• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

piątek, 15 lipca 2016

#179 „Przepraszam, czy mogę...?”


Oto Loki. 

Przyjaciel ze schroniska. 


Loki to mój pies, o którym wspominałam kiedyś w wywiadzie u Lexpressive; jest ze mną już trochę ponad rok, i nasza relacja nabiera kolorów. Spotkaliśmy się w schronisku: odwiedziłam ten przybytek w poszukiwaniu „nocnego stróża”, a wyszłam w towarzystwie nowego przyjaciela. To nie mama go wybrała; ani nie dziadek, i chyba też nie ja. Dlaczego? Bo kiedy wchodziłam na wielkie podwórze w akompaniamencie szczekania - szczekania setek psów, które próbowały mi zaimponować - ale to właśnie jego zobaczyłam przypadkiem, jako pierwszego; szczekał jak inne, ale nie skakał, tylko siedział i szczekał.
Na podwórzu pokazywano mi mnóstwo niewielkich czworonogów; mniej lub bardziej kolorowych, mniej lub bardziej kudłatych. Wszystkie zabiegały o moją uwagę, ale ja mimowolnie zerkałam w stronę tego jednego psa. W końcu zapytałam opiekunkę schroniska o niego. Powiedziała że młody, dwuletni samiec, sterylizowany, grzeczny i ułożony.
To był on, i to nie ja go wybrałam. Nie podobał mi się; za bardzo przypominał poprzedniczkę, Sonię, a Sonia należała do tych agresywnych. Jednak nie mogłam się oprzeć i powiedziałam, że bierzemy jego. Próbowali mnie przekonać, pokazując „ciapka” sięgającego mi raptem do kolan. Psiak był uroczy, kudłaty, „ciapkowaty”; ale ja już podjęłam decyzję. Miał być on.
Na pytanie jak go nazwę, powiedziałam od razu: Loki.
Po czasie okazało się, że Loki nie należy do psów ani grzecznych, ani ułożonych. ADHD na czterech łapach jest nie do okiełznania; biega szybciej niż zdążę pomyśleć by biegł (stąd stwierdzam, że to mieszaniec charta) a pyszczol mu się w ogóle nie zamyka. Szczeka, szczeka, i jeszcze raz, szczeka. Ktoś idzie ulicą? Szczeka. Kot siedzi w oknie? Szczeka. Komar brzęczy mu koło ucha? Szczeka; a jeśli zaś mówimy o „ułożony”, to owszem, uwielbia układać kwiatki w grządkach na nowo oraz pilnuje, byśmy chowali wszystko, co tylko zmieści mu się do pyska. Liczba ofiar rośnie z nocy na noc.

Jednakże Loki ma pewną wadę, z którą jest mi ciężej niż z pozostałymi: boi się wody. Kwiaty można zasadzić na nowo, sprzątania po sobie można się nauczyć, ale jak w takie upalne dni jak są w ostatnich dniach schłodzić czworonoga, który panicznie boi się wody? Boi się wody do tego stopnia, że boi się deszczu. 
Grube, czarne futro nie pomaga; więc postanowiłam popracować z nim tak samo, jak pracowałam nad komendami „leżeć”, „siad” i „podaj łapę”. Praca była mozolna, bo wpierw nalewałam do wiadra wody tak, by przestała być „lodowata”, a zaczęła być „chłodna”. Następnie brałam mojego psiaka - ku jego ogólnemu niezadowoleniu - przywiązywałam do ogrodzenia tak, by nie mógł daleko uciec i za pomocą małego kubka polewałam go po troszku. Pierwsze dwa razy to była walka z żywiołem; za trzecim razem zrozumiał, że jest mu lepiej. Więc stopniowo zwiększałam kubek, wodę mogłam lać „lodowatą”. Pies się przekonał, że woda w moich rękach krzywdy mu nie zrobi. 
Nauczył się do tego stopnia, że mogłam odpuścić sobie wiadra i kubek, a mogłam podejść do niego z wężem ogrodowym; podchodził co prawda ostrożnie, bardzo nieufnie, ale w końcu stawał blisko i pozwalał się chłodzić (pod warunkiem, że woda nie sięgała jego uszu i pyska). 
I tak było do wczoraj. 

Wczoraj mieliśmy niezapowiedzianą wizytę, gdzie jeden z gości wziął węża ogrodowego i zaczął lać Lokiego tak o, tak po prostu. Pies uciekał po kojcu gdzie tylko mógł, a ten lał go bez litości, ignorując całkowicie fakt, że Loki się go boi. Cóż, moje wrzaski i dosłowne „wydzieranie się” usłyszeli wszyscy: rodzice, goście, a nawet sąsiedzi. Niewiele brakowało, a wyrwałabym tego węża i chlusnęła prosto w twarz mojemu gościowi za jedno, krótkie stwierdzenie: 

„Nie zrobiłem mu krzywdy”


