• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

poniedziałek, 11 lipca 2016

#178 Opowiem ci, jak prawie przegrałam życie.


Kiedy wracałam ze szkoły, czułam się szczęśliwa. Nie tylko dlatego, że musiałam do niej chodzić, ale też dlatego, że byłam zmuszona spędzać czas z ludźmi, którzy mnie nie szanowali i traktowali jak każdego innego człowieka. Miałam dość bycia szarą jednostką, numerem w dzienniku. Nie powiem, że mnie nie lubili, bo może mnie lubili; lubili za to, że dałam odpisać zadanie, że pomogłam gdy tego wymagała sytuacja. Jednakże, nie byli to moi przyjaciele. Gdybym im powierzyła moje sekrety, te sekrety rozniosłyby się po całej szkole. Byłam zmęczona rywalizacją. 
Dlatego, kiedy wracałam ze szkoły, byłam szczęśliwa. Żegnałam się, wsiadałam do autobusu i patrzyłam na twarze ludzi; nie zauważali mnie, bo dla nich byłam tylko uczennicą, która tylko wraca ze szkoły. Męczyło mnie to. Na ulicy mówiłam znajomym twarzom „dzień dobry”, czasami mi odpowiadano, czasami nie. Raz byłam kimś, a raz byłam „kimś”. Szara jednostka w szarej codzienności: codzienności, która mnie nie interesowała. Nigdy mi nie zależało na uznaniu rówieśników. Nie musiałam chlać za szkołą, chodzić na wagary i palić z nimi „mocny towar”; nie chodziłam na dyskoteki, nie ubierałam się w nowe kiecki i markowe trampki. Chodziłam w tym, czym chciałam: nie oni, ale ja. Wiedziałam, w czym czuję się dobrze, a w czym źle, i nie robiłam niczego, by należeć „do paczki”. 
W końcu, kiedy wracałam do szkoły, odpalałam komputer, odpalałam teamspeaka, i jeszcze nim zalogowałam się do gry, mówiłam „cześć chłopaki”, a oni odpowiadali chórem „cześć Kathuś, w końcu jesteś”. To była moja paczka. 


jak to się zaczęło?


Zaczęło się stosunkowo niewinnie: starszy brat przyniósł nową grę do domu, odpalił i ja, jako młodsza siostra, siedziałam i patrzyłam. Patrzyłam i patrzyłam, w końcu pozwolił mi stworzyć postać i pograć (wtedy, kiedy jego nie było lub nie miał nastroju). Miałam... dwanaście lat, i moja znajomość języka angielskiego była równa zeru. Ale grałam, bo wiedziałam jak zabijać stworki, plus podpatrzyłam jak to robił mój starszy brat. 
Rok później „ogarniałam”,  i to całkiem nieźle. Wtedy pierwszy raz brat mnie pochwalił. Jak? Przyszedł do nas w odwiedziny jego kolega z klasy, rozmawiali między innymi o grze, a ja - jak to miałam w zwyczaju - siedziałam i słuchałam. W końcu kolega parsknął śmiechem: „twoja siostra pewnie nie rozumie ani słowa”, na co mój brat z dumnym uśmiechem „radzi sobie lepiej od ciebie”. 
No i leciało. W czasach gimnazjum nie byłam jeszcze uzależniona, bo uzależnienie przyszło wraz z polskim serwerem, Andeeria. To właśnie wtedy nie było to granie, ale „granie”, gdzie rozmawiałam i poznawałam innych ludzi. Wtedy naprawdę zaczynałam wczuwać się w klimat, bo radzono mi, tłumaczono, kierowano, aż doszło do momentu, w którym to ja zaczęłam być przewodnikiem. Bo jeśli w czymkolwiek, kiedykolwiek byłam dobra, to właśnie w tym. 

