• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

poniedziałek, 18 lipca 2016

#180 A czy ty jesteś gotowy na sezon wakacyjny?


W ostatnich tygodniach próbuję coś w sobie zmienić: przeszłam na dietę, zaczęłam regularnie chodzić na fitness. Ćwiczyłam trzy razy w tygodniu, spacerowałam, jeździłam na rowerze. Zaczęłam prowadzić tryb: „fit”, bo chciałam być „fit”. Mówiąc fit, nie mam na myśli rozmiaru 34, wygłodzonej sylwetki i kościstych nóżek. Mówiąc fit, miałam na myśli spalenie tłuszczyku na rzecz mięśni, wyrobienie sylwetki - smukłej i zgrabnej. Coś mi się udało. Coś. W pierwszych tygodniach zaokrąglił mi się tyłek: wyrzeźbił, nabrał jędrności, przestał być obwisły. Uda zaczynały mi szczupleć do tego stopnia, że czułam się dobrze widząc je w lustrze. Brzuszek? Przestał się tak „wylewać” poza spodnie. Efekty były, naprawdę, i czułam się z nimi dobrze. Do czasu. Bo możesz być z siebie dumnym, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto obrzydzi ci małe sukcesy komentarzem, o który nawet nie prosiłeś. Jak to było ze mną? 

kiedy sukces przestaje smakować?


Zacznę od tego, czym jest sukces? Dla jednych to każdy kolejny kroczek w osiąganiu celu, dla innych osiągnięty cel sam w sobie. Dla mnie to każdy centymetr zrzucony z ciała, każda strona powieści przeredagowana, każda przepracowana godzina. Suma małych sukcesów smakuje lepiej niż jeden duży, ale to dla mnie: Kasia i Tomek mogą mieć inaczej. Niestety, nawet małe sukcesy mogą stracić smak, kiedy zostaną „przyprawione” przez innych ludzi. 
Kilka tygodni temu udałam się na wycieczkę rowerową, w odwiedziny: przejechałam wówczas 35 kilometrów, usiadłam z ulgą u znajomych, nalano mi zimnego napoju. W tym czasie przyszła matka mojej koleżanki, spojrzała na mnie, uśmiechnęła się jak gdyby nic i spytała: „przytyło ci się w ostatnim czasie, co?”. To już było po efektach, gdzie centymetry spadły mi z każdej części ciała o dwa centymetry. Wierz mi na słowo, miałam ochotę zawartością szklanki chlusnąć jej w twarz. Oczywiście, koleżanka zaraz stanęła w mojej obronie i skrytykowała mamę (wiedziała o moich kompleksach). Niemniej, wracając do domu, nie byłam w tak dobrym humorze jak wcześniej: tak samo nie byłam w dobrym humorze kiedy następnego dnia szłam na fitness, albo na śniadanie jadłam płatki owsiane. Sukces przestał mi smakować, a zmiany w centymetrach przestały cieszyć. I wystarczył jeden komentarz.

tak rodzą się kompleksy


Przez całe moje życie musiałam znosić różnego typu komentarze, i to już od najmłodszych lat. Będąc szkrabem, nie ukrywam, miałam więcej kilogramów od rówieśniczek. Większość z nich akceptowała mnie taką, jaką byłam: nie mówiła słowa na temat mojej wagi, która - notabene - i tak była w porządku. W szkole podstawowej miałam nie lada problem: byłam na tyle niewymiarowa jak na swój wiek, że moja mama nie była w stanie dopasować na mnie spodenek jeansowych. Inne dziewczyny chodziły właśnie w takich do szkoły, a ja w czym? W spodenkach dresowych. Nie zwracałam na to uwagi do momentu, w którym jedna z koleżanek zapytała mnie: „dlaczego nie chodzę w spodniach”. No to wróciłam do domu, i zaczął się mój mały dramat. Nie byłam wtedy otyła, a po prostu nie byłam chuda.
Mojej mamie udało się problem zażegnać,  bo kupiła i przeszyła jeansy i mogłam dumnie prezentować swój strój, przynajmniej do momentu, jak pojechałam nad morze. Tam grupa prawie dwanaściorga małolatów - w różnym wieku - uległa presji liderki, która bardzo mnie nie lubiła, i zaczęła się ze mnie wyśmiewać. Wytykano mnie palcami, wyśmiewano. Wołali za mną „grubas”, choć jak mówiłam, gruba wcale nie byłam. 
Cała grupa tak dobrze maskowała się ze swoją jawną niechęcią do mnie, że rodzice zauważyli problem przypadkiem i to tylko dlatego, że mama znalazła mnie w łazience, siedzącą w kącie i płaczącą. Nie wytrzymałam tego. Nieważne co ubrałam, byłam gruba. Nieważne co zrobiłam, byłam niezdarna. Otworzyłam butelkę zimnej coli? Grubas. Rodzice kupili mi gałkę lodów? Jeszcze większy grubas. Miałam mniej niż dwanaście lat. Byłam dzieckiem, nad którym znęcała się grupa starszych dzieciaków. Nienawidziłam siebie, i jednocześnie wstydziłam się powiedzieć o tym rodzicom. Dlaczego? Bo co oni mogą na to, że jestem gruba? 

