• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

środa, 17 sierpnia 2016

#182 Niedziela wolna od handlu? W dupach się poprzewracało.


Słowem wstępu (i edycji): artykuł ma wielopoziomowy wydźwięk. Po pierwsze, przedstawia kumulację problemów pracownika supermarketu; po drugie, ma pokazać dlaczego jestem za niedzielą wolną od handlu; po trzecie, tekst jest pełen czarnego humoru. Czytaj zatem przez czarne szkiełko, jakbyś „czytał” swojego ulubionego satyryka. 
____________________________________

Po ciężkim tygodniu nie możesz się doczekać tego jednego dnia: niedzieli. Masz już wszystko zaplanowane. Co konkretniej? Jak to co! Wypad nad jezioro, bo pogoda dopisuje; albo wypad do kina, albo koncert w plenerze. Niedziela nie jest od tego by siedzieć w domu, ale by spędzić czas ze znajomymi/dziewczyną/chłopakiem/mężem/żoną/przyjacielem/psem/kotem. Pozostaje tylko ostatnia przeszkoda do ominięcia: szybkie zakupy, o których zapomniałeś/nie chciało ci się. Teraz żałujesz. Dlaczego?
Najpierw szukasz miejsca do zaparkowania, a znajdujesz go na samym końcu parkingu. W prażącym słoneczku suniesz po betonowej pustyni, przeklinając tych wszystkich ludzi, którzy zdecydowali się zrobić  akurat dzisiaj zakupy. Nim dojdziesz do drzwi, widzisz trzy wolne miejsca parkingowe; ewentualnie wyzywasz od idiotów tych, którzy jednym samochodem zajmują dwa miejsca. W końcu docierasz do automatycznie rozsuwanych drzwi, i suniesz za emerytką pchającą ten piszczący wózek.
Wpadłeś tylko po piwo i kiełbaski, a nie na maraton zakupowy! W samym sklepie lawirujesz między tymi wszystkimi ludźmi, którzy idą, idą i nagle STOP. Wpadasz na nich, rzeczy spadają na podłogę, lecą siarczyste przekleństwa - twoje i ich. W końcu docierasz do półki, i co? I nie ma tego piwa, co chciałeś. Są inne, droższe: debatujesz, skaczesz po wszystkich regałach - zaglądasz za, pod, szukasz pracownika i pytasz czy są gdzieś na magazynie. Co słyszysz? „Wszystko na regałach”, ale na regałach nic nie ma. Denerwujesz się: w samochodzie czekają, albo nie daj Boże, rozbiegli się po sklepie jak stado owiec, i teraz jak ten pasterz biegasz, szukasz, nawołujesz. Mijają cenne minuty, coraz więcej ludzi; chodzą jak święte krowy, przeklinasz. Kawa? Po co ci kawa! Ludzie ci tak ciśnienie podnoszą, że zaraz zawału dostaniesz. Dobra, zebrałeś swoje stadko i idziecie do kasy. Tam? ARMAGEDON.
Cztery kasy czynne, kolejki jak za komuny; tuptasz do tej, gdzie jest najmniej ludzi i wykładasz swój towar. Pani co akurat ma płacić, wygrzebuje z portfela same drobniaki. Liczy, mruczy pod nosem; pan przed tobą odchrząka nerwowo, a ty? Starasz się nie oddychać, bo pan o prysznicu nie słyszał. Mijają minuty, pojawiają się kolejni klienci.
Pani za tobą bezustannie cię szturcha wózkiem. Na co liczy? Chyba na to, że naprawdę tego zawału dostaniesz z nerwów i zwolni się miejsce w kolejce. Dziecko w innej kasie drze się niemiłosiernie, bo chce tego super-hiper drogiego lizaka, a mamusia nie dość, że nie zamierza mu go kupić, to albo go ignoruje - wpatrzona w telefon - albo zblazowanym tonem „Brajanku, ale uspokój się, bo ludziom przeszkadzasz”. W końcu przychodzi twoja kolej - masz wrażenie, że minęła cała wieczność. Pani kasuje, kasuje. Rzucasz drobniakami na ladę, „reszty nie trzeba” i wychodzisz, nie czekając na rachunek.

Znasz ten scenariusz? 