W połowie liceum zmieniłam klan - mój stary rozpadł się (jedni poszli grać gdzie indziej, drudzy zdali sobie sprawę ze swojej choroby i zaczęli z nią walczyć). Błądziłam po klanach, w każdym poznając nowych ludzi, rozmawiając z nimi; słuchając problemów, wspierając. Mnie też wspierali, radzili i pomagali, i to nie tylko w sprawach gry. Pomagali mi z życiem, tak jak i ja pomagałam im. Przede wszystkim, pomogli mi przejść burzliwy okres. 
Nie ma co ukrywać, byłam najmłodsza przez wszystkie lata gry i bezustannie obcowałam nie tylko z chłopakami, ba! mężczyznami, to jeszcze z osobami starszymi. W małżeństwach (z żonami w grze), po rozwodach, po wzlotach i upadkach. Każdy miał swoją historię, a ja lubiłam te historie. Dzięki ludziom ze świata gry bezboleśnie przeszłam okres buntu: nie piłam, nie ćpałam, nie paliłam (i nie palę do tej pory); nie ciągnęło mnie do klubów. Wieczór wolałam spędzić w grze ze swoją paczką, która doceniała mnie za to, jaka byłam niż z ludźmi z otoczenia, którzy czegoś ode mnie wymagali. Ktoś powie, że straciłam najlepsze lata życia; ja powiem, że właśnie dzięki grze miałam je naprawdę udane, bez poczucia wstydu. Bo jak mogę wspominać sytuacje, kiedy to mój klan (sami chłopacy, ja jedyna dziewczyna) połączyli siły z innym klanem, gdzie byli sami mężczyźni. Wszyscy wchodzą na teamspeka; słyszę kłótnie, dyskusje, przegadywania i w końcu decyduję się przerwać: „cześć panowie”. Co słyszę w zamiar?

Kto ma taki spedalony głos?

Wierz mi lub nie, tego nie zapomina się do końca życia. Niemniej, byłam dziewczyną wśród samych chłopaków i mężczyzn; pewnie stwierdzasz, że miałam kółko adoratorów przez płeć. Nic bardziej mylnego: „ogarniałam”, i to naprawdę dobre ogarniałam. Opanowałam moją postać do tego stopnia, że dokonywałam rzeczy, których nikt inny nie był w stanie. 
Mianowicie, na najwyższym poziomie, gdzie pozostaje zdobywanie trofeów, zostałam poproszona o odegranie roli „tanka” w czterdziestoosobowym rajdzie. Tank to postać, która zbiera wszystkie uderzenia przeciwnika, nie pozwalając innym członkom drużyny umrzeć. Komnata z czterema jeźdźcami, z czego każdy musiał mieć własnego tanka. W trakcie rozgrywki okazuje się, że jeden z czwórki nie podołał i zginął, a jeździec ruszył na healera (osobę odpowiedzialną za przeżycie członków drużyny). Przez wrzask na teamspeaku wydarłam się, że ma biec do mnie i przejęłam drugiego jeźdźca, nim ten dogonił kumpla. Miałam na sobie dwóch jeźdźców. W czasie tego zamieszania, zaczął padać inny tank: no to co? Cofając się, trzymając aggro (uwagę przeciwników) na sobie, przejęłam trzeciego jeźdźca nim zabił kumpla. Trzech jeźdźców i ja jedna: na niektórych zrobiło to wrażenie. 
Innym razem, będąc w koalicji z innym klanem, zostałam zabrana do jednej z najtrudniejszych instancji na serwerze (w tamtym okresie). Mówiłam, że byłam jednym z trzech głównych tanków w klanie o trzycyfrowej liczbie członków? Niemniej, kiedy ruszyliśmy do kolejnego bossa, zostałam wyznaczona jako off-tank. 
Krasnolud, gdyż on był głównym tankiem, kpił sobie z mojego ubioru (średniej klasy itemy); momentami obrażał mnie i upokarzał przy swoich kumplach. Oczywiście, miałam swoich obrońców; ale nie potrzebowałam ich, gdy ruszyliśmy do ataku. Wróg okazał się za silny na krasnoluda, a ja przejęłam jego aggro na siebie i utrzymałam bez problemu. To tak, jakby typ w pełnopłytowej zbroi i kałachem w ręku poległ, a ja w lnianych szatach i z rewolwerem dałam radę. Powiem wprost: ego tak zabolało, że uciekł z rajdu z podkulonym ogonem (i towarzyszącym mu śmiechem moich kamratów). 