Kiedy skończyłam dwanaście lat, problem mojej wagi przestał istnieć. Po pierwsze, wystrzeliłam w górę jak z procy, więc wszystkie zbędne kilogramy się rozłożyły. Jako pierwsza w klasie miałam stanik, jako pierwsza miałam biust (i choć minęła ponad dekada, niektóre koleżanki nadal na ten biust czekają). Po drugie, jak pisałam w temacie uzależnienia, znalazłam grupę, która mnie akceptowała niezależnie od tego, jak wyglądałam. Od dwunastego do osiemnastego roku życia wolne chwile spędzałam w wirtualnej rzeczywistości; społeczność nie tylko mnie akceptowała, ale i podziwiała. To ile ważyłam i jaki rozmiar nosiłam nie miał żadnego znaczenia. 
Co więcej, ilekroć powracał temat lub problem mojej wagi, chłopaki i mężczyźni z grupy zaraz przychodzili z pomocą. Ich zdanie liczyło się dla mnie bardziej niż innych, więc szybko zapomniałam o kompleksach. Do czasu. Bo tak jak pisałam w tamtym artykule, w wieku osiemnastu lat musiałam odłożyć grę na bok, i w momencie, w którym ją odłożyłam, kompleksy wróciły ze zdwojoną siłą. 

jak to było z dorosłością? 


Wróciłam do realnego świata już jako dorosła kobieta, a przynajmniej pełnoletnia, więc lądowanie było twarde, i bolesne. Przestałam być „kimś” - ludzie nie mieli powodów by utrzymywać ze mną bliższe relacje, bo nic im nie mogłam dać. W grze byłam „kimś” - miałam sławę, siłę i pieniądze, więc ludzie byli dla mnie mili nawet wtedy, kiedy mnie nie lubili. W realnym świecie? Niekoniecznie. 
Bezustannie moja waga wahała się między 60 a 70 kilo; w zależności od okresu w życiu i problemów temu towarzyszących. W najgorszym okresie zajadałam problemy, więc waga wskoczyła, a później dietami i ćwiczeniami powolutku ją zbijałam. Zbijałam ją do tego stopnia, że w końcu uzyskałam pożądany efekt i wyrzuciłam wagę. Jestem z nią pokłócona od wielu lat, i zamiast się ważyć, po prostu się mierzę. Bo kilogram kilogramowi nierówny. 

ta sama waga, różna objętość | źródło |
Niby życiu dorosłym, kiedy już ustabilizuje się sytuacja i poczucie pewności siebie wróci, nie powinno być problemów. W końcu, dorośli ludzie inaczej patrzą na wagę i wygląd, a przynajmniej tak powinno być. Jak to naprawdę wygląda? 
Wczoraj napisała do mnie Izka. Chciała z kimś pogadać o swoich problemach, a nie za bardzo miała z kim. Wybór padł na mnie, ponieważ czytała mój artykuł na temat „ludzi idealnych”, i znała mniej więcej moje podejście do kompleksów, wagi i parcia na szkło w byciu „pięknym” i „fit”. Podczas wieczornej pogadanki stwierdziła, że jest zmęczona chłopakami, którzy ślinią się do kobiet w okładek, a sami nie wyglądają jak bóstwa. Wówczas powiedziałam jej smutny fakt: to nie tylko chłopcy i nastolatkowie ślinią się do dziewczyn z magazynów, ale mężczyźni w życiu dorosłym również. 
Piszę o tym, ponieważ w swoim dwudziestoparoletnim życiu przekonałam się, że każdy lubi mieć przystojnego partnera lub piękną partnerkę. Jesteśmy wzrokowcami i przyciąga nas to, co ładne - nie będę temu przeczyła. Jednakże „wymagać” należy nie tylko od innych, ale też od siebie, co pisałam w artykule: „A czy Ty chciałbyś być ze sobą w związku”. Mówię o tym jeszcze raz, bo znam nie jedną parę, w której on/ona wymaga by partner zrzucił brzuszek lub wyrzeźbił poślady, a sam wygląda niewiele lepiej, a może i gorzej. I to działa w obie strony, do cholery, więc nie ma się co obruszać, że feministka się znalazła. 