Pozwól, że teraz opowiem ci go z perspektywy, której nie znasz. 


Przebiegłeś przez ten super-hipermarket w mniej niż pół godziny; jeśli miałeś szczęście. A co z człowiekiem, który między tymi ludźmi musi tańczyć przez osiem godzin? Co z człowiekiem, który nie pamięta kiedy ostatni raz spędził niedzielę z najbliższą osobą, albo ze znajomymi nad jeziorem? Co z kobietą na kasie, która musi - po prostu MUSI - tam tkwić, i słuchać wrzaskunów, jakimi są dzieci; musi wdychać smród papierosów, alkoholu albo braku higieny (maskowanej przez nadmiar perfum).

Jeszcze nim pracowałam w „wielkim sklepie”, wiedziałam, że w niedzielę nie muszę iść na zakupy. Tak jak i wszyscy ludzie, którzy po prostu dla własnej wygody nie odwiedzają tego „przybytku” wcześniej. Dlaczego? Bo są zmęczeni, bo mogą w dniu wyjazdu; przecież sklepy są czynne siedem dni w tygodniu. A wiesz co jest najgorsze?
Ci, którzy jadą w niedzielę na zakupy dla przyjemności, a nie z obowiązku. Robią rodzinną ekspedycję w niedzielę - zamiast jechać nad jezioro, basen czy do kina/teatru, wybierają supermarket. Argument, że to jedyny dzień, kiedy można zrobić zakupy na spokojnie? *psik!* Przepraszam, jestem uczulona na bullshit. Sklepy są czynne od 6/7 aż do 22/23, więc nieważne czy zaczynasz pracę o ósmej, czy o dziesiątej, czy o szesnastej: możesz zrobić zakupy przed lub po pracy. Co śmieszniejsze, w tygodniu jest mniej klientów niż w ten nieszczęsny weekend; mówię z perspektywy pracownika, który nienawidzi weekendów.

Spotkałam się również z argumentacją dziewczyny, że gdyby tak bardzo pracownik chciałby mieć wolne w niedzielę, to ustawiłby sobie grafik. Kiedy to sobie przypominam, śmieję się na głos. Doprawdy? Takie brednie możesz gadać ktoś, kto nie przepracował ani tygodnia w takim przybytku. Pracownicy nie ustalają sobie grafiku; ba, każdy jeden - kobieta i mężczyzna - chciałby mieć wolny weekend, ale kto by wtedy pracował? Tak więc, nie każdy ma tyle szczęścia. Właściwie, szczęściarze mają jeden wolny weekend. Jeden. I ty narzekasz, że musisz przyjść w sobotę do pracy?
Dla mnie - jak i innych pracowników - nie ma znaczenia, że jutro „poniedziałek”; my nie dramatyzujemy, że jutro „poniedziałek”. Poniedziałek możemy mieć w środku tygodnia; w jakikolwiek dzień tygodnia! I naprawdę, mamy farta gdy zdarzą się dwa dni wolne pod rząd. Ty - pracując w trybie osiem godzin dziennie, od poniedziałku do piątku, w stałych godzinach od ósmej do szesnastej - masz dwa dni na odpoczynek. My - pracownicy marketu, pracujący losowo od piątej, siódmej, dziesiątej, dwunastej albo cholera wie której porze - mamy losowy dzień, rozrzucony gdzieś w środku tygodnia. I w dużej mierze zależy od tego, jak bardzo kierownik nas lubi/nie lubi.

Chcesz powiedzieć mądre: „taka jego praca”, albo „to niech poszuka lepszej pracy”?