Byłam dobra. Byłam w tym naprawdę dobra, i widzieli to wszyscy. 
Nie tylko w bijatykach dawałam sobie radę, ale i w zarabianiu złota. Potrafiłam całe dnie przesiadywać w domach aukcyjnych, zdobywać najpotrzebniejsze rzeczy i wystawiać w dobrych cenach. Wiedziałam gdzie i co zerwać, gdzie i co wykopać, gdzie i co zabić by mieć to, czego inni potrzebowali. 
Przeciętny gracz chodził z kwotą stu złotych monet; i to był bogaty gracz. Natomiast ja chodziłam z kwotami kilkudziesięciu tysięcy. Gdybyś zapytał moich znajomych, którzy ze mną grali, „w czym byłam najlepsza”, oni odpowiedzieliby „w zarabianiu”. Miałam anielską cierpliwość do wszystkiego, włącznie z łowieniem ryb. Naprawdę, byłam jedną z najbogatszych osób na serwerze. Do tego, potrafiłam wbić poziom reputacji na maksimum, co zapewniało mi kupowanie wierzchowców. Co z tego, że z nich nie korzystałam i niektóre były brzydkie jak noc: zebrałam ich tyle, że dostałam w nagrodę darmowego, białego smoka. Byłam dobra, ponieważ w klanie jako jedna z niewielu zawsze miałam kilkuosobowego wierzchowca i zawsze znalazłam czas by przetransportować niskolevelowe postacie. Zawsze miałam czas dla najmniejszych, więc byłam jedną z najbardziej lubianych osób. 

I od tego się uzależniłam. Od bycia „dobrą”. Choć grałam sześć lat, wielu rzeczy nie udało mi się zrobić: nie zdobyłam konkretnej zbroi, nigdy nie zdobyłam Anzu. Nigdy nie zwiedziłam Black Temple ani nie pokonałam Arthasa. A chciałabym zdobyć, zobaczyć i zwiedzić; chociażby po to, by inni powiedzieli: „łał”. Dlatego tak bardzo mnie ciągnie do ponownego odpalenia gry: by osiągnąć to, czego nie osiągnęłam wcześniej; by udowodnić sobie, że też potrafię. Uzależniłam się od tego, od ludzi. Nie od samej gry, która nie była porywająca. Od ludzi, którzy tam są. 

jak to się skończyło?

Skończyło się nagle. Pozostał mi miesiąc do matury, a ja nie przygotowałam się do niej w żaden sposób. Któregoś dnia dotarło do mnie, że jeśli nie zrobię nic TERAZ, to nie zrobię niczego później. To było nagłe odcięcie pępowiny: na trzy miesiące. Zdałam maturę, dostałam się na pierwsze studia i po trzech miesiącach poczułam na powrót ten zew, ale nigdy więcej do niego nie wróciłam.
To było sześć lat temu, i od sześciu lat słyszę w sobie ten zew. To, by wrócić, by być znów wśród „swoich”. I choć te lata spędzone w grze i z tymi ludźmi uważam za wspaniały okres w moim życiu, wiem, że nie mogę do tego wrócić. Przede mną dorosłość: praca, opłaty, dojrzałe decyzje. Jedną z nich jest ta o rzuceniu nałogu. Decyzja niełatwa, bolesna, ale jednak: właściwa. I choć odcięłam pępowinę nagle, to nadal jestem w nałogu. Wystarczy mnie podpiąć choć na chwilę, bym zapomniała o bożym świecie. Wiem to, i dlatego tak bardzo się pilnuję. 

o moim uzależnieniu


Osoby, które towarzyszą mi oraz stronie od dłuższego czasu wiedzą, że jestem graczem; że lubię wieczorami siadać, odpalać playstation i oddawać się przyjemności ratowania świata. Przyznaję się od razu: potrafię wsiąknąć w nowe uniwersum jak woda w gąbkę, przegryźć fabułę kilka razy i zapomnieć o bożym świecie do tego stopnia, że nie wiem jaki jest dzień tygodnia. Czasami jest to uciążliwe, bo wzrasta zużycie prądu i cierpią na tym relacje z innymi ludźmi; niemniej, wiem, że to mój sposób na uzależnienie. Tak jak palacz papierosów przechodzi na substytut w postaci e-fajki albo tabletek nikotynowych, tak jak gram w gry na playstation; w gry o zamkniętym uniwersum. W końcu, ile razy można przechodzić to samo? 

