• Facebook
  • Google+
  • Instagram
  • Twitter

niedziela, 21 sierpnia 2016

#183 „133 dni feminizmu”, czyli jak z kobiety stałam się babochłopem.


Kiedy 133 dni temu powiedziałam na głos: „Ja, feministka, wiele się zmieniło. Najpierw obwieściłam to całemu światu, wpychając swój artykuł w przełyk każdego znajomego: wysyłałam w prywatnych wiadomościach z tekstem: „musisz to przeczytać, bo ty nic nie wiesz o feminizmie”. Później wzięłam kuchenny nóż - symbol wyzwolenia - i ucięłam moje długie włosy, które z kolei są wyrazem uciśnienia przez patriarchat. Pozbyłam się wszystkich kobiecych ubrań, i pognałam na zakupy do męskiego działu, wybierając wszystko o kilka rozmiarów za duże. No i męskie, bo mężczyźni są źli. 
W drodze powrotnej, kupiłam farbę do włosów; rozważałam między niebieskim a różowym kolorem, zdecydowałam się na niebieski, bo różowy jest kolejnym symbolem męskiej władzy nad kobietami. Oczywiście, spaliłam wszystkie staniki - a tymi ładniejszymi rzucałam w przechodniów na ulicy, demonstrując swoje wyzwolenie. Przestałam o siebie dbać, a na sam koniec wpychałam wszystkim męskim znajomym wiadomości, jakimi to są szowinistami i mizoginami, a koleżankom pisałam, że muszą wyrwać się z kajdan męskiej dominacji i by zaczęły być wyzwolone, jak ja. Opierali się: wszyscy się opierali moim prawdom. W końcu mnie zablokowali, bo mieli dość prześladowania ich poglądów... 

... i tak, w przeświadczeniu niektórych, wyglądało moje przejście na „feminizm”.

Pozwól, że opowiem ci jak naprawdę wyglądało 133 dni feminizmu, dobrze? 


wszystko mnie obraża?


Feminizm sprawia, że wszystko powinno mnie denerwować, a sama powinnam być przewrażliwiona na wszystkich płaszczyznach. Uwaga: nie jestem, choć znajdą się tacy, co będą uważać, że zrobiłam się przewrażliwiona (do tego wrócę później). Naprawdę, feminizm nie sprawia, że każdy żart staje się obrazą majestatu - sama serwuję żarty feministyczne, szowinistyczne, rasistowskie i z czarnego humoru. Bo to są żarty - póki służą temu, by się pośmiać, śmiać się będę. Jeśli jednak mają na celu obrażenie, wyśmianie poglądów - cóż, chyba każdy się wówczas denerwuje, prawda? 
Pozwól, że przejdę do przykładów: kojarzysz te wielkie „gównoburze” o tyłek postaci z gry Overwatch? Rzekomo, feministki mocno oburzyły się na tworzenie nierealnych standardów kobiecych. Mój komentarz do tej sprawy? Ta postać miała naprawdę cudowny tyłek, i aż przyjemnie się patrzyło. Dlaczego o tym mówię? To postać z gry - fikcyjna, nierealna, narysowana. Podobnie jak postacie z kreskówek, anime, bajek, baśni, i wszystkiego co tylko się nawinie. Póki nie jest to rzeczywista, materialna postać przerobiona w photoshopie - jest mi to obojętne. 
Kolejna kwestia: Mystic z filmu X-Men. Moment, w którym główny antagonista ją dusi, jest momentem szowinistycznym. Jednakże... To film akcji; w nim biją się wszyscy, bez względu na płeć, kolor skóry czy wyznanie. Dała „bęcki” i zebrała „bęcki” - end of story, prawda? Nie robię z tego większej filozofii, bo tutaj jej nie ma. I choć istnieją kobiety, które się na to oburzyły - ja do nich nie należę, i nie lubię, gdy wpycha mi się takie poglądy w przełyk. Mam swoje, i wydaje mi się, że są bardziej poukładane. 

Co ważniejsze, nie jestem jedyna z tym „obrażaniem” się o wszystko; mam koleżankę, która również jest feministką (szok, prawda?). Obie przesiadujemy w różnych częściach internetu, i podsyłamy sobie śmieszne memy o feministkach. Wierz mi lub nie, niektóre są naprawdę dobre, i uśmiejemy się tak, że głowa mała. No ale, jesteśmy feministkami i obrażamy się o wszystko, bo wszystko nas obraża. 

czy wpycham wszystkim swój feminizm? 