Zapraszam tutaj


Teraz powiem coś więcej: spora część pracowników marketu nie ma innego wyjścia. Jeśli jest się matką, a jak fortuna nie sprzyja, samotną matką, to szuka się pracy w odpowiednich godzinach. A są lepsze godziny niż od piątej do trzynastej? Kiedy z rana i wczesnego popołudnia dzieckiem może zająć się babcia/siostra albo można je oddać do przedszkola na kilka godzin? 
W supermarkecie są trzy zmiany pracowników: i pracownik może poprosić o zmiany o jednej, konkretnej porze. Gdy kierownik ma serce, ustala grafik według zapotrzebowania. Skąd o tym wiem? Ponieważ w lipcu jechałam na tydzień do Gdańska: żaden szef nie dałby mi wolnego od 21 do końca lipca. W supermarkecie moje zmiany zostały upchnięte tak, bym wyrobiła normę w niecałe trzy tygodnie. Poza tym, gdyby nie ci wszyscy pracownicy, którzy wykładają towar - nie miałoby sensu chodzenie tam na zakupy, bo nic nie byłoby na półce. 
Pozostawię jednak grafiki i wypracowane godziny; przejdę dalej. Wspominałam w „historyjce” i raptem czterech kasach czynnych, podczas gdy jest ich naście. Dlaczego?

ponieważ brakuje kadry pracowniczej


Co to znaczy? To znaczy, że wielkimi marketami zarządzają Janusze Cebulactwa, którzy wychodzą z założenia, że mogą wycisnąć maksimum zysków z minimum pracowników. Skąd o tym wiem? Ponieważ pracując w markecie widzę i słyszę, że brakuje pracowników. Krążą od działu do działu, pomagając koledze lub koleżance, która pozostała sama i nie zapowiada się, by ktokolwiek miał do niej dołączyć w najbliższym czasie. 
Kasjerki? Jest kilka sztuk zatrudnionych. Podkreślę: kilka sztuk kasjerek, z czego są trzy zmiany i każdej należy się dziewięć dni wolnych w miesiącu. Większość pań/panów siedzących na niewygodnych fotelikach de facto jest zatrudnionych na wykładaniu towaru, a nie na wdychaniu odorów niemytych ludzi, słuchaniu małych wrzaskunów i mówieniu z naklejonym uśmiechem: „zapraszamy ponownie”. 
Tak więc, na cztery kasjerki, jedna albo dwie praktycznie są kasjerkami; mało tego, panie z punktu informacyjnego czasami tam siedzą, choć nie jest to ich zadanie. Maksimum zysku z minimum pracowników; to motto najwyżej postawionych. Pomniejsi dyrektorzy najchętniej zatrudniliby całą kadrę - więcej serwisantów, więcej kasjerek, więcej pracowników od wszystkiego. Zatrudniliby, ale nie mogą. Dlaczego? Ponieważ trzeba oszczędzać na premie? Cholera wie. 
I cholera wie, że osiem godzin na zmianie to czysty koszmar zwłaszcza, że nie jesteś w stanie wykonywać swojej pracy na 100%, tylko jesteś goniony wszędzie tam, gdzie jesteś potrzebny. Od magazynu, po sprzątanie, wykładanie towaru, aż po miejsce siedzące przy kasie. Za ile? Za minimalną krajową, albo troszeczkę więcej. Pudzian, Einstein i Perfekcyjna Pani Domu w jednym: to pracownik

A wiesz co jest jeszcze gorsze w supermarkecie? 

Ty

Znaczy, klient


Przecież sam tak uważasz, co udowodniłeś w pierwszej scence. Masz dość wrzeszczących dzieci, spoconych ludzi, kolejek, wlekących się emerytów z wózkami. Masz dość klientów sklepu: sęk w tym, że sam nim jesteś, a dla pracownika - z całym szacunkiem - jesteście tacy sami. Udowodnić?
Święte krowy na pastwisku, tak bym nazwała wszystkich tych, którzy depczą sobie spokojnie; albo stoją w alejce i oglądają półkę. Za mną? Ciężka paleta; czy chcę ją wwieść czy wywieźć - nie ma znaczenia. Muszę poczekać aż pan/pani się przesunie i pozwoli mi wjechać. Nie ma miejsca? Muszę poczekać, bo klient musi się zdecydować czy chce przecier za 2,29 czy za 2,49. W sumie ten droższy lepsza firma, ale wypadałoby oszczędzać. I się czeka. Jestem ścianą, podobnie jak niesłyszalne jest moje „przepraszam?”. Gdybym powiedziała: „suń dupsko” to na pewno by usłyszał/a. Ale przepraszam? Pf.
No dobrze, wyjechałam z alejki; zmierzam do magazynu, sunę po głównym „dziedzińcu” i nagle spomiędzy regałów wychodzi on: klient. Nie spojrzy czy jadę, nawet nie odwróci głowy, tylko włącza się do ruchu, ciągnąc za sobą mały, czerwony koszyczek. Pięty w ziemię, paletą po plecach i hamuję z całej siły, i jeszcze tak, by niczego nie stłuc, a nie daj Boże, trącić klienta. Jak go dotknę, jakkolwiek, to zaraz się odwraca cały czerwony na twarzy, i zaczyna sapać: że mam uważać, że on tu zakupy robi, że pójdzie do kierownika, skargę złoży, bo nieuważna pracownica ze mnie, że jestem zagrożeniem. Doprawdy? W podstawowych zasadach/prawach ruchu drogowego uczestnik z drogi podporządkowanej ustępuje pierwszeństwa. No cóż, market to nie ruch drogowy; za regałem z papierem toaletowym nie czai się mundurowy z suszarką w rękach i nie wlepia mandatów za wymuszenia. A szkoda.