Co to ma się do uzależnienia? Już mówię. Jestem uzależniona od grania, i ilekroć mówię komuś o mojej chorobie, patrzy na mnie jak na wariatkę; jak na osobę o słabym charakterze. Bo można się uzależnić od papierosów, od narkotyków i od alkoholu. Ale od gry? Niestety, można, i to nie jest łatwe do wyleczenia; o ile jest to możliwe. Bo tak jak alkoholikiem jest się całe życie, tak ja będę całe życie walczyć z dziką pokusą powrotu do starych czasów, co nie jest proste. Dlaczego? Ponieważ największym wrogiem mojej choroby są ludzie: ludzie, którzy są przekonani, że żartuję; którzy bez zawahania wysyłają mi zaproszenia do gier mmo; którzy namawiają mnie bym do nich dołączyła. Tak jak alkoholikowi wystarczy łyk wódki by wrócić do nałogu, tak mi wystarczy odpalanie jednej, konkretnej gry. 

Jestem uzależniona od gier, gram, i niby się leczę?


Można zarzucić mi nieścisłość: „jesteś uzależniona od grania w gry, ale grasz w gry na playstation, i niby jest to substytut jak e-papieros? Coś tu nie gra”. I powiem od razu, gra. Kluczem w całym zagadnieniu są „nowe uniwersa”, jak i „ile razy można przejść tę samą grę”. Od lat gram w produkcje, które są zamknięte i nie mogą od siebie uzależnić, ponieważ prędzej czy później przejdzie się wszystkie wątki fabularne, zrobi wszystkie zadania, zdobędzie wartościowe zbroje. Dlatego, kiedy mam ochotę sięgnąć po papierosa, staram się zabić to pragnienie e-papierosem. 
Drugim, ważnym faktem jest to, że na playstation: gdybym posiadała w domu mocniejszy sprzęt, a mówiąc o mocniejszym sprzęcie, mam na myśli komputer stacjonarny, „potwora” do gier, miałabym problem, i to nie mały problem. Prawdopodobnie nie siedziałabym teraz, nie pisała tego wszystkiego, bo odpaliłabym sprzęt, zainstalowała grę i zniknęła z życia na dzień, dwa, miesiąc, rok, a może sześć lat? Już mam za sobą sześć lat; sześć lat w grze World of Warcraft.
Największą przeszkodą w powrocie do nałogu jest fakt, że nie posiadam odpowiedniego komputera. Gdybym go miała, walka z nałogiem byłaby niezwykle trudna. Łatwiej nie palić papierosów gdy się ich po prostu nie ma, a trudniej gdy ma się świadomość, że leżą na dnie plecaka schowanego w schowku pod tapczanem (a schowało się je na czarną godzinę). 