To z kolei jest trochę jak z weganami i prawnikami; znaczy, wszyscy się śmiejemy, że nie przemilczą w konwersacji momentu, by powiedzieć jeszcze raz: „studiuję prawo i jestem weganem”. Niby jako feministka też powinnam o tym trąbić na lewo i prawo; wiesz, zrobić sobie tatuaż, torbę, i zaczynać przedstawianie się od: „cześć, jestem Natalia, prowadzę bloga i jestem feministką”. Powinnam - w przekonaniu niektórych. 
O tym, że prowadzę bloga, nowe osoby dowiadują się z mojej prywatnej tablicy, na której udostępniam posty; lub tym, że mam wpisane blogger w Pani Kotełkova. O tym, że jestem feministką, dowiadują się albo z artykułów, albo z bloga (jeśli ogólnie na niego wejdą), albo z od czasu do czasu udostępnianych dyskusji. I to wszystko. Tak więc o blogowaniu i feminizmie ludzie z otoczenia dowiadują się z osi czasu - wtedy, gdy wchodzą na mój profil i go przeglądają. Nie wpycham im w tej wiedzy, oni sami ją znajdują, a to jest różnica, prawda? Choć przyznam się szczerze, że zdarzali się i tacy, co zarzucali mi wpychanie feminizmu poprzez udostępnianie własnych artykułów o feminizmie. Mój blog, moja oś czasu - udostępniam co chcę, i kiedy chcę. Jeśli komuś nie pasuje, przestaje obserwować lub wyrzuca mnie ze znajomych, i tyle. 

atakuję wszystkich mężczyzn?


Społeczeństwo jest przekonane, że feministki to kobiety, które biegają po ulicy ze stanikami w dłoni, gonią mężczyzn i biją ich za to, że ci na nie spojrzą. Po prostu, feministki to nie kobiety, ale babochłopy. I sam fakt, że jestem feministką sprawia, że jestem postrzegana właśnie w taki sposób. 
Od momentu napisania artykułu „Ja, feministka”, byłam zmuszona zablokować kilka osób na moim facebooku. Nie dlatego, że przeszkadzały mi ich poglądy, albo denerwowali mnie udostępnianymi treściami. Nie, zablokowałam ich dlatego, że bezustannie krytykowali mnie i moje poglądy, choć wcześniejsze lata były spokojne. Chwileczkę... Nie krytykowali. Napastowali swoimi racjami, obrażali, wyśmiewali, i tak dalej. Wcześniej nie mówiłam o sobie: „Ja, feministka”, więc był spokój i nawet lubiliśmy ze sobą rozmawiać; w momencie gdy to powiedziałam, przestałam być „JA”, a zaczęłam być „feministka”. Podam przykład rozmowy, bo tak będzie prościej. 
- Czy wiesz, że to zwykła prowokacja?
- Wiem. Masz mnie za idiotkę?
- Nie, za feministkę. 
Po kilku takich wymianach zdań, plus bezustannych kłótniach nad sprawami błahymi, sprowadzonymi do walki na śmierć i życie, odechciało mi się rozmów z tymi osobami. Przestałam być Natalią, studentką filologii polskiej, blogerką, marzycielką, idealistką, romantyczką czy w cholerę innych przymiotników, które ktoś gdzieś mi przypisuje - zamiast tego, zostałam feministką, bo feminizm mówi o mnie wszystko. 
Nieważne czego o feminizmie nie udostępniłabym u siebie, musiało zostać skrytykowane, a ja sama w jakimś tam stopniu obrażona. I oczywiście, reagowanie emocjonalnie gdy ktoś mnie obrażał, uważano za typowe feministyczno-kobiece zachowanie. Przepraszam bardzo, mam prawo się zdenerwować gdy ktoś obraża mnie i moje poglądy? I powiem tak: wielokrotnie zostałam znieważona, w różnym stopniu, ale sama nigdy nie użyłam obraźliwych wyrażeń w stosunku do rozmówców. I choć wielokrotnie cisnęło mi się na usta: „jesteś idiotą”, nie powiedziałam i nie napisałam tego ani razu. Czasami wydaje mi się, że jestem za miła. 
I co śmieszniejsze, spotykam się z opiniami, że to feministki atakują mężczyzn za otwieranie drzwi czy pochlebstwa, ale od momentu 133 dni, częściej jestem atakowana jak atakuję. Ale, pewnie przekłamuję fakty; w końcu, feministki tak mają.

co tak naprawdę dał mi feminizm? 

Feminizm podarował mi coś bardzo ważnego: świadomość, że niczego nie muszę.


Nie muszę nosić szpilek tylko dlatego, że ktoś uważa je za kobiece. Mogę, jeśli chcę je ubrać, jeśli mam taki kaprys i jak zdrowie pozwoli, bo jak wiadomo, buty na obcasie szkodzą na kręgosłup. To raz, a dwa, mam pękniętą stopę, więc wyprawa w szpilkach jest zagrożeniem dla tego pęknięcia; wystarczy jeden zły krok, bym zaczęła utykać, tracić równowagę i cierpieć katusze, bo każde nastąpienie jest jak wbijanie w gwoździa, takiego calowego. 
Nie muszę tolerować chamskich odzywek w moją stronę, tak samo jak nie muszę tolerować natarczywych zalotów i bezczelnych uwag. Mogę dać w twarz, o czym pisałam już na fanpage'u; mogę pozwać o molestowanie, mogę zwrócić uwagę. Mam prawo, bo jestem osobą, a nie zabawką ku uciesze tłumu. 
Nie muszę biec za ideałem kobiecego piękna, bo mało który mężczyzna goni męski ideał. Skoro większość mężczyzn nie wygląda jak młodzi bogowie, dlaczego ja mam wyglądać jak bogini? By mieli się czym pochwalić przed kumplami, bym była „loszką” na pokaz? Istnieje moje przekonanie o równości: nie muszę niczego, czego oczekuje ode mnie druga osoba. Jedyną osobą, która może mieć oczekiwania wobec mnie, jestem ja sama. I jest tego znacznie więcej, ale nie widzę sensu w rozpisywaniu się nad szczegółami. Dlaczego? Ponieważ dla każdej z nas feminizm jest czymś innym, i daje co innego. 