To co opisałam powyżej, to standard: podobnie jak to, kiedy wykładam sobie towar na spokojnie i przychodzi klient, i zaczyna patrzeć mi po załadowanej towarem jak szczyty Mount Everest śniegiem palecie. I szuka, i patrzy, zagląda, obchodzi. W końcu podchodzi: „a nie ma pani na tej palecie tych słoiczków, zapakowanych jeszcze w folię?”. Moja myśl: „nawet jeśli są, to nie licz, że je wyciągnę”. Z uśmiechem na ustach mówię, że nie widziałam i nie wiem czy są. I czekam, aż pan zauważy ten nieszczęsny pakunek gdzieś na samym dole i powie magiczne: „czy mogłaby by mi go pani podać”.
W takich chwilach na usta ciśnie mi się bardzo niecenzuralne słowo; dlaczego? Ponieważ wyciągnięcie czegoś z półki nie jest problemem, ale rozkopanie całej palety tylko dlatego, że pan chce cztery słoiczki w folii a nie w kartoniku (gdzie nie ma różnicy cenowej), jest sporym problemem. Większości klientów nie interesuje fakt, że mam też inne obowiązki (i nie roznoszę przez cały dzień jednej palety). Nie interesuje też fakt, że nie mogę kłaść towaru na ziemię, że źle rozłożona paleta może się przewrócić i wyrządzić sporo szkody. Nie interesuje go to, bo on chce TO opakowanie (nawet jeśli TEN SAM towar jest wystawiony).
No ale, klient nasz pan. Czy tylko ja nienawidzę tego stwierdzenia?

Myślisz, że to wszystko? Widzę, że poczucie humoru cię nie opuszcza. Kojarzysz moment, w którym wziąłeś tę paczkę makaronu, ale gdzieś przy chipsach zdecydowałeś, że wolisz nażreć się niezdrowymi rzeczami przy telewizji, zamiast zrobić romantyczną kolację? Jeśli nie, wiedz, że ja - i każdy inny pracownik - pamiętamy. Podczas wykładania towarów znajdujemy perełki: sole do kąpieli przy solach do zupy; zabawkową marchewkę w pudle z arbuzami; zapakowaną szynkę na regale z konserwami, albo półtorakilogramową szynkę leżącą w zamrażalce z lodami. Jak pewnie się domyślasz, jedynie zakreślona część jest „problematyczna” w większym stopniu: podobnie jak każda rzecz, która szybko ulega rozkładowi.
Ostatnio pomagając na dziale słodyczy, natrafiłam na schowane pudełko jagód... A raczej podejrzewam, że to w poprzednim wcieleniu były jagody, bo zdążyły zrobić się białe, puszyste i pewnie była to kolejna forma ewolucji. Fuj. Jak to tam się znalazło? Pewnie samo wypełzło z działu warzyw; podobnie jak cała paczka ciasteczek, rozkruszonych na minimalne kawałki, schowane za ciastami w proszku.
Muszę przyznać, klienci są świetni w zabawie w chowanego. Co dzień, to lepszy towar gdzieś schowany. No ale, co będą robić te kilkanaście kroków dziennie; mi nie zrobi różnicy, w końcu i tak robię jakieś szesnaście kilometrów każdego dnia. Kilka kroków? Co za różnica. Płacą mi za to, prawda? 