ale jesteś żałosna

Otwarcie o uzależnieniu zaczęłam mówić kilka miesięcy temu, ale nie więcej jak dwa lata; spotykałam się z różnymi reakcjami ludzi. Najlepiej reagowali ci, którzy znali ten problem; którzy też są uzależnieni. Większość ludzi jednak nie rozumiała mojego problemu; nie rozumiała, jak można uzależnić się od gry i dlaczego mówię o sobie jako o uzależnionej, skoro nie gram już sześć lat. Widziałam to w ich oczach; widziałam momentami kpinę. 
Ponieważ niektórzy kpili z mojego uzależnienia. Twierdzili, że jestem żałosna. Bo dałam się wciągnąć w grę... Choć pewnie zauważyłeś, że to nie gra mnie wciągnęła, ale ludzie. Myślisz, że sekta cię nie wciągnie? Wciągnie, i nawet nie zauważysz kiedy. Bo ludzie z sekty będą w stanie dać ci to, czego nie są w stanie dać ci ludzie z otoczenia. Pokochasz ich towarzystwo tak bardzo, że nim się obrócisz, uzależnisz się od niego. I tak było właśnie ze mną.
Grałam po kilkanaście godzin dziennie, przyklejona do komputera. Można powiedzieć, że „prawie przegrałam życie”; ale przyznam się szczerze, nie żałuję ani godziny spędzonej w grze. Moja relacja z bratem w końcu zaczęła być zdrowa, zaczęliśmy się dogadywać i doceniać. Poznałam wiele wspaniałych osobowości, usłyszałam wiele ludzkich dramatów. Ludzie nie grali by grać, ale grali by mieć z kim pogadać. Cały klan to była jedna wielka poradnia psychologiczna - ludzie radzili sobie od podstaw w gotowaniu, poprzez dramaty w małżeństwie czy problemy z nauką. Jestem wdzięczna ludziom, których poznałam, bo dzięki nim nigdy nie miałam okresu buntu.
Prawda jest taka, że najwięcej jest ludzi uzależnionych od gier mmo; ludzi, którzy utrzymują stały kontakt z innym człowiekiem. Rozumiem mechanizm wciągania; rozumiem potrzebę akceptacji przez społeczeństwo, bez konieczności zmieniania samego siebie. Bo ja nigdy nie chciałam palić, pić do nieprzytomności, nosić kusych spódniczek i chadzać po imprezach, jednocześnie kłócąc się z rodzicami. Chciałam by ktoś mnie zaakceptował taką, jaką jestem: lubiłam pisać, lubiłam pomagać, lubiłam grać. I zostałam zaakceptowana przez społeczeństwo w grze World of Warcraft.

Brzmi tak idyllicznie, że niemalże nie ma w sobie niczego złego. Niemalże. Prawda jest taka, że nawet spędzając każdą wolną chwilę przy komputerze, nie można do tego świata wejść: poza monitorem nadal jest świat, ten właściwy świat. Świat, w którym nadal są ludzie, którzy nas nie lubią; problemy, których nie rozwiązaliśmy i rzeczy, które powinniśmy zrobić. W porę to zauważyłam i uwolniłam się od nałogu, dzięki czemu studiuję, prowadzę tę stronę, piszę powieści i poznaję nowych ludzi, a jednocześnie relacje ze starymi znajomymi poprawiają się.
Nie jest łatwo. Nikt nie powiedział, że to będzie proste: wyrwanie się ze świata, w którym jest się kimś i życie w świecie, w którym jest się szarą jednostką na ulicy. Niemniej, zasmakowałam owocu jakim jest „bycie kimś”, wiem jakie to uzależniające, i smaczne jednocześnie, więc gdzieś tam nadal chcę być kimś. Ale już nie w wirtualnej rzeczywistości, ale tej, naszej. Czasami kusi mnie by pójść na łatwiznę, zalogować się, stworzyć postać, znaleźć nowy klan i stać się kimś. Wiem, że dałabym radę z palcem w nosie; że każda instancja, każda lokacja i każde zadanie jest znane przeze mnie na pamięć. Wiem co zdobyć, gdzie zrobić i za ile sprzedać, by w krótkim czasie dorobić się majątku. Wiem to, i kusi. Cholernie kusi.
Ostatnie tygodnie żyję w wielkim pociągu do mojego narkotyku: gdyby nie to, że nie mam komputera, już bym grała. Zniknęłabym na dzień, dwa, tydzień, może miesiąc, a może i cały rok. 