„chcieć” to „móc”

czyli gówno prawda o moralizatorstwie

Kompleksy potrafią bardzo mocno „usiąść” na psychice, i zniszczyć człowieka w sposób mniej lub bardziej świadomy. U mnie wyglądało to tak, że od dnia, w którym zamiast się ważyć, zaczęłam się mierzyć, byłam z siebie zadowolona. Naprawdę, czułam się szczęśliwa patrząc w lustro. Przestałam słuchać komentarzy innych, pokazując im serdeczny palec ilekroć mi się przewinął. Ktoś, kto był szczupły całe życie, nie rozumie problemów w utrzymaniu wagi zwłaszcza u kogoś, kto ma problemy z metabolizmem/trzymaniem wody w organizmie czy z samą tarczycą. 
Oczywiście, znajdą się moralizatorzy ze sławnym powiedzeniem: „dla chcącego nic trudnego”. Gdyby to było prawdą, już dawno mieszkałabym w willi w Chorwacji, była sławną pisarką i moje książki zarabiałyby na mnie, a ja moczyłabym dupę w morzu albo bujała się w hamaku między palmami. Co więcej - gdyby efekty zależały przede wszystkim od woli, ludzie nie chorowaliby i nie umierali. Taka prawda, bo nie wierzę, że ktoś chory na raka chciał taki być, albo chce umierać. Myślę, że taka osoba ma więcej woli życia niż my wszyscy razem wzięci. No ale, znajdą się tacy, co wiedzą lepiej: „chcieć to móc”. 

Właśnie - między innymi - o tym rozmawiałam wczoraj z Izką. O tym, że chce stracić na wadze, że jest na diecie, że biega i jeździ na rolkach, ćwiczy, a waga dalej stoi w miejscu. Pisała mi o tym, że męczy ją takie gadanie, takie moralizatorstwo innych osób - osób, którym jest łatwiej, bo szybko widzą efekty. Powiedziałam jej wówczas, że obie kiedyś zaczynałyśmy pisać. Początki były straszne, bolesne i utopione w łzach. Tekst nie wyglądał jak miał, nie brzmiał jak miał brzmieć; ale nadal to robiłyśmy. Nie poddałyśmy się, tylko pisałyśmy dalej, aż osiągnęłyśmy to, co chciałyśmy. Nikt nie powiedział, że to będzie łatwe; i nie było. Dlatego powiedzenie komuś: „dla chcącego nic trudnego” jest jednym z największych kłamstw

dbanie o figurę a niszczenie zdrowia


Wiem z doświadczenia, że kiedy dieta i ćwiczenia nie przynoszą upragnionych efektów, lub te efekty są powolne/niewystarczające, człowiek może sięgnąć po bardziej niekonwencjonalne rozwiązania. Od nich zaś droga do zniszczenia sobie zdrowia jest krótka, o ile nie bardzo krótka, a wierz mi lub nie - wiem o czym mówię. Co prawda, nie połykałam tabletek z tasiemcem ani nie zajadałam się wacikami nasączonymi sokiem pomarańczowym, to nieświadomie podjęłam jedną z najbardziej destrukcyjnych dróg. 
Ale, od początku: moje kompleksy zniknęły kiedy przestałam się ważyć, ale tylko pozornie. Tak długo, jak mieściłam się w te same jeansy i wyglądałam w miarę tak samo, byłam pewna siebie. Jednakże, któregoś dnia poznałam na swej drodze życia osobę - osobę, która wbrew mnie stała się dla mnie bardzo ważna - i to ona „skomplementowała” mnie tak, że moje kompleksy wróciły. I mnie znokautowały. Komplement brzmiał mniej więcej tak:

„wyglądasz jak kobiety z portretów Rubensa”.