Pamiętasz z historii te nieszczęsne piwo, którego nie było? Spora część klientów jest święcie przekonana, że towar w promocji chowamy na magazynie, by wykupić wszystko dla siebie; śmiejemy się przy tym jak jacyś psychopaci, bo możemy. Po pierwsze, nie możemy; po drugie, po co? Prawda jest taka, że na magazynie niczego nie chowamy, bo płaci się nam za to, by jak najszybciej magazyn opustoszał.
Paleta za paletą, zgrzewka za zgrzewką. Biegamy niczym mrówki, wstawiając wszystko na półkę byś miał po co sięgnąć. I czy to nasza wina, że towar zszedł jak ciepłe bułeczki i dla ciebie nie starczyło? Najwyraźniej tak, bo bardzo często słyszymy pretensje, że już nie ma; że to oszukaństwo, i w ogóle. A nie jest to żaden przekręt, bo nie raz jestem świadkiem, jak klienci wywożą coś z promocji całymi koszykami, po kilka-kilkanaście zgrzewek czy paczek. A że dostawy mamy codziennie w ograniczonych ilościach... Nic na to nie poradzimy.
O, zapomniałam uwzględnić w historii tego, że zrobili przemeblowanie i biegasz po tym cholernym sklepie, szukając tej jednej, konkretnej półki. Nienawidzisz tego; pewnie wydrzesz się na pierwszego lepszego pracownika. A on co? Też psioczy na wszystkie zmiany, bo zdążył się nauczyć gdzie co leży, a teraz co? Sam biega i szuka. Co gorsza, rozkaz odgórny, a on tylko wykonywał polecenie. Dlatego też zejdź trochę z tego biednego, sklepowego pracownika. 

czekaj, czekaj... nie zapomniałeś o czymś? 

JUTRO SKLEP JEST ZAMKNIĘTY


Kojarzysz ten moment, gdy do ludzi dociera, że któregoś tam jest święto i wszystkie sklepy będą pozamykane? Wiesz z czym to się wiąże: z jeszcze większą ilością ludzi w sklepie, z jeszcze większym stadem wrzaskunów, jeszcze większym smrodem spoconych ciał. W przeddzień gdy sklep jest zamknięty, wyjście na zakupy graniczy z samobójstwem. A co z tymi, którzy tam pracują? 
Z tymi, którzy na co dzień muszą tolerować zabawę w chowanego, totalne ignorowanie, święte krowy na głównej alei, i co gorsza, jeszcze wstrętniejsze nastroje klientów. „Bo tylu ludziom się dopiero teraz przypomniało”, mówi kobiecina, stojąc w kolejce. Doprawdy, paniusiu, chyba nie tylko im, prawda? Co gorsza, ludzie nie kupują na ostatni moment tego, czego może im zabraknąć: oni robią zapasy jakby szła apokalipsa! Mnóstwo zbędnych rzeczy, i to tylko dlatego, że jutro ma być zamknięte. Nie jestem w stanie tego pojąć!

Podobnie nie jestem w stanie pojąć innej rzeczy. Pozwól, że wrócę do argumentu: „bo niedziela to jedyny dzień, gdy mogę na spokojnie zrobić zakupy”. Obaliłam już twierdzenie „spokojnie”, bo nie można zrobić spokojnie zakupów, gdy wszyscy decydują się je zrobić „na spokojnie”. Można tylko się zmęczyć, i ciśnienie sobie podnieść.
Nie chce mi się wierzyć, że nie przejeżdżasz obok super-hipermarketu jadąc lub wracając z pracy, czy na uczelnię czy też z uczelni. Jestem święcie przekonana, że większość moich czytelników mija znaną sieć marketów przynajmniej raz w tygodniu, i nie jest to niedziela. Dlaczego więc nie odłożyć sobie godzinki zapasu, i zrobić to „po drodze”? Nie jeździć specjalnie, nie pocić się, nie przeklinać, nie denerwować w tłumie? Nie jest lepiej rozplanować lepiej w tygodniu, by niedzielę spędzić na relaks? 