problem uzależnienia jest powszechny

Problemem gier nie jest to, że niektórym odbija i wychodzą na ulice z mieczem, chcąc zabijać. To naprawdę odosobnione przypadki, które nie wytrzymały presji rzeczywistego świata, i pogubiły się w tym wirtualnym. Prawdziwym problemem gier (mówiąc gra, mam na myśli mmo, czyli multiplayer) jest to, że oferują wspaniały świat z innymi, myślącymi ludźmi. Gdzie o sukcesie lub porażki decyduje nie gracz z ustawieniami botów, ale każdy z osobna; gdzie każdy podejmuje własne, świadome decyzje. I wiem, że łatwo wpaść w nałóg; cholernie łatwo. Bo bycie dobrym liderem w grze to bycie wygrywem, tyle powiem.
Dlatego wiem, jakim ryzykiem są gry: mówię w liczbie mnogiej, bo World of Warcraft nie jest jedynym źródłem uzależnienia. Niesławny Lol (league of legends), Guild Wars, Metin, Lineage, czy chociażby gry po łączu: Battlefield, World of Tanks czy, uwaga, Counter Strice: GO.
Pomijając wszelaką agresję wśród graczy (wiem o czym mówię, mnie samej zdarzyło się siarczyście przekląć gdy „amator” przebijał aggro), muszę przyznać, że to w CS:GO pokładam największą obawę co do uzależnienia. Sama jestem graczem, który lubi fantasy i rpg; świat, który ma problemy i któremu ja pomagam. Jednakże wiem, że są gracze, dla których największą przyjemnością nie jest otwarty świat, ale możliwość „wklepania” przeciwnikowi. Wiem o tym, ponieważ mój World of Warcraft oferował rozgrywki między graczami; rozgrywki, której ja - notabene - nienawidziłam. Wiem, że grą oferującą zabijanie przeciwnika bez levelowania i poznawania świata jest właśnie CS:GO. Dlatego też wiem, że uzależnić się od tak prostej gry jest łatwo: uzależniają ludzie, a raczej silna potrzeba udowodnienia im lub zaimponowania, tym bardziej, gdy gra się z najbliższym otoczeniem.

Będąc osobą uzależnioną, wiem jakie to ciężkie. Ciężkie jest nie tylko przyznanie się przed sobą - mnie zajęło to kilka lat - ale też przyznanie się przed innymi. Jeśli nie potrafisz zrozumieć uzależnienia od „grania w gry” i gdzieś tam się śmiejesz z kogoś, kto w te gry gra - prawdopodobnie jesteś jedną z przyczyn, dlaczego to robi. Nie akceptujesz go, więc ten ktoś szuka akceptacji wśród innych ludzi. Nie rozumiesz dlaczego woli wbić kolejny level albo zabić jakiegoś potwora zamiast pójść na piwo; podczas gdy on nie rozumie przyjemności pochodzącej z picia piwa. Dla niego granie jest ucieczką od tego, że jest nijaki; ratuje go to, że w tym wirtualnym świecie jest kimś.
Jeśli chcesz kogoś wyciągnąć z nałogu, nie pozwól mu odczuć, że jest dziwny przez swój nałóg. Pokaż mu, że jest kimś w świecie, który jest rzeczywisty. Wyjście z nałogu wymaga wsparcia, ale też przede wszystkim silnej woli. Sama się uwolniłam, i sama się trzymam z dala od gry. Jednakże wystarczy mi dziesięć minut, bym znów się wciągnęła. Wystarczy, że zobaczę film na youtube, zobaczę fanarty lub obejrzę premierę w kinie. To wystarczy, bym poczuła to przyciąganie.
Równie ważne jest to, by ktoś zdawał sobie sprawę ze swojego nałogu: wyciągnięcie wtyczki od internetu nie rozwiąże problemu; pojawi się agresja. Słowna, może fizyczna. Dlaczego? Bo właśnie sprawiłeś, że kogoś zawiódł; podkopałeś jego autorytet. Nikt tego nie lubi, a gracz - dla którego autorytet wybudowany w grze jest bardzo ważny - potrafi dla tego autorytetu stracić nerwy. Do leczenia tego potrzebny jest czas, cierpliwość i wyrozumiałość.
I chciałabym podać ci krótki, szybki sposób na to, by partner/ka, kolega/koleżanka czy dziecko wyszło z nałogu w ciągu kilku dni. Chciałabym, ale taki nie istnieje. To sam uzależniony musi poznać swoje priorytety w życiu. Mnie uzależniło uznanie innych ludzi, i być może „sława”. Dlatego ta strona jest w pewnym sensie e-papierosem na tę potrzebę. Tak jak granie w zwykłe gry zastępuje potrzebę rozrywki, tak wypstrykando jest zaspokojeniem potrzeby uznania. Ktoś zalajkuje, ktoś skomentuje, ktoś udostępni. To dla mnie lekarstwo z chorobą, i przyznaję się do tego niechętnie.