Wierz mi lub nie, to był cios. Starałam się nim nie przejmować, starałam się go odrzucić daleko w podświadomość, ale to ona mnie zniszczyła. Z dnia na dzień zaczęłam czuć wstręt do jedzenia: sam zapach i widok wywoływał u mnie mdłości. Kiedy siadałam do obiadu, grzebałam widelcem i zastanawiałam się, co mogłabym zjeść. Z czasem rodzice robili się uciążliwi, więc zaczęłam unikać pór obiadowych w domu i dużo czasu spędzałam na mieście. Dzień zaczynał się od kawy, i na kawie lub herbacie się kończył. Przez trzy miesiące nie jadłam prawie nic. 
Nie głodziłam się, a po prostu nie byłam głodna. Nie raz chciałam jeść: szykowałam sobie coś, co lubiłam, a później patrzyłam na to; sam zapach sprawiał, że czułam nieprzyjemny posmak w ustach i ból żołądka. W końcu przestałam walczyć. Poddałam się. Na wadze traciłam szybko, podobnie jak na zdrowiu. Kiedyś - „gorąca dziewczyna”, która nawet zimą chadzała w bluzkach na ramiączkach (podczas gdy inne dziewczyny na wydziale poubierane jak eskimoski), a przez tamte trzy miesiące - „zmarzlina”. Mogło być gorąco, inni mogli się smażyć, a mnie było zimno. Co więcej, nie potrafiłam się wyspać. Bezustannie byłam zmęczona, nie miałam na nic siły, nie potrafiłam się na niczym skupić. Moja organizacja pracy na uczelni dobiła dna. 
Wszyscy zaczynali się martwić: moi rodzice, którzy wypytywali się co jadłam i ile zjadłam, a kiedy byłam w domu, zmuszali mnie do jedzenia czegokolwiek. Nawet moja ówczesna uczelniana przyjaciółka próbowała we mnie wmuszać jedzenie, i co więcej, jako pierwsza zauważyła problemy. Próbowała mnie uświadomić, ale nie udało jej się: tylko się pokłóciłyśmy, bo uważałam, że czepia się o nic. Żałuję, że tak się stało, bo teraz wiem, że po prostu się o mnie martwiła. 
Niemniej, efekt głodówki był taki, że w trzy miesiące moja waga spadła do 56 kilo (zostałam zmuszona do ważenia się przez rodziców), a rozmiar ubrań spadł z 40/42 na 34/36. I tak jak przez trzy miesiące nie potrafiłam niczego zrobić z tym stanem rzeczy, tak wtedy ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody. Zrozumiałam, że to nie jest mały kryzys. Nie wiem dlaczego, ale pokazanie tych liczb wyrwało mnie z tego stanu. Zaczęłam jeść i zauważyłam, że nie byłam w stanie pochłonąć tej samej dawki co kiedyś, a raczej naparstki z tego, co potrafiłam. Efekty utrzymały się przez rok, a teraz jestem pomiędzy jednym a drugim „stanem”. 

Głodówką - nieświadomą głodówką, bo naprawdę nie czułam żadnego łaknienia, żadnego pragnienia, nic - zniszczyłam sobie całą gospodarkę hormonalną organizmu. W najgorszym momencie wyglądałam jak trup: wymęczona, niewyspana, z wiecznie podkrążonymi oczyma, i poubierana jak Eskimos. To nie byłam ja, to był ktoś inny. Niewiele pamiętam z tych trzech miesięcy. Mam wrażenie, że to urwany film; że zasnęłam przed i obudziłam się po. 
Czy miałam anoreksję? Nie wiem, ja bym tak tego nie nazwała. Dla mnie to był i jest jadłowstręt, choć pozwoli oswajam się z myślą, że to mogła być anoreksja. Czy była? Nie wiem. 

kompleksy i ich źródło

„A czy ty jesteś gotowy na sezon wakacyjny? ”
Przytyło ci się w ostatnim czasie, co?”
„Nie myślałaś, żeby wziąć się za siebie?


