W tamtym momencie to było coś, co miałam do zaoferowania - lepsze lub gorsze, wystawiałam na krytykę i cierpliwie czekałam, aż ktoś powie „o tu, tu jest źle”. I zamiast płakać, że nie piszę idealnie, zakasałam rękawy i zaczynałam babrać się w gównie literackim. Pisałam dużo, pisałam często, pisałam lepiej lub gorzej. 

Wspomniałam, że mam 5% talentu? W tym małym procencie jest samozaparcie i wyobraźnia. Tylko tyle; albo aż tyle. Bo bez tych pięciu procent nie osiągnie się nic - ani w blogowaniu, ani w pisaniu powieści. Po co komu wyobraźnia przy artykułach, ktoś się zapyta. To już odpowiadam: ilu blogerów nie ma pomysłu na artykuł? Ilu blogerów pyta obcych ludzi: „o czym chcielibyście poczytać”. Nim zasiądę do blogowania, siadam nad notesem i zastanawiam się nad tym, jak miałby wyglądać tekst. Muszę go sobie wyobrazić w gotowej formie i zapisać to, co chciałabym żeby posiadał. Bez tego ani rusz! 

To było pierwsze 2,5%. Teraz drugie: ilu blogerów odpada przez to, że nie chce im się pisać bloga? Ilu z nich decyduje się na regularność wpisową i umiera ona po dwóch, trzech tygodniach? Moja regularność, wprowadzona wraz z pierwszym stycznia bieżącego roku pozostaje taka sama. Trzy posty tygodniowo, poniedziałek - środa - piątek. Różnie bywa co najwyżej z publikacją godzinową, która waha się sporadycznie. Niemniej, regularność mam zachowaną, bo idę w zaparte, że będę w ten sposób prowadziła bloga. 

Podobnie jest w temacie pisania powieści i opowiadań; wiedzą o czym mówię przede wszystkim ci, którzy się tym zajmują. Ile dzieł umarło w połowie? W moim przypadku - bardzo dużo, nie ukrywam. Co mi po talencie i lekkim piórze, jeśli nie posiadam samozaparcia? 

Oczywiście, mogłam stwierdzić lata temu przy pisaniu powieści i dwa lata temu przy prowadzeniu bloga: „nie wychodzi mi to, nie nadaję się do tego”. Gdzie bym była teraz? Na pewno nie tutaj, i na pewno nie czytałbyś tego tekstu. Dlaczego? Bo nadal tkwiłabym w tamtym miejscu, użalając się nad sobą i swoim losem. W tym tkwi właśnie problem smutnych ludzi. Tkwią w miejscu i narzekają, że w niczym nie są dobrzy - by stać się w czymś dobrym, trzeba nad tym pracować. Praca nie jest ani łatwa, ani przyjemna, a efekty są widoczne dopiero po czasie. Jednym z moich mott jest:

Nig­dy nie re­zyg­nuj z ce­lu tyl­ko dla­tego, że osiągnięcie go wy­maga cza­su. Czas i tak upłynie.
H. Jackson Brown, Jr.

Smutni ludzie narzekają też, że nie mają znajomych - a nie mają znajomych, bo narzekają. To błędne koło, z którego muszą wyrwać się sami, albo ktoś będzie musiał wyrwać ich w sposób brutalny, tak jak mnie wyrwał brat. To właśnie on uświadomił mnie, że jeśli chcę coś w życiu osiągnąć, to nie mogę płakać nad swoim losem, tylko wziąć go w swoje ręce. Coś mi nie wychodzi? Będę ćwiczyć, aż wyjdzie. Ktoś mnie nie lubi? Znajdę kogoś, kto polubi. Zamiast siedzieć bezczynnie, przekuwam smutek w złość, a złość czynię moim paliwem. 

Jestem bardzo zdenerwowanym człowiekiem, ale to dzięki temu gnam do przodu jak szalona; to dzięki temu przestałam się nad sobą użalać. Bo z użalania nic nie wynika, a z denerwowania? Też; o ile coś z tym zrobię. Nie ma sensu denerwować się tak o, by się denerwować. Lepiej wkurzać się na coś lub kogoś po to, by znaleźć siłę by to zmienić. 

Apel dla wszystkich: smutajmy, kiedy nie mamy na coś wpływu i denerwujmy, kiedy możemy coś zmienić. Denerwowanie się na coś, na co nie ma się wpływu to niszczenie swojego zdrowia; a smucenie się, kiedy możemy coś zmienić to niszczenie zdrowia innych (i denerwowanie ich przy okazji). 


Photo credit: Christopher.Michel via Foter.com / CC BY

1 komentarz:

  1. U mnie to przebiega "dwuetapowo" - najpierw się smucę przez dwa, trzy dni, bo "nie wychodzi mi nic", a potem pojawia się refleksja: dlaczego tak jest i co mogę z tym zrobić? Bo samo nic się nie zrobi niestety :) najtrudniejszym - tak sądzę - dla 99,99& ludzi jest systematyczne, zorganizowane działanie, zmotywowanie się do regularnej pracy. Kiedy zaczyna się odechciewać, bo pierwsze kroki cienszkie som, większość odpuszcza.

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.