O tym, jak bardzo jesteśmy uzależnieni - ja i moi najbliżsi - świadczy to, że kiedy raz wejdziemy na temat WoWa, nie zejdziemy z niego do momentu, aż po prostu nie rozejdziemy się do domów. I na co dzień potrafimy rozmawiać o wszystkim: o książkach, filmach, grach różnego typu. Jednak wystarczy poruszyć minimalnie kwestię WoWa, i po nas.
Najczęściej jest to poruszany temat, kiedy wchodzi nowy dodatek i spekulujemy nad możliwościami, jakie wprowadzi (przy jednoczesnym braku możliwości sprawdzenia tych spekulacji). Jednakże, największe pole do tematów dała nam premiera filmu Warcraft: Początek, gdzie słowo daję, jeden przed drugim pokazywaliśmy albo przekręcone motywy, albo ich idealne odwzorowywanie. Tematem dyskusji między innymi był temat: co było pierwsze, nocne czy wysokie (krwawe) elfy. Dyskusja, a nawet kłótnia, która ciągnęła się przez kolejne kilka dni.
Jak widzisz, mimo że nie gramy od lat, temat potrafi nas wciągnąć; z łatwością toniemy we wspomnieniach i waśniach sprzed wielu lat. Jesteśmy uzależnieni, i będziemy do końca naszych dni. Z nałogu się nie wyrośnie, i choć może ci się wydawać on „przereklamowany”, to wiedz, że jest to problem. Ostatnie dni nie potrafię myśleć o niczym innym jak o tym, czego nie zrobiłam w WoWie: jakich planów nie zrealizowałam. Arthas i Anzu to początek alfabetycznej listy, która - tak szczerze - nie ma końca. Bo kiedy uda mi się zdobyć Anzu, będę chciała coś innego, coś świeższego. Co więcej, twórcy gry uniemożliwiają spełnienie wszystkich zachcianek, wprowadzając coraz to nowsze dodatki, w tym przedmioty, zadania, miejsca i przeciwników.
I tak: na przejście jednej instancji potrzeba minimum trzech godzin: trzech godzin bez porażek, potknięć, czekania i narzekania innych. Jest to do zrealizowania? Powiem szczerze, cholernie trudne, bo zawsze się na kogoś czeka, zawsze ktoś narzeka i zawsze zdarzy się niefortunna czystka.

Tak: prawie przegrałam życie, ale wygrałam jednocześnie. Udało mi się uwolnić, ale nadal jestem skuta niewidzialnymi kajdanami nałogu; nałogu, z którego nigdy nie wyjdę. Jeśli nie masz żadnego uzależnienia - a wierz mi, że pewnie go masz - nie jesteś w stanie wyobrazić sobie tej męki. Chociaż, może? Kochasz kawę? Wytrzymaj bez kawy. Kochasz czekoladę? Wytrzymaj bez czekolady; bez papierosów, bez piwa, bez facebooka i internetu. Jesteś w stanie wytrzymać bez internetu?
Jeśli nie potrafisz sobie wyobrazić jednego dnia bez scrollowania facebooka i przeglądania śmiesznych stron, jesteś uzależniony. I to, czego ty nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, ja przeżywam każdego dnia. Czasami boli mocniej, czasami słabiej, ale gdzieś mnie w podświadomości gryzie. A gdyby tak zapalić? A gdyby tak kosteczkę? Przecież nie zaszkodzi mi jeden buch czy jeden gryz, prawda?

Niestety, jeden gryz czy jeden buch sprawi, że przegram życie. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.