No dobrze, załóżmy, że się uda: niedziela wolna od handlu. Robisz niedzielny obiad, zabrakło makaronu i... co teraz? Świat się kończy? Aniołowie przygrywają jeźdźcom apokalipsy? Pojawiła się kometa i zmierza w stronę Ziemi? Nie. Nie ma makaronu. Jeśli nie chcesz zrobić sobie klusek lanych, ani nie masz nastroju na ryż, to ubierasz buty, bierzesz portfel i idziesz do osiedlowego sklepiku. Pani Władza albo Pan Janusz na pewno się ucieszą, widząc klienta. Fakt, za paczkę makaronu zapłacisz... złotówkę więcej? Dwa złote? A patrz ile nerwów zaoszczędzonych, i wydatków! Poszedłeś po makaron, wróciłeś z makaronem! I tyle.


super-hipermarket

co z resztą? 


Pewnie zaraz nasuwa ci się pytanie: jaką resztą? A no taką, jak sklepy obuwnicze, albo elektroniczne, albo z ciuchami markowymi; albo mnóstwem innych rzeczy. Po co one są w niedziele otwarte? Byś hobbystycznie poszedł popatrzeć na wystawę, kiedy żona/dziewczyna ogarnia prowiant na cały tydzień? By pracownik zza lady spoglądał na ciebie i kpił sobie: „Patrz, apacz przyszedł”. Jaki apacz? Kiedy sprzedawca podejdzie i zapyta: „w czym pomóc”, usłyszy „a paczę tylko”. Nie „patrzę”, a „paczę”; nie mówimy tak ładnie, jak się to pisze. Więc mamy apaczów.
A obuwie? Znaczy, rozumiem że kobiety relaksują się podczas zakupów sukienek, butów i innego, babskiego dziadostwa, naprawdę. Ale nie można tego zorganizować w sobotę? Nawet jeśli pracujesz w sobotę, to nie wierzę, że pracujesz do późna, prawda? Czekaj! Nie mów. Jesteś zmęczona, prawda? Jesteś zmęczona po pracy... A no tak, pracownik supermarketu nie ma prawa być zmęczony.

Większość z nas - biurokratów i innych pracowników intelektualnych - pracuje na zmianach poniedziałek-piątek, od ósmej do szesnastej. Pracownicy sklepowi - nie. Dlatego ciężko jest, gdy dwoje ludzi, pracujących w różnych trybach, chce spędzić ze sobą dzień. Wierz mi. Żeby para miała wolne w tym samym dniu, potrzebują dużo szczęścia. A i tak powiesz mi, że wolna niedziela bo...

... kościół tak chce. 


Kiedy słyszę argument, że to widzi-mi-się kościoła, by ludzie chodzili na msze a nie na zakupy, to przepraszam bardzo, nie wiem jakim krótkowidzem jest osoba posługująca się takowym argumentem. Kościół. Phi!
Widziałeś gdziekolwiek w moim artykule wzmiankę o kościele, zasuwaniu na mszę i dawaniu na tacę? Nie. Piszę o wypadach nad jezioro, o romantycznych kolacjach, o odpoczynku po ciężkim tygodniu pracy. O tym, że ludzie się mijają, bo pracują w różnych trybach; że te niedziele nie są potrzebne, bo jest sześć innych dni na zorganizowanie zakupów; a jeśli będzie coś na szybko kupić, małego, to są lokalne sklepiki prowadzone przez właścicieli. Niby drożej, ale patrz jaka oszczędność! O kościele wspominacie wy - przeciwnicy wolnych niedziel. Dlaczego? Bo jest wam tak wygodnie!
Wygodnie jest połączyć instytucję z „ruchem oporu sprzedawców”, nazwać ich hipokrytami dla własnej wygody, by móc z czystym sumieniem sunąć w niedzielę po markecie, pchając zgrzytający wózek, przeklinając tłumy ludzi i brak miejsc parkinkowych; by odczekać swoje w kolejne i praktycznie napluć w twarz pracownikom, że czegoś nie ma, coś jest przeterminowane, a nie daj boże, „czy mogłaby pani kogoś zawołać do kolejnej kasy”. Kogo? Ducha świętego? Dlatego ja oddaję swój głos za wolnymi niedzielami.

I wierz mi lub nie, ale wy - klienci - macie takie wymagania,
jakbyście nam osobiście płacili co miesiąc. 

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.