Feminizm wiele mi dał, ale i wiele mi odebrał. Dał mi siłę, dał mi świadomość pewnych rzeczy, otworzył oczy i nowe horyzonty. Jednocześnie nie zmienił mnie - dalej lubię to samo, bawią mnie te same rzeczy. Jestem taka sama, tylko uwrażliwiona na kobiece problemy, na niesprawiedliwość. Stałam się silniejsza. Co zatem odebrał mi feminizm? To samo, co mi dał. 
Bo w przekonaniu lwiej części społeczeństwa, jestem feministką - biegam po ulicy ze stanikiem, mam krótkie włosy, mieszkam sama z kotem, upijam się winem co wieczór i płaczę do poduszki, bo nikt mnie nie chce. Tak patrzy na mnie społeczeństwo: tak patrzą na mnie czytelnicy, gdy widzą nagłówek: „lekko feministyczny kawałek internetu. Nie ma znaczenia co napiszę i jak napiszę, dla niektórych będę feministką, a to znaczy, że wiedzą co piszę bez czytania. Pieczątka „femiznim” sprawia, że ludzie są przekonani, że wiedzą o mnie więcej niż ja sama. 

ludzi nie interesuje to kim jestem - interesuje ich to, że jestem feministką

W dużej mierze, nic się nie zmieniło. Nadal mam moje długie włosy, nadal o siebie dbam (nawet bardziej). Feminizm nie przeobraził mnie - jak to ładnie nazywają niektórzy - w babochłopa. Ja to wciąż ja, ta sama studentka filologii polskiej; słucham tej samej muzyki, bawią mnie te same żarty - szowinistyczne i feministyczne, rasistowskie i z czarną nutą. Problem jest taki, że nie pozwalam na więcej, niż uważam to za konieczne. Pisałam niedawno o spoliczkowaniu „kolegi” z pracy, i to właśnie ta historia mnie natchnęła do napisania tego artykułu. Dla przypomnienia:

Brak mi słów.
Ostatnio dotarły do mnie pogłoski, że moja reakcja była wynikiem tego, że jestem feministką. Że zareagowałam w ten a nie inny sposób, i przez to jestem dziwna. Dlaczego? Bo inne dziewczyny tylko się chichrają na takie końskie zaloty. Zreagowałam tak - czyli dałam w twarz/próbowałam dać w twarz - bo jestem feministką, a nie dlatego, że jestem kobietą i nie życzę sobie, by ktoś, kto nie jest moim chłopakiem/facetem/narzeczonym/mężem klepał mnie po tyłku. Bo jestem feministką.  
Nie pytam, ile dziewczyn bez żadnego pierwszego ostrzeżenia dałoby w twarz; nie pytam ile kobiet by się oburzyło na takie traktowanie, i upomniało jegomościa, ochrzaniłoby go, nazwało chamem i prostakiem. Gdyby to zrobiły inne dziewczyny: byłoby to normalne zachowanie, ale zrobiłam to ja, feministka, i to nie było normalne.  

2 komentarze:

  1. Widzisz, ja nie popadam w paranoje I nie utozsamiam feministek z tym calym sterotypowym wyobrazeniem. Ale unikam ogolnie okreslanie siebie z jakkokolwiek ideologia. W sumie to co robie,jak zyje, kogo wspieram mowi o mnie,ze jestem feminjstka,lewakiem,teczowa ale nic sobie z tego nie robie. Rozumiem twoja irytacje,ale to cos na zasadzie uderz w stol, a ...

    OdpowiedzUsuń
  2. Talkie zycie rodzimy sie majac juz dług wzgledem panstwa... Zyjemy tak naprawde w kloszu pod dyktando panstwa lub ludzi bogatych ( Maastricht religii ) ktorzy wmawiaja nam co jest dobre a co złe !!! Zaczynamy byc ich kukłami .... Kazda o soba myslaca inaczej od aktualnego wzorca jest zagrozeniem dla wladzy. Aktualnej mysli systemu dlatego talkie jednostki sie ogłupia I zwalcza!
    Norman pojecia czemu ale Ja zawsze patrze w innym kierunku niz grips ludzi.
    Zawsze odczytuje konkretne zagrozenie ide inna droga

    OdpowiedzUsuń

Współpraca


Adres e-mail

Pani.Kotelkova@gmail.com

Gadu-Gadu

10183085

Tak, nadal korzystam z komunikatora.