W takich chwilach zastanawiam się, gdzie ludzie mają mózg; bo nie pierwszy raz spotkałam się ze stwierdzeniem, że „skoro nie biję,  to nie robię mu krzywdy”. Tak, nadal istnieją ludzie, według których przemoc to tylko i wyłącznie pięści, obijanie twarzy i łamanie nosa; kopanie i plucie. Zapominają, że słowa potrafią ranić równie mocno; a śmiem wystosować twierdzenie, że mocniej. Każda istota żywa - czy to zwierzę, czy to małe dziecko - posiada pewną bardzo delikatną rzecz: psychikę, którą bardzo łatwo popsuć. 
Sama przemoc fizyczna nie wyrządza takich szkód, jak strach temu towarzyszący; chociaż, może się mylę. Jednakże uważam, że myślenie „a co jeśli znów mnie uderzy”; „a co jeśli go to sprowokuje”; strach powoduje, że człowiek zaczyna się kontrolować, zaczyna być ograniczany w obawie o to, że kogoś poniosą nerwy i podniesie rękę. Ale temat przemocy fizycznej jest o tyle ciężki, że pozwolę go pozostawić w tym miejscu i znaleźć inny przykład. 
Krzyczenie i wieczne krytykowanie może sprawić, że dziecko zacznie żyć w bezustannym stresie, a jego poczucie wartości będzie bardzo niskie; a jak wiadomo, niska samoocena przeszkadza w codziennym życiu na wielu płaszczyznach: „Interesuje się mną przystojny chłopak? Pewnie założył się z kolegami”; „Podoba ci się mój rysunek? Mówisz tak, bo się nade mną litujesz”. Takie osoby są strasznie trudne we współżyciu, i raczej nie cieszą się popularnością. 
I metoda: „zleję go wodą by pokazać, że nie musi się bać wody” jest jak myślenie, że wyleczysz arachnofobię zamykając chorego w piwnicy, by „oswoił się ze strachem”; efekt będzie odwrotny, i osoba nie tylko będzie bać się pająków, ale zacznie panicznie bać się ciemności i piwnicy. 

Krzywda psychiczna pozostawia trwały ślad, pokażę to na przykładzie psa sąsiada. Psina trafiła do nich parę lat temu, również ze schroniska - przez pierwsze miesiące panicznie bała się podniesionej ręki; ręki, która chciała pogłaskać po głowie, albo ręki, która rzucała zabawkę. Wniosek nasuwał się jeden: ktoś go bił. Kiedy brałam Lokiego ze schroniska, nie pytałam o jego przeszłość; tak jak on nie znał mnie, tak ja nie znałam jego. Może to było nieodpowiedzialne z mojej strony, ale nauczyłam się go obserwować, i poznałam go na tyle, na ile mi pozwolił. A wiem, że boi się wody. Dlaczego? Nie wiem.
Wiem natomiast, że zaufał mi na tyle, że pozwala się polać mi, i tylko mi. Dlatego jestem wściekła na mojego gościa za tę samowolkę.

jak obchodzić się z cudzym zwierzęciem?


Nie wiem jak inni właściciele pupili - od chomików, przez tarantule i węże, aż do kotów i psów - ale mnie bardzo denerwuje, gdy obcy ludzie pozwalają sobie na zbyt wielką samowolkę w stosunku do mojego pupila. I nieważne czy mówię tutaj o Loli, Czarku czy Lokim: nienawidzę samowolki, bo może zagwarantować jedno - problemy.
Kiedy ktoś bierze Czarka i próbuje utrzymać na rękach jak małe dziecko, wiem, że może podrapać po twarzy. Kiedy ktoś bierze Lolę na ręce, nie zrobi mu krzywdy, ale pobrudzi ubrania swoim futrem (bo traci je w niesamowitych ilościach); w późniejszym czasie towarzyszy narzekanie na to, że ktoś jest cały z futra. No i jeszcze jest Loki - pies, który niby jest pogodny, ale może ugryźć. Dlatego będąc na spacerze, bardzo nie lubię, gdy ktoś do mnie i do niego podchodzi, i bez pytania chce go pogłaskać. I wiem jednocześnie, że ostatni przypadek jest niezwykle „popularny” - popularny, ponieważ często słyszałam narzekania właścicieli, albo też byłam świadkiem takich sytuacji.

Pies, niezależnie jak przyjaźnie by nie wyglądał, i jak grzecznie nie zachowywał się przy swoim właścicielu, może poczuć się zagrożony, gdy podchodzi do niego obca osoba i wyciąga w stronę jego głowy rękę. To tylko zwierzę, więc instynktownie może zacząć się bronić, i instynktownie ugryzie. Właściciel i czworonóg będą mieć mnóstwo nieprzyjemności, od problemów z policją, przez częste wizyty weterynarza (kosztowne wizyty, dodajmy na to) bądź też wyizolowanie czworonoga w obawie, że może być chory na wściekliznę.
Można tego wszystkiego uniknąć prostym pytaniem: „Przepraszam, mogę pogłaskać?”
Warto pytać właściciela pupila czy można coś zrobić: jeśli się tego nie zrobi, można albo sobie, albo zwierzęciu zrobić krzywdę. Tak jak mój gość - chciał pomóc Lokiemu, a tylko mu zaszkodził. 

1 komentarz:

  1. Zgadzam się! Mam psa, który nie lubi obcych - nie ważne, czy chodzi o ludzi, czy o inne psy. Co prawda nie zaatakuje, ale widać, że czuje się bardzo nie komfortowo, gdy ktoś obcy ją zaczepia. Odsuwa się, ucieka... a ludzie na moje "Przepraszam, mogłaby pani/pan jej nie głaskać/zabrać psa?" nie reagują. Przez to nasze wycieczki do miasta są raczej rzadkie, wybieramy raczej miejsca odludnione, np. las.
    Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda mi się kupić kaganiec fizjologiczny i będziemy mogły częściej bywać w parku (podobno odpowiedniej wielkości klatka na ryju działa na głaskaczy fenomenalnie).
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.