To właśnie ludzie i ich komentarze są najczęstszą przyczyną problemów z wagą i z kompleksami. I nigdy nie stanę w obronie kogoś, kto próbuję się wytłumaczyć stwierdzeniem: „chciałem/am dobrze”. Bo, jak pewnie zauważyłeś, pomijając sytuację z wakacji, moim największym problemem w walce z wagą były ludzkie komentarze. Przytoczyłam tylko dwa: kobiety Rubensa i pytanie mamy koleżanki, a jest ich więcej, dużo więcej. 
Wystarczy, że włączę portale internetowe typu kwejk, gdzie pokazuje mi się „idealne” kobiety o „idealnych” sylwetkach. Jestem zmęczona komentarzami: „tak wygląda prawdziwa kobieta”, albo „Pani Ładna”. Nie muszę być super-fit by być i czuć się kobieco. Równie mocno denerwują mnie wszystkie blogi i zdjęcia przewijające się na tablicy facebookowej, pokazujące efekty diet i ćwiczeń. Oczywiście, rozumiem, że ktoś chce się pochwalić efektami ciężkiej pracy, i to pochwalam. Jednocześnie czuję złość i żal do takich osób, że karmią w ten sposób moje kompleksy. 
W swoim życiu przeszłam z lekkiej otyłości, przez „normalny” stan aż do stanu lekko krytycznego. Wiem, że skakanie po wadze jest proste; wiem, że gdyby mi zależało teraz na szybkim zrzuceniu wagi, miałabym mnóstwo sposobów: od głodówki, przez środki i niebezpieczne preparaty. Wiem również, że nie chcę bardziej męczyć mojego organizmu, więc wybieram drogę powolną: dieta, ćwiczenia i wyrzeczenia, i tak zwana przeze mnie długoterminowa walka. Jednocześnie przy tej powolnej mam wrogów: ludzi, którzy są na tyle bezczelni, że powiedzą mi o braku efektów, o słabych efektach; o tym że przytyłam. To czy chudnę i jak chudnę to moja sprawa, i nie ma nic bardziej denerwującego dla mnie jak ludzie, którzy się - przepraszam za wyrażenie - wpierdalają w moje życie. Za dużo przeszłam ze swoimi kompleksami by ktoś wchodził w moje życie i moją wagę z buciorami. 

I sprawa jest stosunkowo prosta: przytoczyłam właśnie moją historię z wagą i kompleksami. Z pewnością jakieś emocje wywołałam: złość na ludzi, współczucie dla mnie; a może jesteś hejterem, który postanowi pokarmić moje kompleksy. Nie wiem. Wiem natomiast, że przytoczyłam moją historię i wiem, że na ulicy nie powiedziałbyś słowem o mojej wadze. 
A innym osobom powiesz?
Otyłej koleżance z klasy? Może krzykniesz za dziewczyną na ulicy: „ale spasiona jesteś”? Może skomentujesz na facebooku zdjęcie dziewczyny na plaży słowami: „patrzcie, morze wyrzuciło wieloryba na brzeg”. Możesz to napisać osobie niezwykle szczupłej, niezwykle atrakcyjnej fizycznie i nieświadomie nakarmić jej kompleksy. Może wystające żebra i zapadnięte policzki to wina właśnie takich komentarzy, niby żartów, które doprowadziły jej organizm do takiego stanu? Nie wiesz kim jest ta osoba, nie wiesz jaką ma historię i przeszłość. 
„Chudym” i „grubym” jest się nie tylko w lustrze, ale też w psychice. Anorektyczka może czuć się „gruba”, zaś „gruba” może czuć się anorektyczką. Wszystko tkwi w psychice, a wierz mi lub nie, ta jest niezwykle delikatnym kruszcem. Wiem o czym mówię, bo ja - niezależnie jakbym nie wyglądała - dla siebie nigdy nie będę wystarczająca. Moje kompleksy będą przy mnie, zawsze i wszędzie. I ludzie zawsze będą je karmić. Zawsze. Zawsze. Świadomie lub nieświadomie, nie robi mi to różnicy. 

jak leczę kompleksy?

przede wszystkim: przestałam się porównywać


Moim największym wrogiem było porównywanie się do innych: nie schudłam tak szybko jak ona; nie mam takiego brzucha; nie mam takich zgrabnych nóżek; nie mogę tyle zjeść, bo przytyję. W końcu przestałam, bo nie jestem nią/nim, jestem sobą, prawda? Mam taki metabolizm, takie zdrowie, taką figurę i cudów ze sobą nie zrobię. Znam swoje ograniczenia i limity, amen. Ilekroć kompleksy wracają, wpisuję sobie: gwiazdy bez photoshopa, albo zdjęcia gwiazd bez obróbki. Uwierz mi, wyszukiwarka wdzięcznie pokaże zdjęcia, które sprawią, że wszystkie kompleksy będą siedzieć cicho. Bo w internetowej rzeczywistości furorę robi photoshop, a w normalnym życiu odpowiednio dopasowane ubrania. To wszystko. Nie ma ludzi idealnych: nie istnieją, nie istnieli i nigdy istnieć nie będą. Dlatego nie pozwól sobie na szaleństwo innych ludzi, i kiedy ktoś ci powie, że przytyłaś lub przytyłeś, choć wiesz, że robisz wszystko by stracić na wadze, powiedz wprost (i znów przepraszam za wyrażenie): „spierdalaj”.

Co więcej, przestałam patrzeć na zdjęcia gwiazd i mówić sobie: „chciałabym tak wyglądać”. Wiesz dlaczego? Oni też by chcieli tak wyglądać, a oto dowód:
| źródło |

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.